Menu

czwartek, 29 kwietnia 2010

Syndrom limski. "Belcanto" Ann Patchett

Wytwór artystyczny o wysokich walorach estetycznych, czyli "dzieło" w języku włoskim wyraża powszechnie znane i zupełnie inaczej kojarzone słowo: "opera". Bo któż nie słyszałby chociaż raz w życiu o tym niezwykłym, bardzo bogatym i rozbudowanym utworze muzycznym tworzącym kompilację wokalno-instrumentalno-sceniczną?
Twórcami opery była Camerata florencka, która kładła szczególny nacisk na prymat słowa nad melodią we wszystkich dziełach muzycznych.
Włosi będąc ojcami opery zostali także twórcami, przeciwstawnego poglądom Cameraty florenckiej, terminu "bel canto" określającego nurt w muzyce kładący nacisk na estetykę, piękno głosu oraz wirtuozerię śpiewaków, a znaczącego nic innego, jak "piękny śpiew".

W powieści "Belcanto" Ann Patchett, tytułowy piękny śpiew wydobywa się z ust jednej z najlepszych sopranistek świata - Roxane Coss, której recital ma być ukoronowaniem urodzin japońskiego biznesmena. Przyjęcie z okazji jubileuszu Pana Hosokawy wydaje na jego cześć władza małego kraju w Ameryce Południowej, w nadziei że bogaty Japończyk chętnie zainwestuje swoje pieniądze w tym regionie. Tak naprawdę Pana Hosokawy nie ściągają jednak na bankiet do willi wiceprezydenta tego niewielkiego kraju interesy, ale chęć posłuchania na żywo ulubionej śpiewaczki - podobnie zresztą, jak innych gości, którzy na co dzień wcale niezainteresowani losami kraju stawiają się licznie na raucie.
Chyba wszyscy goście chcą aby ten wieczór, ten koncert trwał jak najdłużej, jednakże w końcu Roxane Coss milknie. W tym samym momencie do rezydencji wpadają terroryści.




Zwykle, w takich niebezpiecznych sytuacjach, terroryści stawiają warunki, które są spełniane lub bagatelizowane i dochodzi do szybkiego rozwiązania sprawy - ugodowo, bądź siłowo. Ale w tym przypadku przetrzymywanie zakładników przeciąga się. Mijają godziny, dni, w końcu tygodnie i miesiące. Pomiędzy terrorystami, a zakładnikami powoli zaczyna tworzyć się nić sympatii, która szybko przeradza się w głębsze i silniejsze więzi emocjonalne.
Pięćdziesięciu siedmiu mężczyzn i jedna kobieta w zamknięciu nawiązują przyjaźnie, odkrywają swoje dotąd nieupubliczniane pasje przed wszystkimi i próbują jakoś przeżyć ten czas. Jednak w wyniku upływu czasu przestają myśleć o swoim poprzednim, zwyczajnym życiu i pragną by ten stan uwięzienia nigdy się nie skończył. Uważają, że nikt nie powinien cierpieć, co w przypadku przekazania bądź odbicia zakładników mogłoby nastąpić.

W czterdziestoosobowej grupie zakładników wszyscy powoli przyzwyczajają się do tego, że wiceprezydent Ruben Iglesias opiekuje się domem, sprząta, pierze i prasuje, kandydat na ambasadora Francji Simon Thibault doskonale zna się na gotowaniu i wciąż myśli o swojej ukochanej żonie, Rosjanie, w tym Wiktor Fiodorow grają nieustannie w karty, ojciec Arquedas który został z nimi z własnej woli odprawia niedzielne msze święte i co sobotę spowiada, Japończyk Gen jest geniuszem lingwistycznym i non stop pracuje, umożliwiając rozmowy zakładnikom, czy służy terrorystom jako tłumacz, a Messner, który jest wysłannikiem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odwiedza ich codziennie przynosząc zapasy i próbując negocjować. Pracodawca Gena - Pan Hosokawa nie odstępuje na krok śpiewaczki, którą ubóstwia, a Panna Roxane Coss cieszy się wśród wszystkich niesłabnącą popularnością i jest traktowana w szczególny sposób, na szczególnych warunkach.
Z czasem jednak okazuje się, że terroryści też mają ludzkie oblicza. Generał Benjamin uwielbiał grę w szachy, a genialny Ismael gry w szachy nauczył się w błyskawicznym tempie oglądając pojedynki swego generała. Cesar posiadał niesamowity głos i pragnął nauczyć się śpiewu. Generałowie Hector i Alfredo miłowali lokalną telenowelę. A wśród tej grupy wojskowych, doskonale zamaskowane, nagle ujawniają się dwie urocze dziewczyny - nieco naiwna, ale pragnąca poprawy swego życia Beatriz oraz piękna, szalenie inteligentna i chcąca się kształcić Carmen.
Z czasem trudno nawet rozpoznać, kto w tej rezydencji przetrzymuje, a kto jest przetrzymywany.

Obserwowanie narodzin relacji pomiędzy terrorystami, a zakładnikami jest niezwykłe i bardzo fascynujące. Być może ma to jakiś związek z znanym psychologii syndromem sztokholmskim, który objawia się solidarnością ofiar porwania z osobami je przetrzymującymi, ale Patchett ukazuje, iż taki stan emocjonalny jest naturalnym następstwem pewności, iż terroryści nikogo nie skrzywdzą i co więcej - że walczyli w słusznej sprawie, chcieli polepszenia swego bytu, więc dlaczego mają być za to ukarani? W dodatku terroryści okazują współczucie ofiarom porwania, pozwalając im na coraz to więcej swobody, zaprzyjaźniając się z nimi, spoufalając.
Dopiero zakończenie tej sytuacji wszystkich sprowadza na ziemię - przede wszystkim zaś zaczarowanego tą historią Czytelnika, który nie może uwierzyć, że to już. Że to ostatnia strona.

Ocena: 5+/ 6




Gdy pomyślimy, że historia opisana w powieści mogła naprawdę mieć miejsce, do fascynacji i zauroczenia dochodzi zaskoczenie, dreszczyk emocji i krótka myśl wyśpiewująca arię głęboko w naszej głowie - że to my mogliśmy tam być.
Powieść Patchett oparta jest jednak dosyć luźno na faktach. A fakty są takie: w 1996 roku obchody urodzin cesarza Japonii, zorganizowane w ambasadzie japońskiej w stolicy Peru - Limie, przerywa atak terrorystów z radykalnej peruwiańskiej organizacji. Terroryści pomimo wielu gróźb zabicia zakładników tego nie czynią, co więcej wypuszczają kolejne grupy przetrzymywanych, a siedemdziesięciu dwóch przetrzymują ponad pół roku. W końcu jednak służby rządowe podejmują próbę odbicia zakładników - osiem miesięcy po porwaniu wkraczają do ambasady.
Co ciekawe, podczas okupacji rezydencji terroryści, szczególnie najmłodsi, powoli zaczynali łagodnieć, stracili swoje morale i żałowali bardzo zakładników traktując ich jak najlepiej. Syndrom ten został później określony, jako odwrotność syndromu sztokholmskiego - tzw. syndrom limski.

Cieszę się ogromnie, że mogłam w ramach wyzwania Nagrody Literackie zapoznać się z tą niezwykłą powieścią. Każdemu ją gorąco polecam i sama przymierzam się do kolejnych książek laureatki Orange Prize - Ann Patchett.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Kluczyć nie należy. "Klucz do koszmaru" reż. Iain Softley

W 2005 roku, w jeszcze ciepły wrześniowy wieczór udałam się do kina. Wyszłam stamtąd wstrząśnięta, porażona i nieźle wystraszona, ale jednocześnie bardzo zadowolona...

Całkiem niedawno, w marcu, siedziałam przed telewizorem z pilotem w ręku i skakałam żwawo po kanałach. W pewnym momencie zatrzymałam się, bo natknęłam się na film, który przecież już kiedyś widziałam. Tak, po pięciu latach postanowiłam odkurzyć "Klucz do koszmaru" w reżyserii Iaina Softleya. Oczywiście nie bez powodu - trwało wówczas wyzwanie amerykańsko-południowe.

Młoda pielęgniarka - Caroline Ellis - zostaje wynajęta do opieki nad przewlekle chorym, niepełnosprawnym, starszym mężczyzną - Benem. Caroline wprowadza się do wielkiego, gotyckiego domczyska w Nowym Orleanie, które Ben zamieszkuje wraz ze swoją żoną - Violet. Na powitanie otrzymuje od pani domu klucz, który otwiera wszystkie drzwi we wszystkich pokojach domostwa.
Caroline pewnego dnia odkrywa tajemnicze pomieszczenie na strychu pełne różnych starych ksiąg i innych dziwnych przedmiotów najpewniej potrzebnych do... uprawiania magii.
Od tej chwili dziewczyna zaczyna być pełna podejrzliwości i z nieufnością traktuje Violet. Rozwój akcji przynosi kolejne, zaskakujące wydarzenia, wobec których Caroline nie może pozostać obojętna.

Dobry thriller powinien trzymać w napięciu cały czas i nie pozwolić znudzić się widzowi, a już na pewno nie może go znużyć.
Taki jest właśnie "Klucz do koszmaru", bo chociaż historia jest podręcznikowym wręcz przykładem fabuły do filmu grozy - stary, skrzypiący dom kryjący tajemnicę, starsi, tajemniczy ludzie, młoda i atrakcyjna dziewczyna wpadająca w pułapkę zła- to jego realizacja przynosi nadspodziewanie dobre efekty. Każda bowiem klatka filmu zaskakuje.

Film ukazuje też w bardzo niezwykły sposób ludność amerykańskiego Południa. Tajemnice, które kryją się w starych domostwach Nowego Orleanu wykraczają poza sferę ziemskiego życia i dotykają takich zagadnień jak hoodoo i voodoo. Szczególnie czarni południowcy do czarnej magii przywiązują ogromne znaczenie, wciąż ją praktykując, pielęgnując niczym najdroższe wspomnienie. Czy jednak jakiekolwiek wierzenia, magia mogą zaszkodzić w dzisiejszym świecie komukolwiek?
Obraz ten pokazuje, że jak najbardziej. Wystarczy tylko uwierzyć.

Ocena: 5/6

Dzieło Softleya dołącza, jako kolejne do mej grupy wyjątków. Wyjątków od ogólnej zasady, iż wszystkie amerykańskie filmy grozy są podobnymi, pustymi historyjkami, w których biedna, niesamodzielna, głupiutka blondynka ucieka przed budzącym strach mordercą lub jakimś dziwnym stworem co chwila oglądając się, a gdy tylko ma okazję biegnąc przez opustoszałe zaułki, ulice, czy po schodach, na piętro domu, w którym żądny krwi złoczyńca chce ją pozbawić życia. W "Kluczu..." jest blondynka (Kate Hudson) i jest dom. Ale nie ma tego całego kiczu do którego jesteśmy przyzwyczajeni. I w dodatku główna bohaterka ma fajnego... VW garbusa retro :)

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Amerykańskie Południe w literaturze. Podsumowanie.

12 stycznia b.r. rozpoczęło się moje pierwsze wyzwanie literackie, o tematyce bardzo intrygującej i ciekawej, mianowicie: Amerykańskie Południe.

Pierwsze wyzwanie i to jeszcze jakie! Do końca marca zobowiązałam się przeczytać trzy lektury, z całej gamy tych, które swą tematyką nawiązują do tego specyficznego regionu Stanów Zjednoczonych. Zobowiązałam się do przeczytania chociaż jednej książki Williama Faulknera oraz Fannie Flagg i "Sekretnego życia pszczół" Sue Monk Kidd.

Pod względem lektur nieco zboczyłam z kursu obranego na początku, bo uzależniona praktycznie od zbiorów bibliotecznych i łaski, bądź niełaski osób wypożyczających w tym czasie dzieła o tematyce amerykańsko-południowej musiałam znacznie się ograniczyć. Na zmiany miało też wpływ odkrycie, którego dokonałam na własnej półce - "Ziemia tragiczna" Erskine Caldwella. Listę swą zatem zmodyfikowałam i tak jakoś wyszło, że przypadkowo zrealizowałam swe plany dodatkowe - więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

Wyzwanie oczywiście ukończyłam, o czym chciałabym z radością i wielkim opóźnieniem spowodowanym różnymi okolicznościami, poinformować. Przez te trzy miesiące przeczytałam:

1. "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd - [recenzja]
2. "Czas zabijania" John Grisham - [recenzja]
3. "Ziemia tragiczna" Erskine Caldwell - [recenzja]




Udało mi się również, całkiem przypadkowo, oglądnąć film, dotykający tematyki południowej: "Klucz do koszmaru" w reż. Iaina Softleya.

Jestem bardzo zadowolona z moich dokonań i myślę, że Amerykańskie Południe na dłużej zagości w mym czytelniczym życiu. Na pewno chciałabym sięgnąć po Faulknera i Flagg, których sobie tak obiecywałam oraz przeczytać więcej Grishama, zdecydowanie więcej :)

Wszystkim biorącym udział w wyzwaniu gratuluję i mam nadzieję na dalsze wspólne literackie zabawy.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Przeklęci. "Ziemia tragiczna" Erskine Caldwell

Ostatnio w mediach dużo słyszy się wypowiedzi na temat "przeklętej ziemi". Jednak czy miejsce może w ogóle mieć coś wspólnego z ludzkim szczęściem, bądź nieszczęściem?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Nie do końca też wyjaśnia tę specyficzną kwestię Erskine Caldwell w swej powieści "Ziemia tragiczna". Chociaż podejmuje bardzo odważną próbę zmierzenia się z tym tematem, któremu nadaje formę tragikomicznej powieści społeczno-obyczajowej to bardzo trudno śmiać się z rzeczywistości, w którą wprowadza nas autor.




Rodzina Douthitów mieszka w niewielkim domu na Biedówkach, najgorszej dzielnicy wielkiego i prężnego miasta na południu Stanów Zjednoczonych. Jednak Państwo Douthit są uprzywilejowani w stosunku do innych - mają własny dom, mają meble, mają namiastkę normalnego życia. Wszystko jednak powoli sypie się niczym domek z kart.
Douthitowie nie płacą czynszu. W ogóle nie mają pieniędzy nie tylko na czynsz, ale także na utrzymanie swoje oraz dwóch dorastających córek.

Głowa rodziny - Spence - nie pracuje nigdzie od czasu, gdy zwolnili go z fabryki prochu. Jego żona Maud cierpi na różnego rodzaju dolegliwości zdrowotne, z czego te psychiczne dotykają najbardziej jej bliskich i ludzi, z którymi musi obcować.
Ubodzy, bez możliwości powrotu do dawnego miejsca zamieszkania, za którym tak bardzo tęsknią - hrabstwa Beaseley - borykają się też z innymi problemami, bowiem ich młodsza córka Mavis ucieka z domu.
Jedyną nadzieję pokładają w Libby, która pracuje w mieście i to ona zapewnia im główne źródło utrzymania, jednak źródło bardzo sprytne, wobec ich prywatnych nałogów i rozrzutności (Spence nie może żyć bez tabaki, a Maud pije bez umiaru alkoholowy ekstrakt, po którym rzekomo zdrowieje). Libby zatem przynosi im jedzenie, zapewnia też zaspokojenie ich głodu nałogowego.
Wkrótce też planuje wyjść za mąż, co oznacza dla młodej dziewczyny rozpoczęcie własnego życia, przeprowadzkę i wyzwolenie się od obowiązku opieki nad rodzicami. Ale Państwo Douthit myślą w zupełnie innych kategoriach - według nich ślub starszej córki to wybawienie i wyprowadzka z tej strasznej dzielnicy, polepszenie ich bytu. Bo dlaczego córka miałaby ich ze sobą nie zabrać?
A ponieważ kłopotów nigdy dość, zaczyna interesować się nimi opieka społeczna, ze względu na małoletnią Mavis, która zniknęła.

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo denerwowali mnie wszyscy bohaterowie tej powieści. Jak bardzo ich postępowanie, decyzje, myśli raziły mnie i wprowadzały w złość.
Spence, na którego głowie ciążyła odpowiedzialność za rodzinę nie robił nic - nie szukał pracy, nie starał się w żaden sposób zmienić swojej sytuacji życiowej, co więcej zaprzepaszczał kolejne szanse na wprowadzenie takich zmian. Maud wcale nie wspierała swojego męża, wręcz odpychała go, wciąż żądając zaspokojenia swojego głodu nałogowego, a jedyne działanie jakie podejmowała to dzikie awantury o rzekome zdrady, których dopuszczał się jej mąż. Libby, która to wszystko obserwowała również nie starała się pomóc rodzicom, bo nie pieniędzy oni potrzebowali, a kogoś kto sprawił by się opamiętali! Mavis natomiast zainteresowana tylko czubkiem własnego nosa postanowiła rozpocząć własne życie, nie licząc się z konsekwencjami, które niosły za sobą takie decyzje w jej młodym wieku.
Cała rodzina wykreowana przez Caldwella to banda prymitywnych i naiwnych nieudaczników, oszustów, egoistów. Aż dziw, że tacy ludzie mogą chodzić po ziemi.

Ale chodzą i to właśnie miejsce, to konkretne miejsce - Biedówki - posądzają o całe zło, z którymi im przyszło się zmierzyć, a które rzekomo ich atakuje i nie daje normalnie żyć. Tym złem są punktualni i rzetelni wierzyciele, wszelkiej maści pracodawcy, troskliwa opieka społeczna, wszyscy Ci którzy starają się ich zmusić do działania. Caldwell bez wątpienia chciał pokazać także, że społeczeństwo wskazuje szczególnie na amerykańskie południe, jako na miejsce gdzie nie da się normalnie funkcjonować i skąd trzeba jak najprędzej uciekać. Ale ponieważ ucieczka nie jest możliwa ludzie Ci muszą, narzekając cały czas na swój los, wegetować. Taką przymuszoną wegetacją usprawiedliwiają swoje lenistwo i bierną postawę wobec życia oraz całego świata.

Mnie po lekturze tej książki wciąż wydaje się, że to jednak nie ziemia jest tragiczna.
Tragiczni są zamieszkujący ją ludzie, tacy jak Douthitowie. Oby ich było jak najmniej.

Ocena: 4/6




Kończąc tę lekturę, ostatnią z mego wyzwania Amerykańskie Południe, miałam surrealistyczne wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Że jeszcze kiedyś, może za niedługo, powrócę na południe Stanów Zjednoczonych. Miałam i mam też nadzieję, że następne spotkania na południu będą milsze i już nie tak bardzo przesiąknięte ubóstwem, problemami społecznymi, czy różnicami rasowymi. Uniknęłabym tym samym stereotypów głoszących, że południe jest gorsze niż pozostałe regiony USA. A przecież to nieprawda, czyż nie?

środa, 21 kwietnia 2010

Białe jest białe, a czarne... "Czas zabijania" John Grisham

Chociaż niezbyt radosny to czas i wszyscy ważne sprawy przekładają na "potem", to we mnie tkwi przekonanie, że muszę jak najszybciej rozliczyć się z zaległościami. Dlatego pozwólcie, że powrócimy wspólnie na amerykańskie południe.

Wielkie dyskusje społeczne wywołały w ostatnich latach tzw. "samosądy". Obywatele z obawy o życie i zdrowie swoje, swoich bliskich, nie czekając na pomoc odpowiednich służb mundurowych sięgają sami po kosy oraz siekiery i linczują niebezpiecznych przestępców wywołujących psychozę strachu w ich wioskach i miastach.
Ale chyba każdy, słuchając czy czytając o jakiś wyjątkowo okrutnych wydarzeniach, makabrycznych zbrodniach pomyślał chociaż raz, że sprawcy należy się kara, kara śmierci.. Dlaczego tej kary nie miałby wymierzyć ktoś poruszony tą zbrodnią, ktoś z rodziny, czy sama ofiara?

Od pierwszych stron książki Johna Grishama "Czas zabijania" jesteśmy wciągnięci do jakiejś makabrycznej, wydawałoby się nierealnej, gry.
W małej prowincjonalnej mieścinie - Clanton - dziesięcioletnia Tonya porwana z ulicy, zostaje następnie pobita i bestialsko zgwałcona przez dwóch mężczyzn, którzy by zamknąć usta jedynemu świadkowi dokonują nieudanej próby zabójstwa dziewczynki.
Chociaż sprawców od razu złapano i osadzono w areszcie, gdzie mieli czekać na proces, ojciec zgwałconego dziecka - Carl Lee Hailey - nie ufając amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości postanowił sam wymierzyć złoczyńcom karę. Karę bardzo surową, ale wydaje się, że właściwą.
W dniu pierwszej rozprawy Pan Hailey schował się w gmachu sądu i wychodzących pod eskortą policji przestępców powitał gradem strzałów z karabinu M16. Następnie broń porzucił i uciekł. Właściwie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy wiedzieli, kim jest sprawca.

Obrony zdesperowanego ojca podejmuje się miejscowy adwokat - młody ale bardzo zdolny i zarazem skuteczny - Jake Brigance. Sprawa nie wydaje się prosta, nawet pomimo tego, iż system prawny Stanów Zjednoczonych jest dosyć elastyczny i teoretycznie możliwe jest uniknięcie każdej kary, w tym kary śmierci - wystarczy tylko dobrze pobudzić umysły i emocje ławy przysięgłych.
Szybko okazuje się jednak, że Hailey swym nieco lekkomyślnym czynem oraz poprzedzającym ten czyn upewnieniem, że Brigance obroni go przed każdą karą, nie wziął pod uwagę szeregu okoliczności.

Przede wszystkim Clanton jest małą mieściną, gdzie praktycznie wszyscy wyrabiają sobie pogląd na temat tego procesu - w tym oczywiście ewentualni sędziowie przysięgli. Powoduje to brak bezstronności głównego organu procesowego, orzekającego o winie oskarżonego.
Ponadto Carl Lee podczas ataku na gwałcicieli swej córki rani, z tragicznym skutkiem, funkcjonariusza policji, co z pewnością nie zadziała na jego korzyść - nawet pomimo tego, iż ów policjant nie ma mu tego za złe.

Jednak nade wszystko na niekorzyść Haileya przemawiają... różnice rasowe. Carl Lee oraz cała jego rodzina są bowiem czarni, zaś gwałciciele - biali.
Chyba nie muszę tłumaczyć, co to oznacza na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie antagonizmy rasowe są na porządku dziennym, a walka rasowa przybiera momentami dramatyczny obrót? Do Clanton, co prawda, echo zniesienia niewolnictwa i wprowadzenia równouprawnienia dotarło już dawno i rasistowski Ku Klux Klan zdążył ograniczyć swą działalność w tym okręgu praktycznie do zera. Jednak w momencie rozpoczęcia procesu Haileya - który zyskuje rozgłos w całym kraju - wszystkie dawne, już zabliźnione rany zaczynają znowu krwawić, wzajemna nienawiść znów budzi się do życia i rozpoczyna się bardzo brutalna walka.
Walka rasowa. Walka o prawdę. I wreszcie walka o życie szukającego sprawiedliwości ojca.

Grisham bardzo dokładnie przybliża Czytelnikom niuanse amerykańskiego procesu karnego. Od samego zatrzymania oskarżonego, aż po ogłoszenie wyroku, przechodzimy przez wszystkie kolejne etapy, które dla mnie osobiście były bardzo intrygujące. Różnice pomiędzy tamtejszym, a naszym systemem prawnym są bowiem ogromne, bo już sama możliwość uniknięcia kary poprzez wzbudzenie współczucia w sędziach jest bardzo abstrakcyjnym zabiegiem - nieznanym w naszej rzeczywistości.

Bardzo duże różnice widać również w mentalności, w zachowaniach Amerykanów z południa. Są oni bardzo hermetyczną grupą, nieprzyjazną dla obcych, nieco zamkniętą i konserwatywną.
W przeciwieństwie do mieszkańców Clanton przybyli z północnych stanów dziennikarze, prawnicy, czy nawet zwykli gapie są otwarci, przyjacielscy, próbują nawiązać jakiś kontakt z miejscowymi, a nade wszystko nie pojmują wrogości południowców i tego dlaczego w każdej sytuacji traktowani są jak intruzi.
Południe amerykańskie w książce Grishama przedstawione jest zatem jako obszar skostniałych zasad, nieprzemijających zwyczajów, na którym bieda nie jest niczym niezwykłym, a pieniądze, kariera odchodzą zawsze na plan dalszy, gdyż na czoło wysuwa się miłość, przyjaźń, sprawiedliwość, prawość.

Trudność sprawia mi kwalifikacja tej książki pod względem jej gatunkowości. "Czas zabijania" nie jest bowiem kryminałem, nieco daleko także jej do thrillera, nie jest również w pełnym znaczeniu powieścią obyczajową, ani absolutnie przygodową. Wydaje mi się, że najlepszym określeniem będzie: obyczajowy thriller prawniczy. W dodatku z elementami przygodowymi, kryminalnymi i dramatycznymi.

Ocena: 5+/6




Kolejna odsłona amerykańskiego południa i kolejne podkreślenie południowych antagonizmów.
Przyprawione biedą, upokorzeniem i obecnym wciąż we wszystkich "białych" umysłach - rasizmem. Powieść Grishama w żadnym momencie nie jest ciepła ani serdeczna. Jest mocna, brutalna, okrutna.
Ale naprawdę warto po nią sięgnąć i cieszę się, że mnie się udało podczas wyzwania amerykańsko-południowego.

niedziela, 11 kwietnia 2010

.

Budzę się nad książką, jak z jakiegoś narkotycznego snu.
Mam nadzieję, że włączę telewizor i będzie... jak zawsze.
Włączam. I nic nie jest "jak zawsze". Wszystko stanęło na głowie. Moje myśli poplątały się, jak pranie podczas wirowania. Z tym, że ja nie będę mogła wyciągnąć ich, wysuszyć w słońcu i ubrać się w to pachnące kwiatami odzienie. Rano obudzę się, będę mieć nadzieję, że to kolejny zwyczajny dzień, ale coś mi znowu przypomni, że nie jest zwyczajny.



Może tylko data. 10 kwietnia 2010.
Może tylko miejsce. Przeklęta Ziemia Katyńska.
Może tylko ludzie. Szanowani, lubiani, powszechnie znani, ale też krytykowani. Obecnie wspominani nieustannie przez media. Moi.

Mój Prezydent, którego wraz z częścią Polaków wybrałam w 2005 roku, po to by kraj wreszcie stał się normalny. Mój Prezydent, z którego sukcesu cieszyłam się tak bardzo, pełna nadziei na prawdziwie potężną kadencję. Mój Prezydent, na którego wybór liczyłam i w tym roku, wierząc że wytrwa na stanowisku. Mój Prezydent, którego pomimo krytyki szanowałam i może nieco wybielałam.
Moja Prezydentowa, która była prawdziwą Pierwszą Damą Rzeczypospolitej, która swoją elegancją, urokiem, inteligencją wzbudziła szacunek wielu wybitnych osób areny światowej, a niestety w niewielkiej części polskiej. Moja Prezydentowa, która z klasą trwała przy mężu, nie ukrywając swej miłości i przywiązania do niego. Moja Prezydentowa, po której pozostał jedyny w swoim rodzaju tulipan Maria Kaczyńska, będący ogromnym wyróżnieniem dla Polki.
Moja Para Prezydencka, którą teraz opłakuję i której odejście tak bardzo mną wstrząsnęło.
Mój Zbigniew Wassermann, Krakowianin, mieszkaniec Bielan. Mój Andrzej Kremer, adiunkt w krakowskiej Katedrze Prawa Rzymskiego. Moja Ewa Bąkowska, kustosz Biblioteki Jagiellońskiej.
Moi Politycy, moi Dowódcy Sił Zbrojnych, moi Wybitni Polacy...

Myślę, że w tym momencie jedynymi odpowiednimi słowami będą te powtórzone:

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

"Guziki" Zbigniew Herbert


środa, 7 kwietnia 2010

Ambrozja wprost z pasieki. "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd

Już każde dziecko wie, że pszczoły są bardzo pożytecznymi stworzeniami. Żyją w ściśle zorganizowanej społeczności, ich życie pochłania przede wszystkim praca oraz rozmnażanie. Każda pszczoła w królestwie w którym żyje ma określone zadania, określone obowiązki, które musi wypełniać. W tym kontekście pszczoły mają lepiej organizacyjnie zaplanowaną wspólnotę niż ludzie.
Ale ludzie to zauważają i doceniają. Cenią pszczoły oczywiście za produkcję wyśmienitego smakołyku - miodu, który obecnie służy nie tylko do jedzenia, ale także choćby do upiększania swego wyglądu. Ludzie są wdzięczni pszczołom także za cudowne chwile spędzone w blasku świec - stworzonych oczywiście z pszczelego wosku.

Wydawało mi się, że ten rytm życia pszczół, ich zajęcia, ich pożyteczność znam bardzo dobrze, choćby z lekcji biologii, czy licznych programów przyrodniczych. Jednakże po przeczytaniu książki Sue Monk Kidd "Sekretne życie pszczół" okazało się, że praktycznie nic na pszczeli temat nie wiedziałam. Ale przecież Pani Kidd napisała powieść wcale nie o pszczołach, choć są one ważnym elementem scalającym całość, są tłem niezwykłej historii, która na oczach Czytelnika toczy się w Karolinie Południowej, tylko o ludziach!



Lily Owens mieszka z ojcem na brzoskwiniowej farmie, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Czternastolatka nie jest rozpieszczana przez życie - gdy miała cztery lata zginęła jej matka, ojciec natomiast nie pozwala jej się uczyć, uważając, że przede wszystkim powinna ciężko pracować i być mu posłuszna, co też stara się na dziewczynce wymusić okrutnymi karami. Nic więc dziwnego, że Lily ucieka od ojca i z czarnoskórą nianią udaje się na poszukiwanie prawdy o swojej matce, za przewodnika mając jedynie kilka pamiątek po niej.
Obie uciekinierki, nie mając praktycznie środków do życia, ani pomysłu na przyszłość, trafiają do Tiburonu z Karolinie Południowej i zatrzymują się w miejscowej pasiece, którą prowadzą trzy siostry o niezwykłych imionach i jeszcze bardziej niezwykłych charakterach.
Jednak, czy pajęczyna kłamstw, w którą wpada Lily pomoże jej poznać i odkryć prawdę o własnej matce? Czy białoskóra dziewczynka może odnaleźć szczęście w domu trzech czarnych pszczelarek otoczona samymi czarnoskórymi przyjaciółmi?
Ta książka udziela na te dwa pytania bardzo konkretnej i rzeczowej odpowiedzi, której jednak można się domyślić już od pierwszych stron powieści.

Historia Lily nie jest jedną z gatunku tych zimnych obyczajowych amerykańskich opowieści z murowanym happy end'em. Jest natomiast opowieścią - i tu będę zmuszona powtórzyć hasła z wielu przeczytanych przeze mnie recenzji książki Kidd - bardzo ciepłą, pogodną, pokazującą Czytelnikowi, co w życiu jest naprawdę ważne.
Tym razem nie będzie to tylko miłość, ale przede wszystkim troska o drugą osobę, opiekuńczość, przyjaźń oraz szczerość i prawda, bo bez nich trudno budować jakiekolwiek więzi międzyludzkie.

W "Sekretnym życiu pszczół" Amerykańskie Południe nie jest oszczędzane w żadnej mierze. Biali mieszkańcy szykanują czarnych w biały dzień na ulicach, wyrażając swoją dezaprobatę z powodu nadania Murzynom praw wyborczych. Policja zamiast pilnować porządku zezwala na samodzielnie wymierzanie kary przez poszkodowanych białych na czarnych - nawet tych osadzonych w aresztach. Biali uważają również, że jakiekolwiek bratanie się z czarnymi jest niewłaściwe i niezbyt rozsądne.

Jedynymi czarnymi, którzy mogą liczyć na względny spokój (bo trudno tu mówić o poszanowaniu ze strony białych) są Ci, których zajęcia i efekty pracy są ogólnie cenione. Dlatego nikt nie złorzeczy publicznie na siostry Boatwright, z których pasieki wychodzi doskonały miód oraz świece. Jednakże funkcjonariusz policji odradza Lily mieszkanie u nich gdyż według niego to nie przystoi białoskórej dziewczynce.

Ale chłodna rzeczywistość obyczajów południowych jest bardzo trzeźwiąca w kontekście wspaniałego, wręcz poetyckiego momentami, języka Sue Monk Kidd. Języka, który z łatwością potrafi opisać zarówno wielkie chwile szczęścia, uniesienia, radości podczas religijnych obrzędów, jak i wzmożonej uwagi i skupienia przy pracy w pasiece, czy tak brutalnego wydarzenia, jak bójka pomiędzy czarnoskórą kobietą, a białymi mężczyznami.
I tutaj też pojawia się pierwszy i jedyny mój zarzut w stosunku do powieści.
Bo piękny język, poetyckość, lekkość, mądrość wyrażana słowami nie do końca współgrają z językiem czternastoletniej dziewczynki, jak bardzo inteligentna i rozsądna oraz doświadczona przez życie by ona nie była. To raziło mnie w książce najbardziej, chociaż muszę przyznać, że nie raz się zapominałam i dawałam się ponieść tej wspaniałej historii, zapominając o tym mankamencie.

A nie tak trudno zapomnieć się przy "Sekretnym życiu pszczół". Wystarczy rozsiąść się wygodnie, otworzyć książkę i momentalnie otacza nas zapach pasieki, a w ustach czujemy tę znajomą lepkość i zarazem słodkość. Miód. Mniam.

Ocena: 5/6


Pierwsza lektura z wyzwania Amerykańskie Południe, którą przeczytałam. I bardzo udana, bo muszę przyznać, że takiego Południa to ja jeszcze nie znałam :)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Nowalijki i różne przypadki ostatnich dni.

Nieregularnie tutaj bywam ostatnio. I wciąż zapomniałam wytłumaczyć się z długiej nieobecności zimowej.

Prawda jest taka, że najpierw pochłonęły mnie książki prawnicze różnej maści i różnej grubości. Następnie czas mój pożarła praca magisterska, a właściwie jej plan, referat jej dotyczący na seminarium oraz zbieranie materiałów mniejszych lub większych.
Potem bez reszty przepadłam i prawie co drugi dzień spędzałam czas w taki oto sposób:



Było miło. Nawet bardzo miło, bo korzystając z bliskości małopolskich stoków mogłam często rozkoszować się deską (oraz w razie chęci nartami, ale narty znudziły mi się już po kilkunastoletniej z nimi znajomości).
Nie muszę chyba zaznaczać, że było miło, a zatem... już się skończyło. A skończyło się tak:


Dobrze znający się na diagnostyce urazów na rtg od razu zauważą, iż to co mnie pozbawiło przyjemności białego szaleństwa to złamanie dalszej nasady kości promieniowej kończyny górnej lewej. Bez przemieszczenia.
Kończyna górna lewa natomiast jest tą akurat, która u mnie dominuje. Zatem pożegnałam się z pisaniem i trudniejszymi czynnościami (jak choćby szybkim zapinaniem guzika u spodni) na tygodni cztery (obecnie już niecałe dwa).
Muszę też zaznaczyć, że pisanie na klawiaturze sprawiało mi wielką trudność ze względu na ciężki, toporny gips. Dopiero niedawno wyszłam na swoje, gdy po kontroli u ortopedy otrzymałam cudo w postaci lekkiego stabilizatora nadgarstka, który dostałam w prezencie imieninowym od... NFZu :)

Dlatego też obecnie nadrabiam blogowe zaległości. Przede wszystkim rozliczę się z wyzwania Amerykańskie Południe, w którym brałam udział, a którego recenzowanie zostawiłam sobie na koniec, po przeczytaniu wszystkich lektur. Chyba nie muszę pisać, iż plany me w związku z wypadkiem legły w gruzach.
Natomiast teraz uzupełnię me opinie na temat książek Południa i podsumuję me wyzwanie - wierzcie lub nie - ukończone.

A teraz zaległy stosik wyniesiony z biblioteki, który myślę, że pokaże przedsmak tego, co Was będzie czekać w najbliższych dniach:


Od góry:

1. "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd - pierwsza lektura z wyzwania Amerykańskie Południe. Niezwykła książka. Recenzja wkrótce.
2. "Czas zabijania" John Grisham - pierwsze moje zetknięcie z Grishamem i choć amerykański system prawny znam już dosyć dobrze to książka i tak mnie nieco zaskoczyła. Druga lektura z Amerykańskiego Południa, którą również wkrótce zrecenzuję.
3. "Belcanto" Ann Patchett - książka, którą wypożyczyłam z myślą o wyzwaniu Nagrody literackie. O Ann Patchett słyszałam dużo dobrego, słyszałam też nieco złego. Liczę na troszkę bardziej poważną powieść obyczajową i mam nadzieję, że się nie przeliczę.
4. "Katedra w Barcelonie" Ildefonso Falcones - Barcelonę uwielbiam i z tą myślą wypożyczyłam tę książkę. Nie chcę porównywać jej do Zafona, nie chcę też nastawiać się na coś konkretnego. Chciałabym przeczytać jedynie dobrą książkę - niekoniecznie bestseller.

Przepraszam jeszcze raz wszystkich Czytelników za lekkie zabieganie oraz za to, że przez nie zapomniałam nawet o życzeniach świątecznych. Mam jednak nadzieję, że Święta Wielkanocne były udane i nie objedliście się za bardzo :)

sobota, 3 kwietnia 2010

Zwiedzając państwo izraelskie. Jerozolima żydowska cz. II

"A to powiedziawszy poszedł dalej, zdążając do Jerozolimy..." [Łk.19, 28]

Jezus Chrystus tydzień przed żydowskim Świętem Paschy postanowił powrócić do Jerozolimy. Uroczysty wjazd Chrystusa na osiołku spotkał się z entuzjastycznym powitaniem Go przez mieszkańców miasta, którzy wyszli Mu na przeciw kładąc pod Jego nogi płaszcze i gałązki palmowe.

"A tłumy, które Go poprzedzały i które szły za Nim, wołały głośno:
Hosanna Synowi Dawida!
Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie!
Hosanna na wysokościach!" [Mt.21]

Wydarzenie to przedstawione w czterech Ewangeliach wspominamy do dzisiaj - w Niedzielę Palmową obchodzoną tydzień przed Wielkanocą. Do kościołów udajemy się z palemkami wielkanocnymi, często uczestniczymy też w procesjach, wychodząc tym samym Jezusowi na przeciw, podobnie jak mieszkańcy Jerozolimy w roku 30-33 n.e.
Jednak czy na tym podobieństwa się kończą?
Wjeż
dżając do Jerozolimy Chrystus wjeżdżał do miasta żydowskiego, gdzie brak świeckości, gdyż Bóg obecny był w każdym momencie życia. Od początku do końca życiem religijnego Żyda zajmowała się Świątynia Jerozolimska. Począwszy od modlitwy i pielgrzymek, poprzez nauczanie, obchodzenie największych świąt (jak Święto Paschy), skończywszy zaś na zasadach religijnych i sądownictwie, które sprawował Sanhedryn - najwyższa władza żydowska. Sanhedryn jednak nie mógł wydawać wyroków śmierci za czasów Chrystusa, mogli to robić wyłącznie namiestnicy rzymscy.
Dzisiejsza Jerozolima chociaż jest miejscem styku wielu religii świata (co podobne było w I wieku), jest też zarzewiem konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Zatem gdyby Jezus w dzisiejszych czasach wjechał na osiołku do Wschodniej Jerozolimy (w rzeczywistości znajduje się ona na północ od murów Starego Miasta i obejmuje wszystkie najważniejsze miejsca religijne) zostałby najpewniej uznany za... kolejną stronę konfliktu zgłaszającą pretensje do najświętszych miejsc. Ale przecież podobnie Jezus został potraktowany dwadzieścia wieków temu...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...