Menu

środa, 27 stycznia 2010

Walka o geny. "Bez mojej zgody" reż. Nick Cassavetes

Jednym z pytań, jakie nasunęły mi się podczas włączenia się do zabawy blogowej było pytanie o kolejność poznawania książki oraz jej filmowej adaptacji. Sama preferuję bezwzględnie uprzednie czytanie powieści, a później oglądanie jej na wielkim czy mniejszym ekranie. Oczywiście zdarzyło mi się podziwiać adaptację filmową przed przeczytaniem książki, ale zwykle były to pojedyncze przypadki i zabierając się do oglądania nie wiedziałam, że powstały na kanwie jakiejkolwiek lektury.
Nie traktuję też filmów, jako zło konieczne, które trzeba oglądnąć by móc od razu skrytykować. Zwykle cieszę się, gdy którakolwiek z przeczytanych przeze mnie książek pojawia się na dużym ekranie i ogromnie chcę ją zobaczyć.

Tak samo było w przypadku "Bez mojej zgody" w reżyserii Nicka Cassavetesa, który to film jest ekranizacją głośnej już powieści Jodi Picoult, którą miałam okazję nie tak dawno czytać.
Historia ukazana w tym obrazie wygląda bardzo podobnie jak w książce.
Anna, stworzona po to by uratować swoją ciężko chorą siostrę, chce sama decydować o swoim ciele. Nie chce już być bankiem tkanek, pragnie usamodzielnienia medycznego, bo dotychczas to rodzice podejmowali decyzje za nią. Dziewczynka zwraca się z prośbą o pomoc do jednego z najsłynniejszych adwokatów w Stanach, który w jej sprawie widzi intrygujący go potencjał.

Muszę przyznać, że najbardziej w filmie zaskoczyła mnie postać matki Anny, grana przez Cameron Diaz, którą w najśmielszych nawet oczekiwaniach nie podejrzewałabym o takie doskonałe zagranie tej trudnej roli. Cameron Diaz śmiała się, płakała, złościła, goliła głowę, tak jakby nie grała tej postaci, tylko jakby nią była. I to chyba ona najbardziej zachwyciła mnie w tym obrazie.
Niestety pojedyncze sceny nie sprzyjały spójności całej opowieści i widz, który po książkę nie sięgnął mógł mieć trudności w rozpoznawaniu intencji twórców. Ale z drugiej strony trudno przenieść tę historię Picoult na ekran, więc jestem zaskoczona, że to w ogóle Cassavetesowi się udało. Z mniejszymi lub większymi potknięciami, ale jednak udało się.

I wreszcie najbardziej ambiwalentny element filmu w moim odczuciu - zakończenie - za które jestem jednocześnie bardzo wdzięczna i którym jestem bardzo rozczarowana, stanowi doskonały przykład na to, jakie emocje towarzyszyły mi w trakcie oglądania całej ekranizacji.
Podobało mi się, bo nie było hollywoodzkie, bo było bardziej prawdziwe niż w książce, bo było inne. Nie podobało się natomiast, gdyż przez nie historia nabrała zwyczajności, stała się za bardzo normalna i już tak nie zaskakująca, jak powieść.
Teraz widzę dopiero, jak trudno znaleźć złoty środek - a czasami jest to wręcz niemożliwe.

Niemniej jednak film polecam. Choćby dla samej konfrontacji z powieścią.

Ocena: 4/6

niedziela, 24 stycznia 2010

Łańcuch pytań.

Bardzo cieszę się, że zostałam zaproszona do blogowo-książkowej zabawy. Dziękuję za zaproszenie Miss Jacobs i spieszę odpowiadać na pytania:

1. Jaka książka wywarła największy wypływ na Twoje życiowe wybory ?

Muszę przyznać, że było kilka książek, które faktycznie wpłynęły na wybory jakich dokonywałam w życiu, ale na myśl przychodzi mi przede wszystkim jedna lektura. A jest nią "Zbrodnia i kara" Dostojewskiego, którą przeczytałam po raz pierwszy w pierwszej klasie liceum, a którą czytałam później jeszcze kilkakrotnie. To właśnie po lekturze historii Raskolnikowa, zafascynowana zagadnieniami zbrodni i kary, podjęłam decyzję o wyborze kierunku studiów (wcześniej upierałam się przy stosunkach międzynarodowych, czy nawet szkole aktorskiej), z której po dzień dzisiejszy jestem niezmiernie zadowolona (chociaż muszę przyznać, że prawo naprawdę potrafi zniszczyć wyobraźnię u tych ludzi, którzy się temu poddadzą - ale ja się nie poddałam). Drugą książką, która później utwierdziła mnie w mym wyborze był "Proces" Kafki dzięki, któremu zrozumiałam, że moje pokolenie oraz następne musimy zrobić wszystko by zapobiec powrotowi takich reżimów, a walka ta musi opierać się przede wszystkim na odpowiednich konstrukcjach prawnych.
Dla ciekawostki przyznam jeszcze, iż "Zbrodnia i kara" sprawiła również, że pokochałam filmy Woody'ego Allena, a szczególnie jego dwa obrazy: "Match point" oraz "Cassandra's Dream" :)

2. Dajesz książki w prezencie z własnoręcznie pisanymi dedykacjami czy bez ?

Jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek kreślenia po książkach. Nawet gdy mam kserówki podręczników uczelnianych z bólem serca kreślę po nich... ołówkiem :)
Dedykacje również postrzegam jako swoistego naruszenie "czystości" książki. Może brzmi to niezbyt rozsądnie, ale mam na tym punkcie świra. Poza tym zawsze wyobrażam sobie, że obdarowany też może nie lubić kreślenia po książce...
W efekcie książki w prezencie daję z własnoręcznie wpisanymi dedykacjami, ale na osobnych ozdobnych kartkach, albo bilecikach.

3. Czy masz ulubioną lampkę przy której czytasz ?

W moim pokoju mam aż 4 lampy. Jedna u sufitu, jeden kinkiecik i dwie lampki typowo biurkowe, z czego jedna stoi na biurku, a druga zamontowana jest przy łóżku. I tę ostatnią lubię najbardziej. Ma ona bardzo długie ramię, które gdy czytam leżąc w łóżku wieczorem pozwala mi skierować ją tuż nad książkę i dzięki temu mogę czytać bez przeświadczenia, iż pogarszam wzrok. Ponadto moja łóżkowa lampka daje bardzo ciepłe światło, które uwielbiam :)

4. Jak często ulegasz książkoholizmowi i kupujesz nowe nabytki do swojej kolekcji ?

Jestem rasowym książkoholikiem. Najdłużej wytrzymałam bez kupowania nowych nabytków na przełomie listopada i grudnia, aż 4 tygodnie, ale tylko dlatego, że dostałam kilka książek w prezencie, kilka wypożyczyłam z biblioteki, a moja półka ogłosiła wszem i wobec stan całkowitego zapełnienia. Jednakże jeszcze przed Świętami zorientowałam się, że nakład książki na którą od dawna miałam chrapkę powoli się wyczerpuje, a w dodatku znalazłam bardzo interesującą ofertę na Allegro i... kupiłam.
Od tamtego zakupu i dostarczenia mi książki minęły prawie 4 tygodnie, więc jestem już na skraju złamania się i skorzystania z jakiś atrakcyjnych ofert empik.com. I chyba nikt mnie nie powstrzyma ;)
Reasumując kupuję średnio co 3-4 tygodnie. Są natomiast takie dni kiedy z racji jakiegoś przypływu gotówki (urodziny, imieniny) kupuję grupowo po kilka książek.

5. Posiadasz jakiś specjalny system według, którego układasz swoje książki?

Posiadam system. Mój system polega na tym, iż... nie mam żadnego systemu :) A raczej mam ich kilka, w porywach do kilkunastu, a co za tym idzie na półkach panuje totalny chaos, w którym tylko ja się potrafię odnaleźć.
Książki układam seriami, układam też autorami, czasami kolorami, czasami z uwagi na gabaryty, a najczęściej ze względu na czas kiedy kupiłam dane lektury.
A gdy ktoś mi coś raczy przestawić wpadam w złość ;)

Do zabawy zapraszam: Agnes, Lilithin oraz Agnieszkę.
Bardzo Was proszę kochane o odpowiedź na następujące pytania:

1. Czy przywiązujesz się bardzo mocno do posiadanych książek , czy też pożyczasz je bez problemu znajomym, a nawet oddajesz jeżeli danej osobie wyraźnie na tym zależy?
2. Z jakim literackim bohaterem/bohaterką identyfikujesz się najmocniej i dlaczego?
3. Czy są jakieś miejsca (rzeczywiste, bądź nierzeczywiste) do których lubisz się przenosić za pomocą książek?
4. W kinach wyświetlany jest bardzo zachwalany film będący adaptacją znanej powieści na który pragniesz się wybrać. Jednocześnie masz ogromną chęć na przeczytanie powieści. Czy kroki swe skierujesz najpierw do najbliżej księgarni/biblioteki, czy też do kina?
5. Wybierasz się w długi, dwudziestogodzinny lot. Możesz zabrać skończoną liczbę książek na pokład samolotu, gdyż limit bagażu to tylko 5 kg. Czy postawisz na kilka, a nawet kilkanaście cieniutkich książeczek (może jakiś opowiadań, opowiastek, króciutkich powieści), czy też na wielkie tomiszcza, ale tylko w dwóch egzemplarzach?

Mam nadzieję, że moje pytania nie przyniosą Wam kłopotu, a będą wstępem do dobrej zabawy. :)

środa, 20 stycznia 2010

"Sześćdziesięciu, i więcej, milionom...". "Umiłowana" Toni Morrison

Gdy uświadomiłam sobie, że na świecie istnieją ludzie o różnych kolorach skóry miałam około czterech lat i wówczas empirycznie doświadczyłam spotkania z czarnoskórym lekarzem w Polsko-Amerykańskim Instytucie Pediatrii w Krakowie, gdzie byłam na badaniach. Wcześniej oglądałam oczywiście różne filmy, seriale z czarnoskórymi aktorami, ale i tak konfrontacja telewizyjnego świata z rzeczywistością była szokiem.
Teraz oczywiście nie dziwi mnie już obecność czarnoskórego kolegi z roku na zajęciach uczelnianych, mocno "opalonego" dentysty w Instytucie Stomatologii, czy kontrastującego dosyć mocno z koloratką księdza w mojej parafii pochodzącego z afrykańskiego Malawi.

Niemniej jednak nigdy nie czytałam książki, w której niemalże wszyscy bohaterowie byliby Afroamerykanami, w której praktycznie wszyscy "biali" to postaci negatywne i wreszcie której akcja rozgrywa się w Ameryce okresu niewolnictwa (zatem przed uchwaleniem XII poprawki do Konstytucji USA, która znosiła niewolnictwo w całym kraju).
Aż do teraz.

Muszę przyznać, że powieść "Umiłowana" Toni Morrison wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony pozytywne, z drugiej strony negatywne, a z trzeciej neutralne.
Począwszy od ogólnego zainteresowania, gdy wypatrzyłam znaną z widzenia pomarańczową okładkę na bibliotecznej półce, poprzez zadowolenie gdy dowiedziałam się, że jest to książka Noblistki (moja pierwsza od dłuższego czasu) i jednocześnie zdobywczyni Pulitzera (moja pierwsza świadoma) oraz gdy rozpoczęta przeze mnie lektura bardzo mnie wciągnęła, aż po lekkie zdziwienie, gdy przeczytałam Posłowie powieści.

Sethe mieszka ze swoją najmłodszą córką - Denver w Cincinnati, w stanie Ohio. Ich życie, wcale niełatwe, naszpikowane było porzuceniami. Najpierw porzucił je Halle Suggs, ukochany mąż Sethe, jeszcze przed narodzinami Denver. Później porzucili je synowie Sethe - Buglar i Howard, którzy uciekli nagle z domu pewnej zimy. Na koniec zaś porzuciła Sethe i Denver - Baby Suggs - teściowa i babcia, prawdziwa opoka, cudowna osoba, która odeszła z ich życia niestety na wieczność.
Wydawałoby się, że powinny żyć spokojnie, nawzajem się wspierać i pomagać sobie, gdyż je obie mocno doświadczył los, a przecież nieszczęścia mają to do siebie, że w końcu mijają i nadchodzi radość, szczęście, nadzieja na lepsze dni.
Owszem, być może dzieje się tak u innych. Ale nie w domu nr 124 w Cincinnati. Nie w czasie, gdy zamieszkuje w nim pracująca w restauracji Sethe i jej dopiero dojrzewająca córka Denver.
Dom ich bowiem jest nawiedzony i dzień w dzień pląta się po nim duch dziecka, który odstrasza wszystkich gości, tak skutecznie, że obie kobiety są całkiem samotne. Oczywiście - do czasu, bo pewnego razu ich los się odwraca i zamiast zabierać daruje im towarzystwo i jednocześnie uwalnia od dotychczasowych problemów. Daruje im Paula D., dawnego znajomego Sethe, a krótko potem zsyła im także młodą, uroczą dziewczynę, o mentalności dziecka. Wydawałoby się, że wszystko układa się już wtedy idealnie, ale niestety w domu zbiegłych z Kentucky niewolnic jest nieco za ciasno. Kolejne wydarzenia ukazują Czytelnikowi, jak bardzo i co jest odpowiedzialne za ten stan rzeczy.

Czytając "Umiłowaną" początkowo cały czas miałam przed oczami ludzi z moją karnacją - niezbyt jasną, niezbyt ciemną, nieco opaloną wakacyjnym słońcem. Z trudnością wielką przyszło mi wyobrażenie sobie, że bohaterowie są czarnoskórzy, ale mniej więcej w połowie książki się to wreszcie udało niemalże idealnie. "Niemalże", bo do tej pory przybyłą młodą dziewczynę o tytułowym imieniu wyobrażam sobie, jako szczupłą, delikatną i kruchą blondynkę o bardzo jasnej, wręcz kredowej cerze, w pięknej sukni ukazującej jej lekkie kształty. Może dzieje się tak dlatego, że delikatność nie kojarzy mi się z Murzynkami, z ich okrągłymi biodrami, którymi potrafią ruszać lepiej niż którakolwiek białaska, obfitym biustem, za którymi mężczyźni szaleją, poskręcanymi włosami dodającymi raczej wrogości aniżeli lekkości ich masywnym sylwetkom. Choć muszę przyznać, że u niektórych bohaterek Morrison nadana im ostrość i potęga bardzo pasowała, a wręcz była niezastąpionym i genialnym składnikiem całej powieści.
Myślę tutaj o Sethe, która chociaż bardzo rodzinna, owładnięta instynktem macierzyńskim, potrafiła być twarda, silna i jednocześnie okrutna. Myślę o Baby Suggs, która swą charyzmą potrafiła zgromadzić tłumy, która posiadając dużo samozaparcia i postawności stała się symbolem walki o zniesienie ucisku czarnych, o zniesienie niewolnictwa. Myślę też o Denver, która chociaż początkowo bardzo dziecinna, naiwna, dziewczęca z czasem dojrzewała, dorastała do tego by okazać swój sprzeciw, swój upór przeciwko zaistniałej sytuacji i stanęła do walki, zadziałała, czym uratowała chociaż szczątki swojej rodziny, a co za tym idzie swej tożsamości.
Te trzy kobiety były nie tylko doskonałymi przedstawicielkami silnej ręki, która w naszej rzeczywistości przypisywana jest Ślązaczkom, a w społeczeństwie amerykańskim kojarzy się jednoznacznie z Murzynkami. Były także doskonałymi symbolami walki o wyzwolenie, o swoje życie, swoją wolność, które kilka lat po wojnie secesyjnej (wojnie spowodowanej utrzymywaniem się niewolnictwa w niektórych stanach) wciąż nie mogły być spokojne o swój byt.

Powieść Toni Morrison to zatem nie tylko miła historyjka, o niesamowitych przygodach dotykających murzyńską rodzinę, ale to przede wszystkim naznaczona cierpieniem, strachem, ciągłym lękiem o przyszłość opowieść o okrucieństwie tamtych czasów spowodowanych niewolnictwem, uciemiężeniem Afroamerykanów. Czytelnik może poznać sposoby, jakie wymyślali niewolnicy by móc uzyskać wolność (nie "odzyskać", gdyż tak naprawdę nigdy jej nie mieli, od urodzenia byli niewolnikami). Wydawałoby się, że wystarczy uciec, skryć się gdzieś, przeczekać, czy oddalić się - wszak Stany to taki ogromny kraj. Nic bardziej mylnego. Jeżeli uciekać to tylko dzięki pomocy białych, tylko z wsparciem tych bardziej ludzkich, gdyż w innym wypadku można było się narazić na śmierć, czy na różne wymyślne tortury, w tym na umieszczenie w obozie pracy, a ucieczka z obozu była już przedsięwzięciem niezwykle ryzykownym. A i tak po ucieczce, choćby do stanu gdzie niewolnictwo zniesiono, z niepokojem powinno obserwować się wszelkie przejeżdżające konwoje, bo być może "właściciel" przypomniał sobie o swojej "zgubie" i przyjechał ją odzyskać. Jeżeli natomiast uzyskać wolność w inny sposób to było to możliwe tylko wtedy, gdy miało się kogoś kto byłby skory pracować w dni wolne po to by wykupić cudzą wolność - oczywiście możliwości były tutaj skończone i ograniczały się do członków najbliższej rodziny. Osobiście przeraża mnie myśl o podróży przez ogromny, nieznany kraj, do obcego miejsca, dalekiego stanu gdzie niewolnictwa nie ma, jedynie z papierkiem świadczącym o naszej wolności - wydaje mi się, że każdy napotkany biały mógł ten świstek po prostu potargać, z pełną świadomością tego, że wolności w inny sposób nie da się dowieść.
W tym kontekście uważam "Umiłowaną" za prawdziwe arcydzieło, które bardzo szeroko otworzyło mi oczy na problemy tamtych czasów i pozwoliło poznać tamtejsze realia.

Jednakże kilka kwestii całkowicie zaburzyło mój obraz lektury.
Sama postać Umiłowanej, cukierkowo-naiwna, głupia, prymitywna, chodząca niczym bóstwo, siejąca zamęt - tak bardzo mnie denerwowała, że chciałam już nawet omijać fragmenty kiedy się pojawiała, ale że pojawiała się wszędzie, co chwilę, byłoby to utrudnione. Nie widziałam w tej postaci tragizmu, a jedynie złośliwość, upór, szaleństwo i ogromny egoizm, a tych cech wszystkich razem niestety nie toleruję, także u postaci fikcyjnych.
Zdaję sobie oczywiście jednak sprawę, że być może to celowa kreacja i uwypukliły ją elementy magiczne, od początku towarzyszące Umiłowanej, a w powieści istniejące od pierwszej strony i od dziecięcych złośliwości ducha prześladującego Sethe i Denver. Dla mnie jednoznacznie magia, fantastyczność wprowadzona obok do gruntu realistycznej historii kojarzyła się z realizmem magicznym i zastanawiałam się nawet nad tym, czy nie przesadzam szukając tego nurtu wszędzie tam, gdzie pojawiają się duchy, zjawy, niewyjaśnione zjawiska, ale z każdą stroną utwierdzałam się w tym przekonaniu i w momencie gdy zamknęłam przeczytaną już książkę byłam pewna wystąpienia tego niezwykłego nurtu.
Pewna byłam jednak do czasu przeczytania posłowia zatytułowanego "Od tłumaczki", które dosyć pokrętnie realizm magiczny stara się wyprzeć ze świadomości czytelnika stwierdzeniem, iż powieść Morrison jest wszak pełna biblijnych elementów, a nie po prostu magicznych (czyli zapewne też może pogańskich) Ja osobiście nie nadawałabym tej książce aż takiej wagi. Chociaż widziałam pewne skojarzenia, elementy, jak choćby tak podkreślane kilkakrotnie zmartwychwstanie, czy cytat będący mottem powieści to niewłaściwym wydaje mi się doszukiwanie się inspiracji Biblią w tej niewolniczej powieści. Poetycki język również nie przywodził mi na myśl wersetów biblijnych i w tej kwestii uważam takie stwierdzenia za przerost formy nad treścią. A co za tym dosyć dużą nadinterpretację, chociaż z drugiej strony doceniam walory takiego spojrzenia na "Umiłowaną" (mimo, iż nie traktuję tłumacza, jako podmiot władny w kwestii wykładni dzieła - umiejętności językowe nie do końca świadczą o wiedzy, bogatej wyobraźni oraz spostrzegawczości).

I chociaż "Umiłowana" nieco mnie rozczarowała to i tak polecam wszystkim zmierzenie się z tą książką. Wydaje mi się, że Czytelnik albo będzie ją kochał bezwzględnie, albo - tak jak ja - będzie miał całkowity zamęt i mętlik w głowie nie wiedząc jak ją ocenić. Nie da się zaś na pewno jej nienawidzić.

Ocena: 4,5/6


Przyznam jeszcze, że nieco trudno zaliczyć tę książkę do literackiego amerykańskiego Południa, gdyż akcja powieści toczy się w dwóch stanach - Ohio i Kentucky, które znajdują się na północnym-wschodzie USA, a nie zaś na południu (tak samo autorka powieści pochodzi z Lorain w Ohio). Niemniej jednak przyznaję, iż "Umiłowana" pachnie tym południowoamerykańskim klimatem, którym emanuje chyba każdy murzyński dom.

czwartek, 14 stycznia 2010

Pytanie, czy wyzwanie?

Początek Nowego Roku chociaż obfituje wciąż w zaległe lektury, których nie mam czasu zrecenzować, chociaż straszy zbliżającymi się egzaminami i sesją, chociaż jest typowo zimowy, a więc mroźny, smutny, wietrzny oraz ciemny to i tak zapowiada się wyjątkowo ciekawie.

Równolegle ruszyły dwa nowe wyzwania literackie, które zawdzięczamy nieocenionej Padmie. I w obu biorę udział, chociaż jestem zupełnym świeżakiem. A oto moje postanowienia w związku z tym:

Lista minimum:

1. NIKE: "Traktat o łuskaniu fasoli" W. Myśliwski

2. BOOKER: "Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro

3. ORANGE PRIZE: "O pięknie" Zadie Smith - już posiadam i mam zamiar przeczytać w oryginale (to chyba nie narusza zasad wyzwania)

4. GONCOURT "Skała Taniosa" Amin Maalouf


Lista dodatkowa:

1. "Kamień cierpliwości" Atiq Rahimi (Goncourt)

2. "Łaskawe" Jonathan Littell (Goncourt)

3. "Bieguni" Olga Tokarczuk (Nike)

4. "Hańba" J.M. Coetzee (Booker)

5."Życie i czasy Michaela K." J.M. Coetzee (Booker)

6. "Angielski Pacjent" Michael Ondaatje (Booker)

7. "Życie Pi" Yann Martel (Booker)

8. "Lista Schindlera" Thomas Keneally (Booker)

Listy realizowane będą w miarę możliwości czasowych oraz bibliotecznych. Z czego lista minimum jest obowiązkowa.


Lista minimum:

1. William Faulkner - najchętniej "Absalomie, Absalomie" albo "Światłość w sierpniu", ale nie pogardzę też inną, którą znajdę (a może innymi? :))

2. Fannie Flagg - jeszcze nie miałam okazji czytać "Smażonych zielonych pomidorów", ale jeśli nie uda mi się zdobyć to sięgnę po "Daisy Fay..."

3. Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół"


Lista dodatkowa:

1. John Grisham – cokolwiek

2. Erskine Caldwell – cokolwiek

3. "Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Yaya" Rebecca Wells


Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać wszystkie lektury z list minimum, a może i też wszystkie dodatkowe. Na nadmiar czasu niestety nie mogę narzekać, więc sama nie wiem dokładnie, jak to będzie :)

Na koniec jeszcze chciałabym się pochwalić, iż wygrałam w konkursie u Agnes (której serdecznie dziękuję) powieść "Szeptem" B. Fitzpatrick. Bardzo chciałam sięgnąć po tę książkę, zwłaszcza, że do tej pory nie zapoznałam się z serią "Zmierzchu" i na pewno spojrzę na tę pozycję świeżym okiem, nie zmąconym innymi historiami o wampirach.

A teraz moi drodzy wszystkim biorącym udział w wyzwaniach chciałabym życzyć wytrwałości, realizacji wyznaczonych celów, radości z lektury i miłego czytania!
Ja zabieram się za recenzowanie jeszcze zeszłorocznej "Umiłowanej":)

sobota, 9 stycznia 2010

Mr i Mrs Pile wchodzą w Nowy Rok (Pan i Pani Stosik, odsłona piąta).

Przed Świętami Bożego Narodzenia udałam się dwukrotnie do biblioteki. Dwukrotnie miałam tylko oddać książki i nic już nie wynosić. I dwukrotnie się nie udało.
Za pierwszym razem nawiedziłam oddział językowy i postanowiłam podreperować moją obcojęzyczność czytając coś angielskiego w oryginale, wszak dawno nie miałam takiej przyjemności. I tutaj zaliczyłam małą wtopę, ale o tym za chwilę.
Za drugim razem pokornie ustawiłam się w kolejce przedświątecznych zwrotów, a była naprawdę spora, bo ponoć od Nowego Roku wzrosła opłata za przetrzymanie książek. Niestety kolejka snuła się powoli obok półki oznaczonej: "Najchętniej czytane pozycje". Chyba domyślacie się, co było dalej...

Niniejszym przedstawiam Wam młodego Pana Stosika, który życie na nowo rozpoczął przed Świętami:

Kolejno od góry:

1. "On Beauty" Zadie Smith - pierwsza moja książka tej brytyjskiej pisarki i chociaż obowiązki odsunęły jej przeczytanie w czasie to muszę przyznać, że już zaczęłam (po drodze z biblioteki, w komunikacji miejskiej;)) i bardzo mi przypadła do gustu.
2. "Portrait in sepia" Isabel Allende - niestety myślałam, że ta powieść Allende nie należy do żadnego cyklu, dlatego chętnie zabrałam ją ze sobą, a już w domu zorientowałam się, że jest to kontynuacja powieści "Dom duchów" i to w dodatku tom trzeci! Już od miesiąca wybieram się by ją wymienić na tom pierwszy, albo coś innego. Dobrze, że istnieje coś takiego jak internetowa prolongata ;)
3. "Umiłowana" Toni Morrison - czytałam dużo o tej powieści i to nie tylko głosów zachwytu, ale też rozczarowania. Moje wrażenia z tej książki już za niedługo ujawnię w pisanej powoli recenzji.

oraz Panią Stosik, która wniosła nieco kobiecości, lekkości i tajemniczości w okres przedświąteczny oraz poświąteczny, a szczególnie noworoczny:


Kolejno od góry:

1. Moja ulubiona ozdobna bombka z bałwankiem. Chciałam Wam ją zaprezentować zanim zniknie w czeluściach szafki i zastąpi ją rozkicana pisanka.
2. "Listy od zabójcy bez znaczenia" José Carlos Somoza - pierwsze moje spotkanie z Somozą, ale długo oczekiwane i chyba też nieco odciągane w czasie. Wyszłam z założenia, że jeśli powieść mi się nie spodoba to nic nie tracę, bo i tak jest króciutka. Ale na razie się podoba. Bardzo.
3. "Dodaj do ulubionych" Adrianna Kownacka - króciutkie opowiadanie (trudno nazwać ten tekst powieścią) o kondycji młodych kobiet rzuconych w wir współczesnej rzeczywistości. Krótkie, kobiece, niewymagające. Recenzja wkrótce.
4. "Kamienie przodków" Aminatta Forna - zaciekawiła mnie okładka, którą wypatrzyłam na bibliotecznej półce, zaintrygowało nazwisko autorki, a przekonała całkowicie nota wydawnicza.
Afryka i Londyn. Młoda kobieta i kilka jej ciotek. A wszystkie łączy chęć zmiany przeznaczenia.
Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam "Kamienie...". Niestety zostawiłam
je sobie na deser :)

Oczekujcie zatem w Nowym Roku wielu nowych recenzji. Szczególnie, że mam zamiar i prawdziwą chęć dołączenia do dwóch wyzwań czytelniczych, które będą pierwszymi w mej skromnej karierze. Jako ryzykantka lubię rzucać się na głęboką wodę, ale jako rozsądna, stateczna intelektualistka obawiam się już konsekwencji.
Jedyne o co mogę prosić, to kciuki by się udało, co niniejszym czynię.

wtorek, 5 stycznia 2010

Telenowela, czy arcydzieło kina? "Przerwane objęcia" reż. Pedro Almodóvar.

Czai się we mnie głęboko jakiś wewnętrzny sentyment do Hiszpanii. Owszem odwiedziłam ten piękny kraj, ale prawie 10 lat temu i nie miałam okazji, od tamtej pory, tam powrócić. Jednakże wystarczy, że w radiu usłyszę espańską piosenkę (ostatnio hiszpańską wersję włoskiego dicho "Vamos a bailar"), że w gazecie przeczytam o możliwości spędzenia wspaniałego urlopu na Wyspach Kanaryjskich (chyba "Tele Tydzień" nie tak dawno zachwalał ten region), ba wystarczy, że spojrzę na półkę mojej biblioteczki, a już od razu w oczy rażą mnie hiszpańsko brzmiące nazwiska: Marquez, Allende, Zafón - i jak w takich warunkach nie myśleć o Hiszpanii?!
W dodatku, jak na złość, jeden z moich dwóch najulubieńszych ostatnio reżyserów filmowych pochodzi z autonomicznego hiszpańskiego regionu Kastylia-La Mancha i ostatnio niefortunnie spłodził film, który oczywiście musiałam oglądnąć (by mych katuszy nie stało się za dość to muszę jeszcze przyznać się, że mój drugi najulubieńszy reżyser, chociaż nie jest pochodzenia hiszpańskiego to i tak nie pozostaje bez winy, gdyż podręczył mnie poważnie swoim ostatnim dziełem o wdzięcznym tytule "Vicky Christina Barcelona"!).

Ale wróćmy do człowieka, w którego żyłach płynie najprawdopodobniej krew conquistadorów, sam wszak podbił już dwukrotnie amerykański filmowy dreamland.
Pedro Almodóvar nie rozpieszcza zbytnio swoich fanów (a właściwie chyba przede wszystkim fanek), gdyż obecnie tworzone przez niego dzieła pojawiają się na ekranach kin, z wydawałoby się przemyślaną precyzją, co 2-3 lata, a mając na uwadze lata '80 kiedy to nowe almodovarowskie filmy ukazywały się praktycznie co roku, mamy chyba prawo czuć rozczarowanie. Jednak ja, muszę przyznać, nie czuję.
Na najnowsze dzieło hiszpańskiego mistrza czekałam od "Volvera", zatem całe 3 lata. I doczekałam się, tylko teraz nieśmiało zastanawiam się, czy było warto...

"Przerwane objęcia" to kolejne zetknięcie się z miłością. Chyba przywykłam już, że zawsze u Almodóvara miłość jest obecna, chociaż pod różnymi postaciami. I tutaj też jest, ale pod postacią najzwyklejszą, jaką możemy sobie wyobrazić.
Mężczyzna i kobieta. Zaskakujące poznanie się, dziwna fascynacja. Trzask, prask. I uczucie.
Piękne? Byłoby, gdyby nie drugi mężczyzna, od którego praktycznie zależna jest owa kobieta.
W całą historię wplątana jest też cała masa innych postaci, które w mniejszym lub większym stopniu ingerują w życie tego trójkąta damsko-męskiego.
Wiadomo, że z tak klasycznej sytuacji wyjść jest kilka, ale żadne z nich nie zadowoli całej trójki bohaterów. Dlatego bardzo się oni miotają, martwią, przeżywają. Może nawet troszkę za bardzo.
Zakończenie zaś tak żenująco przewidywalne i mnie niestety rozczarowujące, bo można było wplątać tam jeszcze jakieś intrygi, wszak tego spodziewałam się po Panu Pedro. Dostałam natomiast ciekawą historię, intrygującą opowieść, ale w konkluzji pozbawioną zaskakującej puenty scalającej wszystkie wątki w jedną niesamowitą całość. Bo przecież mogło się okazać, że Lena jest siostrą Mateo Blanco, że mają wspólną matkę, ojca, babcię, czy choćby wspólne dziecko poczęte metodą in-vitro, którym okazałby się Diego adoptowany następnie przez współpracownicę Mateo - Judit. Przecież mogłoby tak być, prawda?!

A tymczasem Almodóvar raczy nas kilkoma tajemnicami, z których każda okazuje się zupełnie nijaka, oczywista i których od początku widz może się domyślić.
Chociaż nie myślcie, że "Los abrazos rotos" to mdły, całkowicie pozbawiony sensu obraz. Jest to bardzo ciekawy film przedstawiający piękne uczucie, niosący ze sobą ogromny bagaż pozytywnych emocji, który oglądałam z wypiekami na twarzy, jednakże do tego filmu trzeba się przyzwyczaić. Trzeba uświadomić sobie, że nie jest to do końca taki
Almodóvar, jakiego znamy, ale ten nowy jest też niesamowicie interesujący i pociągający, nawet jeśli początkowo czuje się do niego żal i rozczarowanie. Polecam poddać się urokowi tego świeżego obrazu mistrza Almodóvara :)

Ocena: 5+/6

Zauważyłam, że w ostatnich tygodniach starego roku moją uwagę przykuły przede wszystkim dzieła hiszpańskojęzyczne, zarówno jeśli chodzi o literaturę, jak i film. Mróz, śnieg, krótki dzień chyba sprzyjają tęsknocie za hiszpańskim słońcem...

sobota, 2 stycznia 2010

Kochamy ciągle za mało i stale za późno. "Rzecz o mych smutnych dziwkach" Gabriel García Márquez

Nie tak dawno media wręcz huczały prześcigając się w dostarczaniu informacji na temat zatrzymanego Romana Polańskiego (powinnam raczej napisać Romana P.), który w szwajcarskim więzieniu czuć się miał niekomfortowo i przez to odbywać areszt domowy z cudem techniki przyczepionym do którejkolwiek z kończyn.
Zarzut, który Panu Romanowi został postawiony wszyscy chyba znają, chociaż niektórzy przekręcają jego faktyczną formę: molestowanie seksualne nieletniej. I pomijając już okropność, obrzydliwość tego konkretnego czynu zastanawiałam się, co może siedzieć w umyśle takiego dorosłego mężczyzny, co musi myśleć, co czuć, jak odbierać rzeczywistość skoro w końcu ogarnia go taka dziwna, niezrozumiała chęć by posiąść nastolatkę, młodziutką dziewczynę, dziewczynkę, czy jakkolwiek byśmy nie określili - jednak dziecko.
I jakoś trudno jest pojąć, że w niektórych kulturach wzięcie trzynastolatki za żonę i narzucenie jej wszelkich obowiązków małżeńskich jest nadal uważane za całkiem normalną kolej rzeczy. Ale niedaleko szukać - przecież w historii naszego kraju wielokrotnie dochodziło do takich ślubów starszych magnatów, książąt, czy nawet królów z małymi dziewczynkami. I chociaż wiadomo - miłość nie wybiera - to trudno w przypadku Pana Romana (chociaż szanuję bardzo jego twórczość, jako artysty) uznać, że zrobił on to właśnie z powodu jakiegoś większego uczucia, a nie pożądania i chęci wykorzystania sytuacji. Ale musimy być świadomi, że w wielu innych sytuacjach życiowych, które mogłyby być karane, postrzegane jako moralnie niewłaściwe, jako naganne i karygodne, właśnie wszystkiemu winna jest miłość i to, że temu kogo dopadnie nie pozostawia żadnego wyboru.

Bohater elegii Gabriela Garcíi Márqueza pod wdzięcznym tytułem "Rzecz o mych smutnych dziwkach" jest u progu dziewięćdziesiątki, gdy nawiedza go dosyć dziwne pragnienie - spędzić noc z nieletnią dziewicą. Dziwne na pewno dla ludzi takich, jak ja - przedstawicieli młodego pokolenia, którzy stoją u progu rozpoczęcia życia na własny rachunek, założenia rodziny, posiadania dzieci. Jednakże dla naszego bohatera to pragnienie choć może nieco wyrafinowane, na pewno nie jest dziwne, ani dziwaczne. Dla osoby, która miała mu pomóc w realizacji tego marzenia, Rosy Cabarcas - burel mamy - żądza jego też nie jest niczym zaskakującym i gdy bohater zwraca się do niej z prośbą o znalezienie odpowiedniej kandydatki pyta jedynie o jego kondycję fizyczną.
Wypada zaznaczyć, że bohater Marqueza nie jest szalonym bogaczem, nie jest osobą rozrzutną i zarazem rozpustną, a jest dziennikarzem, felietonistą, niezbyt bogatym, ale też nie głodującym, wciąż czynnym zawodowo, który sam szczerze przyznaje, że nie związał się z żadną kobietą na stałe, gdyż wolał przygodne stosunki z różnej maści dziwkami. Ale taka rozwiązłość w pewnym wieku czasami się zdarza, a już pragnienie odbycia stosunku seksualnego z dzieckiem nie występuje powszechnie wśród dziewięćdziesięciolatków. Cóż więc nim kieruje?

Myślę, że każdy powinien odpowiedzieć sobie sam na to pytanie, uprzednio czytając powieść Marqueza. A naprawdę warto, gdyż wbrew pozorom lektura ta nie jest pochwałą późnego (dla niektórych mogącego wywołać niesmak) współżycia, ale przejmującą historią niespodziewanej i jakże niezwykłej platonicznej miłości starszego człowieka do czternastoletniej dziewczynki. Miłości zbyt późnej, miłości niespotykanej, która wydaje się skazana na klęskę.
Bo przecież, gdy miłość wtargnie do naszego serca nie liczymy się z konsekwencjami naszych wyborów. Nie zdajemy sobie sprawy, że coś może być niezgodne z prawem, niebezpieczne, czy wręcz nieobliczalne. Nie myślimy o tym kogo i jak możemy skrzywdzić.
A już na pewno nie możemy wziąć pod rozwagę tego, że w przypadku, gdy jedna osoba w związku jest dużo starsza to ta druga będzie najpewniej za niedługi czas bardzo nieszczęśliwa i samotna. Nie liczymy się ze śmiercią.

I tak, jak bohaterowie książki "Spóźnieni kochankowie" Williama Whartona zostali zaskoczeni przez śmierć, która przerwała łączącą ich więź i mocno zraniła jedno z nich, pozostawiając trwałe piętno i niwecząc wszelkie szanse na dalsze, normalne życie, tak bohater Marqueza spodziewa się rychłego końca, wręcz go przewiduje, a gdy on nie nadchodzi czuje się, jakby narodził się po raz drugi. I tak, jak w "Lolicie" Nabokova mężczyznę ogarnia szaleństwo za śliczną, młodą dziewczynką, tak nasz bohater szaleje za swoją Delgadiną, z tą jednak różnicą, że nie do końca wiemy, czy kusi go ona świadomie, czy całkowicie nieświadomie, czy może za namową swojej mocodawczyni...

I tego brakuje w powieści. Ukazania całej sytuacji z drugiej strony. Nie dowiemy się, co myśli ta słodka czternastolatka. Czy uważa współżycie z mężczyzną który mógłby być jej dziadkiem, a nawet pradziadkiem za coś nieodpowiedniego, okropnego? Czy potępia go? Czy jest jej to obojętne, byleby tylko udało jej się zdobyć pieniądze? Czy też może cieszy się, bo sama w jakiejkolwiek formie odczuwa przywiązanie? Ale Marquez uświadamia nam, że nie musimy tego wiedzieć, by móc zachwycić się wyszukaną, oryginalną i nieco ekscentryczną historią miłosną.
Może nawet nie powinniśmy. Bo wówczas traktowalibyśmy "Rzecz o mych smutnych dziwkach", jako traktat z punktu widzenia moralnego i obyczajowego naganny. I pewnie zostałby powszechnie potępiony. A tak przecież nie można potraktować kolejnego dzieła jakże wybitnego autora.


Ocena: 6/6

Przez całą książkę towarzyszyło mi przeczucie jak gdyby te wszystkie myśli, emocje, ta ostatnia elegia była pożegnalnymi słowami Marqueza do Czytelników. I chociaż wielokrotnie, w przeróżnych recenzjach głównego bohatera powieści utożsamia się z autorem to myślę, że to jednak nie koniec i doczekam się kolejnej genialnej powieści mojego, bądź co bądź, ulubionego pisarza.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...