Menu

piątek, 28 maja 2010

Gen zła. "Dom zły" reż. W. Smarzowski

Od dawien dawna rzesze naukowców (też naukowców - amatorów) zajmują się badaniem przyczyn przestępczości - pragną wykryć, co sprawia, iż człowiek popełnia przestępstwa, że jest skłonny do zła. Pod koniec wieku XIX znany kryminolog Cesare Lombroso opublikował dosyć kontrowersyjne wyniki swych doświadczeń. Stwierdził on, po długoletnich badaniach sprawców czynów zabronionych, zarówno pod względem psychologicznym, socjologicznym, psychicznym, czy biologicznym, że przestępca to specyficzny przedstawiciel gatunku ludzkiego. Tak niezwykły, bo rządzą nim pierwotne instynkty, fizycznie podobny jest do człowieka pierwotnego i stanowi przeto odrębny typ biologiczny - coś jakby odrębny gatunek. Najbardziej interesująca teoria, jaką przedstawił Lombroso dotyczyła jednak tego, iż skłonność do popełniania przestępstw jest jak najbardziej rozpoznawalna, nawet na długo przed tym, zanim dana osoba popełni jakikolwiek czyn zabroniony. Można ją stwierdzić na podstawie specyficznych cech antropologicznych, w tym specyficznego kształtu czaszki oraz dosyć rozbudowanych właściwości psychicznych. Uważał, że większość sprawców przestępstw to tzw. przestępcy z urodzenia, którzy (w odróżnieniu od sprawców z namiętności, z nawyku, z przypadku) rodzą się z skłonnościami kryminogennymi.
Ponieważ kontrowersji nigdy dosyć - to Lombroso proponował ogólne badania społeczeństw i eliminowanie z nich jednostek o określonych przez niego atawistycznych cechach - najlepiej poprzez zamykanie w zakładach zamkniętych, po to by nigdy nie popełnili przestępstwa.

wtorek, 25 maja 2010

Miłość i seks na Manhattanie. "Sex w wielkim mieście" reż. Michael Patrick King

Zastanawiałam się, czy jest na świecie ktoś kto nie wie, gdzie leży Manhattan? Albo ktoś kto w ogóle nie zna takiego miasta, jak Nowy Jork?
Z pewnością ktoś taki istnieje - żyjący w błogiej
i zbawiennej nieświadomości.
Jednak są też takie osoby, które wyrwane w nocy ze snu potrafią bezbłędnie opisać, czy wskazać te miejsca na mapie - do tego grona zaliczają się na pewno fanki serialu "Sex and the city", obecnie czekające na drugi już film, stanowiący kontynuację losów serialowych bohaterek, który na wielkie ekrany ma wejść już zaraz, pod koniec maja tego roku. Pierwszy miał swoją premierę 2 lata temu i nosi bardzo nieoryginalny, ale jednak symboliczny tytuł: "Seks w wielkim mieście".
Ten sam tytuł nosi również książka, napisana przez Candace Bushnell będąca podstawą wszystkich tych produkcji, inspirująca dla producentów i reżyserów zarówno serialu, jak i filmów. Chociaż mnie samej powieść Bushnell kompletnie nie przypadła do gustu.

sobota, 22 maja 2010

Duszna miłość. "Światła pochylenie" Laura Whitcomb

Jest wiele teorii na temat życia po życiu. Teorie mniej lub bardziej oparte na religii, na wierzeniach, te związane z ateizmem oraz związane z nauką. Wielokrotnie próbowano dowieść, że człowiek poza fizycznym ciałem ma w sobie jakąś cząstkę psychiczną, duchową - że ma duszę.
Jeśli rzeczywiście ma to czy może ona przybrać jakąś materialną formę, czy można ją zbadać, zmierzyć, bądź choćby zważyć?
Słynne 21 gramów - różnica pomiędzy wagą ciała ludzkiego przed i po śmierci - jest wciąż niedowiedzionym przypuszczeniem, tak często obalanym, jak potwierdzanym. Faktem jednak jest, że w momencie śmierci nie tylko nasze ciało przestaje pracować, ale znika również bezpowrotnie nasza osobowość, nasze emocje, nasza pamięć, nasze myśli, czyli wszystko to co sprawia, iż możemy nazwać się istotami ludzkimi. Ciekawe, w którym kierunku się oddalają...

W książce "Światła pochylenie" autorstwa Laury Whitcomb stykamy się z najbardziej powszechną teorią na temat życia pozagrobowego, ale jednocześnie teorią chyba najbardziej prawdopodobną, w którą wierzy miliony ludzi na całym świecie - teorią, iż to Bóg decyduje, gdzie nasza dusza uda się po opuszczeniu ziemskiego padołu.

czwartek, 20 maja 2010

Łaknący sprawiedliwości. "Festung Breslau" Marek Krajewski

Przedwojenny Breslau był miastem bogatym, dostojnym, dumnym, był miastem architektonicznych perełek, doskonale przemyślanej zabudowy, zapierających dech w piersiach widoków. Przez ponad 200 lat Wrocław był metropolią niemiecką - od czasu przejścia Śląska pod panowanie pruskie po wojnach śląskich do zakończenia II wojny światowej - i to piękniejszą niż Berlin, czy Drezno. Niestety wojna nie oszczędziła Breslau.
W sierpniu 1944 roku Wrocław został ogłoszony twierdzą i od tamtej pory nazywany Festung Breslau. Dla miasta, pomimo wszystko, nie był to zaszczyt, a wyrok.
Początkowo Breslau nie czuło, że wokół toczy się światowa wojna. Naloty z 1941 roku dokonały niewielkich strat, jedynie żywność na kartki, rozkaz zaciemniania okien i zakaz słuchania obcych stacji radiowych przypominały o wojennych działaniach. I oczywiście ludność napływowa, która uciekając przed przesuwającym się frontem zaludniła miasto tak, iż w 1945 roku miało ono ok. miliona mieszkańców.
W styczniu 1945 roku, gdy niebezpiecznie szybko front zbliżał się do Breslau zarządzono ewakuację miasta. Miesiąc później Armia Czerwona utworzyła pierścień wokół Wrocławia i rozpoczęło się dramatyczne i zarazem makabryczne 80 dni oblężenia.

Akcja książki Marka Krajewskiego pt. "Festung Breslau", poza paroma epizodami, toczy się w marcu 1945 roku we Wrocławiu. II wojna światowa dobiega powoli końca, a Breslau tkwi w żelaznym uścisku wojsk Armii Czerwonej. Miasto płonie, niszczeje, dogorywa, a wraz z nim pozostali w nim mieszkańcy, który z różnych powodów nie ewakuowali się.
Jednym z nich jest sześćdziesięciodwuletni Eberhard Mock, który w ogniu rosyjskich pocisków, nie zważając na niebezpieczeństwo i krwiożerczą wojenną walkę, prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego gwałtu i zabójstwa siostrzenicy znanej antyfaszystki. Śledztwo Mocka jest prywatne, bo został on zawieszony w wykonywaniu obowiązków służbowych, więc próbuje samodzielnie dociec prawdy, niejednokrotnie narażając się na szykany ze strony żołnierzy i funkcjonariuszy policji, ale także zwykłych ludzi.
Mock przez cały czas czuje konflikt wewnętrzny, gdyż nie wie, czy powinien doprowadzić śledztwo do końca, nawet za cenę pozostania w upadającym Breslau, czy też ewakuować się wraz z żoną do bezpiecznego miejsca i porzucić dążenie do rozwiązania zagadki śmierci Berty Flogner.



Powieść Krajewskiego nie jest zwykłym kryminałem. Jest przede wszystkim wizją totalnego upadku, zniszczenia. Zagłada dotyka nie tylko Breslau, nie tylko Rzeszę, która w światowej wojnie zostaje pokonana, destrukcja dokonuje się także w ludziach - pozbawieni normalnych warunków bytności mieszkańcy oblężonego Wrocławia zamieniają się w dzikie zwierzęta, we wściekłe psy, w rozchichotane hieny, a ich moralność całkowicie umiera. Eberhard Mock także rozbudza w sobie pierwotne instynkty, w tym instynkt przetrwania w zgładzonym mieście, a zatraca w sobie cechę najistotniejszą dla człowieka - odróżnianie dobra od zła. Podobnie rzecz ma się z żołnierzami i to zarówno Niemcami, jak i oblegającymi miasto oddziałami Armii Czerwonej - w ich szeregach szerzy się zło, chęć dokonania potwornych rzeczy, nie tylko zabójstwa, ale też gwałtów, rozbojów, chęć upokorzenia drugiego człowieka i pozbawienia go honoru. W takich warunkach śmierć jest wybawieniem. I śmierć w końcu dotknie Breslau.

Doskonała, niezwykle wciągająca powieść. Chociaż jest to pierwsza książka Krajewskiego, jaką przeczytałam to już wiem na pewno, że nie ostatnia.

Ocena: 5/6



Cykl Krajewskiego o Breslau liczy pięć pozycji - mimo zapewnienia z okładki "Festung", iż ta książka jest ostatnią z cyklu to na szczęście autor postanowił rozpieścić swych Czytelników kontynuacją przygód kapitana Mocka. Na szczęście to, że zaczęłam od środkowej pozycji w żadnej mierze nie przeszkadzało mi w odbiorze książki. Polecam :)

środa, 19 maja 2010

Szaleństwa Mr Pile (trzy niepokorne oblicza Pana Stosika, odsłona siódma)

Niedawno postanowiłam zrobić gruntowne porządki w mych szafkach z książkami i te nieprzeczytane spróbować ułożyć w jakieś sensowne stosy. Poddałam się po pół godzinie i około setce książek, które przy każdorazowej próbie zbudowania wieży spadały z hukiem na ziemię.
Wciąż bronię się też przed sfotografowaniem całej mej kolekcji. Bo mi zwyczajnie, z racji mej rozrzutności (wczoraj dowiedziałam się, że niespotykanej u mieszkańców Krakowa) i braku rozsądku, wstyd.
A skąd u mnie takie szaleństwo?

Zaczęło się od Światowego Dnia Książki i promocji w Empiku. Okazja była niebywała, bo można było nabyć trzy książki w cenie dwóch. Ja, jak to ja, nabyłam oczywiście sztuk sześć (w cenie czterech) i byłam z siebie bardzo dumna. A mój wstyd złagodziło, notabene bardzo denerwujące, oczekiwanie na drugą paczkę z zamówieniem - przez prawie trzy tygodnie!
Później była wizyta w bibliotece i kolejne zmaganie się z myślą "wypożyczyć, czy nie wypożyczyć". Oczywiście wypożyczyłam.
Zapoznajcie się zatem z trzema obliczami Pana Stosika. Obliczami dosyć zaskakującymi, kolorowymi, ale też bardzo demonicznymi :)

Mr Pile świętujący Międzynarodowy Dzień Książki:


na stojąco


na leżąco

Od góry (tudzież od strony lewej):

1. "Opowieści o Niewidzialnym" Eric-Emmanuel Schmitt - nigdy jeszcze nie czytałam nic tego autora, więc postanowiłam nabyć trzy jego utwory w jednej książce. Wydanie jest pięknie ilustrowane i na pierwszy rzut oka przypomina mi "Małego Księcia". Bardzo przyjemne skojarzenie :)
2. "Ciotka Julia i skryba" Mario Vargas Llosa - Llosa chodził za mną już od dawna, tylko nie bardzo wiedziałam od jakiej powieści mam zacząć. Ktoś polecił mi właśnie "Ciotkę Julię". Poza ciekawym opisem ma bajeczną okładkę!
3. "Bękart ze Stambułu" Elif Şafak - do Turcji jakoś przekonać się nie mogę, ale Stambuł bardzo lubię, chociaż wspominam niezbyt miło ze względu na nadzwyczajną "bezpośredniość" Turków. Miałam ochotę jednak na coś tureckiego - miał być Pamuk i "Nazywam się Czerwień" bądź "Śnieg" (bo nic jeszcze Noblisty nie czytałam), ale postawiłam na coś bardziej współczesnego. Mam nadzieję, że Safak mnie nie zawiedzie. Na Pamuka przyjdzie natomiast jeszcze czas :)
4. "Kochanice króla" Phillipa Gregory -na półce czeka na mnie już film, ale nie mogłam się za niego zabrać nie przeczytawszy uprzednio książki. Epoka Henryka VIII fascynuje mnie jeszcze od czasów pierwszych lekcji historii dotyczących reformacji. Rozbudził to zainteresowanie serial o Tudorach i tak oto postanowiłam odwiedzić XV-wieczną Anglię.
5. "Chicago" Ala al-Aswani -po pierwszej książce tego egipskiego autora czekałam na kolejne polskie wydania i się doczekałam. Teraz na mej półce błyszczy piękny egzemplarz i nie mogę doczekać się kiedy powrócę do Egiptu. Poprzednia wizyta z al-Aswaną była nieziemska :)
6. "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaled Hosseini - dużo dobrego słyszałam o tej książce, a że tematyka mnie zainteresowała, akcja toczy się w świecie arabskim i z niepokojem usłyszałam informację o zbliżającym się rzekomym wyczerpaniem nakładu postanowiłam zainwestować.

Dwa nieco mniej demoniczne i wyzywające oblicza Pana Stosika, po które będę sięgać w najbliższym czasie, gdy tylko dotknie mnie głód czytelniczy:


biblioteczny


Od góry:

1. "Festung Breslau" Marek Krajewski -środkowa część cyklu o Breslau, a moja pierwsza książka Krajewskiego. A ponieważ Krajewski jest wszędzie i chciałam przespacerować się po wojennym Wrocławiu to zabrałam go ze sobą, bez głębszego zastanowienia, podczas jednej z wizyt w bibliotece. Muszę przyznać, że lektura bardzo mnie zaskoczyła. Recenzja wkrótce.
2. "21:37" Mariusz Czubaj - Czubaj to drugi po Krajewskim autor powszechnie chwalonego nurtu współczesnego kryminału polskiego i chociaż książka ta to nie efekt duetu z Krajewskim to i tak zabrałam. Poza tym nie mogłam oprzeć się tej różowej okładce :)
3. "Domofon" Zygmunt Miłoszewski - wypatrzyłam na półce i wyniosłam. Z trzech powodów: pierwszy, drugi i trzeci.
4. "Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro - udało mi się trafić wreszcie na tę książkę nagrodzoną Bookerem i dobrze, bo wyzwanie Nagrody Literackie przecież trwa, a do końca zostało już niedużo :)


półkowo-własny

Od góry:

1. "Toast za przodków" Wojciech Górecki -do tej książki zachęcił mnie fragment opisu z okładki: "Jak można chcieć do NATO, a jednocześnie uważać, że Stalin i Chrystus to najbardziej wpływowe osobistości w dziejach świata?". A że lubię Gruzję, często jem w krakowskim gruzińskim chaczapuri oraz zawsze pociągał mnie Kaukaz i zastanawiała sytuacja w Osetii to nie mogę doczekać się kiedy sięgnę po ten cykl reportaży :)
2. "Duśka czyli rzecz o Darii Trafankowskiej" Hanna Karolak - Darię Trafankowską pamiętam doskonale i to nie tylko z serialu. Pamiętam również smutek, jaki czułam, gdy dowiedziałam się o jej przegranej walce z rakiem. O tej książce słyszałam ponadto dużo dobrego i chcę skonfrontować opinie z rzeczywistością.
3. "Dno oka: Eseje o fotografii" Wojciech Nowicki - od pewnego czasu interesuję się fotografią, więc na mej półce nie może zabraknąć książek na ten temat. Książka Nowickiego na pewno pomoże mi spojrzeć na zdjęcia z innej perspektywy - taką przynajmniej mam nadzieję.
4. "Światła pochylenie" Laura Whitcomb - niezwykła książka. Wydawałoby się, iż przynależy do literatury młodzieżowej, ale nic bardziej mylnego. Chyba nigdy nie czytałam czegoś tak niezwykłego - niedługo opublikuję recenzję :)
5. "Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu" Gregory Maguire - od momentu, gdy przełamałam się i przeczytałam (ba! połknęłam!) całą serię o Harrym Potterze nie boję się już czarownic, magii, fantastyki - także w literaturze. Dlatego bez strachu zamierzam sięgnąć po tę powieść. Ponadto kraina Oz to niesamowite miejsce z mojego dzieciństwa - miło będzie do niej choć w niewielkim stopniu powrócić.

Jak widzicie zapowiada się u mnie prawdziwa czytelnicza uczta. A pogoda za oknem, powódź zagrażająca memu miastu i przerażający majowy chłód zachęcają właśnie do czytania. Jednak z tęsknoty za latem nieśmiało chciałabym wyrazić moje pragnienie, bym jednak mogła delektować się lekturą siedząc na leżaczku nad podkrakowskim jeziorem. Może zostanie wysłuchane...

poniedziałek, 17 maja 2010

Manhattan wg Woody'ego

Jak wiecie, albo właśnie się dowiadujecie, mam pewien fetysz jeśli chodzi o kino. Fetysz ten to bezwzględne, całkowite, niepohamowane uwielbienie skierowane w niepozornego i przez niektórych nielubianego Woody'ego Allena.

Nie oglądałam, co prawda, wszystkich filmów mojego ukochanego reżysera, bo dawkuję je sobie solidnie - cóż bowiem mogłabym począć, gdybym już nie miała żadnego dzieła w zanadrzu? Miałabym czekać na jakąś nowość? Za bardzo niecierpliwa jestem!
I tak widziałam dwa, poświęcone problematyce winy i kary obrazy - "Match point" oraz "Cassandra's Dream". A właściwie trzy, bo trzecim była niezwykle szalona komedia - "Scoop, czyli gorący temat". Wszystkie filmy w atmosferze angielskiej (konkretniej londyńskiej) flegmy.

Później Pan Allen odwiedził słoneczną Katalonię w "Vicky Christina Barcelona" i spojrzał na nią okiem tożsamym z Pedro Almodovarem (a może zamienili się rolami? bo wówczas Pedro nakręcił coś zupełnie niealmodovarowskiego). W podróż tą udał się chyba tylko po to by móc z wielką pompą powrócić na Manhattan.
Więc i ja z Allenem powróciłam do NY, podziwiając go "przed" i "po" powrocie z tego niespodziewanego giganta.

Przed czyli:
"Melinda & Melinda"

Grupa przyjaciół spotyka się w jednej z knajp na Manhattanie. Wśród ogólnego rozgoryczenia współczesnymi problemami Nowojorczyków, dwóch obecnych na spotkaniu pisarzy inicjuje stworzenie wymyślonej historii o Melindzie. I to w dwóch wersjach - tragicznej i komicznej.
Tak oto załamana nerwowo Melinda pojawia się niespodziewanie na przyjęciu u swojej dawno niewidzianej przyjaciółki - jest w opłakanym stanie, wygląda źle, a czuje się jeszcze gorzej - twierdzi, że mąż zabronił jej kontaktów z dziećmi.
W drugiej odsłonie Melinda niespodziewanie pojawia się w drzwiach przebojowej pani reżyser oraz bezrobotnego aktora.

Z każdą kolejną sceną coraz trudniej będzie nam odróżnić komedię od tragedii, bo granice tych dwóch historii powoli zacierają się, mieszają, miksują, aż do całkowitego miszmaszu. Ale przecież jest w tym filmie dokładnie tak jak w życiu - w każdej chwili bowiem nasza rzeczywistość może odwrócić się o 180 stopni i nagle będziemy zaskoczeni światem oglądanym do góry nogami.
Opowieść z perspektywy kogoś kto ją właśnie tworzy jest genialnym zabiegiem - nosi w sobie elementy luźnej rozmowy przyjaciół, ciekawej pogadanki przy piwie, czy po prostu wymiany plotek. Bo kto z nas nie plotkuje? A historia Melindy w obu odsłonach mogła przecież zdarzyć się każdemu!

Ocena: 5,5/6

Po czyli
"Whatever works"

Gdy tylko dowiedziałam się, że Allen wraca i to powraca na Manhattan od razu wiedziałam, że muszę zobaczyć jego nowe dzieło. Zobaczyłam oczywiście, ale niestety polski tytuł gorzko mnie rozczarował, dlatego używam oryginalnego - brzmi o wiele lepiej :)
(btw kto te tytuły tłumaczy? jacyś napaleni gimnazjaliści? nie, oni nawet by wymyślili coś lepszego!)

Boris jest zgryźliwym, stetryczałym geniuszem. Ma swoje przyzwyczajenia, swoje nawyki, swoje upierdliwości, a także duże doświadczenie życiowe. Gdy na jego drodze staje młodziutka i piękna Melody wydawałoby się, że wyrzuci ją za drzwi. I zapewne tak by się stało, gdyby nie współczucie, które w nim wywołała.
Tak oto Boris oraz Melody zaczynają tworzyć niezwykłą parę - on jest dla niej mentorem, nauczycielem, autorytetem i uosobieniem prawdziwego mężczyzny, a ona dla niego powiewem świeżości, pojętną uczennicą, fanką jego teorii, osobą, która naprawdę potrafi słuchać oraz cudowną kobietą. Na drodze ich szczęściu staje jednak szereg osób, począwszy od rodziców Melody, skończywszy na jej młodym, nowym adoratorze.

"Whatever works" to nie tylko genialny film o życiu, to też doskonała komedia, jakich próżno szukać wśród produkcji ostatnich lat. Każdy z bohaterów Allena przeżywa przemianę - przybywając na Manhattan odkrywa swoją prawdziwą naturę, przestaje udawać i zostaje sobą.
Woody po raz kolejny uczy nas życia.

Ocena: 6/6


Nic na to nie poradzę - kocham Allena i to bezkrytycznie. I czekam na jego najnowszy film, który już premierę światową ma za sobą :) Czekam i nie mogę się doczekać!

niedziela, 16 maja 2010

Rzeczywistość z perspektywy tandemu

Będąc w liceum wracałam z lekcji najczęściej uprzednio odstając swoje na przystanku tramwajowym. Obok niego widniały liczne plakaty reklamowe, szyldy opatrzone pięknymi, kolorowymi zdjęciami i krótkimi opisami polecające sztuki teatralne o wdzięcznych tytułach: "Stosunki na szczycie", "Bez seksu proszę", "Seks nocy letniej". Rubaszny repertuar krakowskiego teatru nie robił już na mnie po dłuższym czasie wrażenia.

Niemniej jednak wielkim zaskoczeniem dla mnie była zapowiedź nowej polskiej komedii o tytule tożsamym z jednym ze spektakli krakowskiego Teatru Bagatela. Oczywiście do kina udałam się bez większego zastanowienia. I potem było już z górki.
Po "Testosteronie", przyszła kolej na "Lejdis", całkiem niedawno na kolejny obraz pt. "Idealny facet dla mojej dziewczyny", a raptem kilka dni temu dokopałam się do filmów "Ciało" oraz "Pół serio". Pokochałam Tomasza Koneckiego i oczywiście Andrzeja Saramonowicza. Nie wiem, którego bardziej... Bo Konecki niby tworzy, kreuje poprzez reżyserowanie, ale bez scenariusza Saramonowicza nie miałby czego reżyserować. A scenariusze Saramonowicza, bez Koneckiego, nie weszłyby na duży ekran, a na pewno nie w takiej formie.

Poznałam Panów Saramonowicza i Koneckiego oglądając wszystkie stworzone przez nich do tej pory obrazy. Oglądałam, śmiałam się, zamartwiałam - jednak z nieregularną częstotliwością i z różnym skutkiem. Zresztą zobaczcie sami:

*** "Pół serio" ***

"Pół serio" zobaczyłam kilka dni temu, jako ostatni z wszystkich filmów tego duetu. Myślę, że gdybym pragnęła być taka porządna, zachować chronologiczność, poznawać artystów od początku i sięgnęłabym po niego na wstępie... to więcej bym się Panów K. i S. nie tknęła.
Ale muszę Wam powiedzieć - nie jest aż tak źle, jak sobie to wyobrażacie. Chociaż jest kiepsko.

Trzech w miarę młodych ludzi - scenarzysta, reżyser oraz operator - pragną nakręcić film. Nie ma to być jednak zwykły film, ale coś co przyniesie im sukces. W tym celu udają się do producenta, któremu pragną wyjawić swój pomysł - szaloną i nieco ekscentryczną adaptację Romea i Julii. Producent, jak to producent zachwycony nie jest, bo pragnie czegoś bardziej naszpikowanego seksem. Czy muszę pisać, iż ambitni faceci oczywiście na napisanie czegoś takiego się godzą? Czy zaskoczeniem będzie dla Was, iż producent każde kolejne ich pomysły odrzuca, a w tzw. między czasie trzech żądnych popularności filmowców bezwzględnie wykorzystuje?
Myślę, że film ten jako analiza polskiego poletka filmowego byłby doskonały, ale brakuje w nim czegoś więcej - na pewno humoru, być może nowatorstwa i niepowtarzania schematów! Każde kolejne pomysły przedstawiane producentowi to retrospekcje, ale niestety nie pozbawione niedoskonałości. Ja przed oczami mam scenki rodem z filmów Woody'ego Allena, który jest mistrzem w przedstawianiu takich historii.
Niestety tego zabrakło, ale przecież autorzy też nie są Allenem. Przynajmniej na razie :)

Ocena: 3,5/6

*** "Ciało" ***

Bardzo lubię inteligentne komedie pomyłek. Nawet jeśli zaczynają się nieco dennie.
Do mej grupy ulubionych komedii od jakiegoś czasu mogę zaliczyć "Ciało".
Broniłam się przed tym filmem dosyć długo, bo aż 7 lat. I nie wiem, czy gdybym poszła do kina w 2003 roku wyszłabym z niego z tak doskonałym humorem, jaki miałam ostatnio, oglądając ten obraz w domowym zaciszu.

Zdradziłam już, iż "Ciało" to komedia pomyłek. Ale jakich pomyłek!
Pewien człowiek całkiem przypadkowo znajduje w pociągu zwłoki, ale ponieważ jest złodziejem właśnie uciekającym z miejsca przestępstwa postanawia nie zawiadamiać policji, tylko nieboszczyka komuś podrzucić. Tym sposobem nieszczęsne tytułowe ciało przechodzi z rąk do rąk, a Widzowie powoli poznają kulisy całej sytuacji :)

Początek nie zapowiadał tak dobrego filmu. Cieszę się jednak, że wytrwałam i to właściwie nie tylko dlatego, że oglądnęłam kawał dobrego polskiego kina. Musicie bowiem wiedzieć, że przy filmach takich można zrzucić parę kilo. Tak, tak! Jestem o tym przekonana po długotrwałym i nic nie dającym rozmasowywaniu mięśni brzucha, które bolały mnie ze śmiechu :)

Ocena: 6/6

*** "Testosteron" ***

Pierwszy film duetu K. & S., jaki przyszło mi oglądać. Była to premiera na wielkim ekranie i to z udziałem aktorów!
Niestety niemiło nas zaskoczyło Multikino, gdyż premiera owszem była, ale w drugiej sali, do której wejściówek nie sprzedawali, a my musieliśmy się pocieszyć oglądaniem gwiazd z kamerki (jakość wskazywała na webcam), za co zapłaciliśmy podwójną stawkę przy kupnie biletu (a możne nawet potrójną, bo przecież mieliśmy studenckie ulgi!).
Film jednak wynagrodził nam wszystko - nawet początkową wściekłość na organizatorów tej pseudopremiery.

Siedmiu mężczyzn o dosyć osobliwych i sprzecznych charakterach spotyka się w podmiejskim dworku z pięknym ogrodem. Jeden z nich - Kornel - miał ożenić się z poznaną niedawno sławną piosenkarką Alicją, a spotkanie, w którym uczestniczy miało być jego weselem.
Miało, bo panna młoda niespodziewanie uciekła sprzed ołtarza po drodze całując jednego z gości ślubnych. Mężczyznę tego - Sebastiana Tretyna - nokautują i zabierają ze sobą na przesłuchanie Stavros - ojciec pana młodego, Robal - ornitolog i najlepszy przyjaciel pana młodego oraz Fistach, który jest znajomym Alicji i jednocześnie prawdziwym rockmanem. Szybko do zgrupowania dołączają ranny w pościgu za ukochaną - Kornel oraz jego brat - Janis. W prowadzone śledztwo i w próby odtworzenia całej sytuacji włącza się też kelner mający usługiwać na weselu - Tytus. Szybko panowie rozwiązują tę zagadkę, co wcale nie prowadzi do zakończenia posiedzenia, gdyż przy wódce i pysznym weselnym jedzeniu prowadzą dalej rozmowy o życiu, o kobietach i zastanawiają się dlaczego wszyscy akurat tutaj się znaleźli. Rozmowy o życiu i śmierci w tym przypadku nie kończą się zrobieniem jajecznicy, ale poznaniem prawdy o samym sobie, poznaniem różnic pomiędzy kobietami, a mężczyznami.

Ciekawe studium męskiej psychiki. I do tego okraszone niesamowitym humorem, który rozbawi nawet przy kolejnym jego oglądaniu.
I wierzcie mi lub nie - wszyscy mężczyźni myślą tak jak tych siedmiu w "Testosteronie"! :)

Ocena: 6/6

*** "Lejdis" ***

Testosteron w tle, a w centrum uwagi maksimum estrogenów i progesteronu - tak można w skrócie określić drugą "hormonalną" komedię Koneckiego i Saramonowicza (ale nie tylko ich, bo współtwórczyniami dialogów były znane i lubiane w wirtualnym świecie trzy blogowiczki).
Lejdis and Gentelmen, przedstawiam Wam: Łucję, Korbę, Gośkę i Monię.
Zmagają się one ze znanymi powszechnie w kobiecym świecie problemami. Najważniejszym z nich jest to, iż nigdy, przenigdy nie udaje im się dojść do tego co sobie zaplanowały, czego pragnęły i co pożądały. Skądś to znamy?

Łucja jest przede wszystkim matką dorastającego chłopca, po drugie jest nauczycielką w liceum, a po trzecie kobietą uwikłaną w związek z wizytatorem pracującym w kuratorium o wdzięcznym nazwisku Dywanik. Łucja ma ponadto bardzo dobre serce i przez to jest nieco naiwna.
Szybko okaże się, że jej związek jest naprawdę toksyczny, ona sama nie jest zbyt dobrym pedagogiem, bo nie może oprzeć się przygodzie z uczniem, a w dodatku jej syn znajduje sobie dużo starszego "kolegę". No i jej przeogromna dupa wymknęła się spod kontroli...

Korba - w dzień jest korektorką w wydawnictwie, a popołudniami przybiera twarz seksualnego demona zaliczając coraz to nowe przygody miłosne. Pod przykrywką wyuzdania i potężnego libido Korba ukrywa wrażliwą naturę, masę problemów i trosk - w końcu jednak znajduje się mężczyzna, który potrafi wgryźć się i zerwać z niej stalowy pancerz obojętności.

Odnosząca duże sukcesy prawniczka - Gośka - chociaż ma praktycznie wszystko bardzo cierpi. Cierpi, bo od długiego czasu nie może zajść w ciążę, a jej mąż jako eurodeputowany siedzi w Brukseli i więcej czasu spędza ze swoim asystentem niż z nią. Ciągłe loty do Belgii i z powrotem zaczynają ją powoli denerwować, a jej małżeństwo zamieniać w męczarnię - jak długo wytrzyma?!
Zapewne niedługo, ale lekarstwem niespodziewanie stanie się węgierski przyjaciel jej męża - Istvan.

Monia natomiast ma wszystko - piękny dom, cudowny samochód, kochanego męża, bardzo dobrego i opiekuńczego ojca oraz szaloną, całkowicie nienormalną matkę. W przeciwieństwie do Gośki nie chce mieć dzieci, które tę jej idyllę by z pewnością zaburzyły. Ale właśnie się spodziewa własnego brzdąca. I co tu zrobić? Jak powiedzieć mężowi? A może usunąć? Dylemat ogromny, ale szybko przewartościowujący życie i odwracający priorytety. Przynajmniej w głowach lejdis.

Oglądając tę historię w kinie płakałam ze śmiechu. W domu potrzebowałam już nieco mniej chusteczek, ale niedawno widząc powtórnie film ten w telewizji stwierdziłam, iż nadal mnie bawi. A może to już tak jest, że humor nie przemija? Może właśnie u lejdis... :)

Ocena: 6/6

*** "Idealny facet dla mojej dziewczyny" ***

Po sukcesie dwóch pierwszy komedii hormonalnych duetu K. & S. stwierdziłam, iż boję się oglądać dalej. Boję się rozczarowania, jakiś złudnych nadziei, które później nie zostaną spełnione. Bałam się może też tego, że pęknę ze śmiechu...
Ale nie mogłam odmówić sobie zobaczenia doskonałego krakowskiego aktora - Pana Krzysztofa Globisza - w perfekcyjnym makijażu i z torebką.
I nieco żałuję, że jednak się przemogłam.

Luna i Kostek spotykają się pewnego pięknego dnia. I pewnie, gdyby ta para nie była w "takiej" sytuacji wszystko potoczyłoby się klasycznie. Ale Luna jest feministką i w dodatku zadeklarowaną lesbijką - związaną z bardzo zaangażowaną w feministyczny ruch Klarą Rojek. Kostek zaś to zwykły hetero, nieco przystojny, ale przecież nie może to zrobić wrażenia na lesbijce.. czyżby?
Organizacja, której działaczkami są Luna i Klara postanawia nakręcić kobiece porno. W projekt ten angażuje się feministyczne i bardzo (z wyglądu) "męskie" guru - Profesor Katzówna, zatem gdy pomysł powoli upada z braku obsady, Klara proponuje, iż "poświęci" swoją partnerkę, ale to ona znajdzie dla niej odpowiedniego faceta do scen miłosnych.
I znajduje. Nikogo innego, jak rzekomego geja - Kostka. Powstaniu pornosa sprzeciwiają się ponadto środowiska kościelne - w tym bliska rodzina odtwórcy głównej roli. Ciotka i wuj Kostka są bowiem działaczami akcji katolickiej. Porno jednak powoli powstaje, a pomiędzy Luną i Kostkiem toczy się kipiąca hormonami gra. Kto tę grę wygra? Kto straci? Wszystko pięknie i słodko tłumaczy zakończenie.

Zbyt słodko. Zbyt pięknie. I gdzie ten humor typowy dla Koneckiego i Saramonowicza? Wydaje mi się, że taki jest efekt, gdy scenariusz tworzy się "pod publikę", zgodnie z oczekiwaniami widowni oraz producentów. Czyli jest tak, jak Panowie ukazali w "Pół serio" - śmierdzi kiczem.
Cudów w tym filmie było jednak kilka - Iza Kuna, Krzysztof Globisz, Danuta Stenka, Bronisław Wrocławski. Szkoda, że cuda okraszone nutą zwyczajności.

Ocena: 3,5/6

Saramonowicz & Konecki - zdjęcie z magazynu Viva


Skrajność mych ocen wskazywałaby na to, iż jeden z najlepszych komediowych duetów wrócił do punktu wyjścia i możliwe, że się wypala. Mam jednak nadzieję, że to nieprawda i zobaczymy jeszcze coś prześmiesznego opatrzonego metką "Konecki i Saramonowicz". Oby! Bo przecież to oni zerwali z mitycznym wizerunkiem Piotra Adamczyka, jako Papieża, Chopina i ucieleśnienia wszelkich pozytywnych wartości narodowych, zaprezentowali nam przecudowną i uroczą Izę Kunę, pozwolili pokochać także Różdżkę, Dereszowską, Olszówkę, Karolaka, Więckiewicza, Stelmaszczyka i wielu, wielu innych. Obyśmy mieli ich jeszcze za co bardziej kochać :)

wtorek, 11 maja 2010

Pod genueńskim słońcem. "Genua. Włoskie lato" reż. Michael Winterbottom

Umiejscowiona nad Morzem Liguryjskim antyczna Jenua do dzisiaj jest nie tylko ważnym ośrodkiem kulturalnym, największym włoskim portem, ale też bardzo urokliwym, niezwykle klimatycznym miastem nadmorskim, na uliczkach którego czuć oddech historii - i to historii tej najstarszej, gdy jako ośrodek Ligurów została zdobyta przez Rzymian oraz tej najnowszej, zainaugurowanej tytułem Europejskiego Miasta Kultury w 2002 roku oraz wpisaniem w 2006 roku starych zabudowań na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Po krętych, tworzących niesamowitą sieć, oryginalny labirynt, uliczkach Genui spaceruje Kelly - dorastająca nastolatka o doskonałej figurze, ładnym uśmiechu i dosyć miłej aparycji, którymi czaruje młodych Włochów. Tuż za nią podąża niczym cień mała dziewczynka - jej siostra Mary - rozgadana, inteligentna, z reguły wesoła i otwarta. Być może podążają na Uniwersytet, na którym pracuje ich ojciec - Joe - uroczy, uśmiechnięty mężczyzna, który żyje wciąż obawą o to, czy sobie poradzi z wychowaniem dorastających panienek. Cała trójka radośnie pluskająca się w ciepłym morzu, opalająca na gorejącej plaży, zwiedzająca historyczne centrum miasta, podziwiająca tamtejszą architekturę, jedynie z pozoru jest szczęśliwa, bo w głębi swych serc skrywają wielką tajemnicę.
Sekret, o którym chcieli zapomnieć, dla którego wyjechali ze swego domu i to w ogniu włoskiego lata. Tajemnicę obok której trudno przejść obojętnie - śmierć ich ukochanej żony i mamy w wypadku samochodowym. Ciepło Genui, radość życia, jaką zarażają wszystkich Włosi ma z ich serc wybić skostniały, zamarznięty smutek i pomóc im nie tęsknić za chłodnym i nieprzyjaznym domem.

Niestety ciężko jest przemilczeć taką tragedię, jaką jest śmierć bliskiej osoby i im również przemilczanie nie bardzo wychodzi. Kelly powoli dorasta i w genueńskich zaułkach odkrywa pierwszą miłość, pierwsze zauroczenie, doświadcza inicjacji. Mary zaś nie mogąc wyrzucić z głowy swojej ukochanej mamy, przywraca ją do życia i wspólnie chodzą uliczkami miasta ciesząc się tym włoskim latem.
W tym wszystkim biedny Joe kompletnie nie może się odnaleźć. Akceptacja dorastania córek, nowej sytuacji, nowych okoliczności sprawia mu ogromną trudność. Joe jednak również będzie musiał dorosnąć. I to czym prędzej.

Obraz Michaela Winterbottoma pt. "Genua. Włoskie lato" poza czarem genueńskich ulic i śmiechem włoskiej młodzieży na skuterkach przynosi również pewną nostalgię. Zastanowienie nad sensem życia, nad sensem śmierci. Bo przecież Mary i Kelly straciły matkę, a czas płynie dalej - Genueńczycy doskonale bawią się na plażach, na ulicach, w barach, woda obmywa piaszczyste plaże, a stare kościoły nadal stoją. Przecież Joe stracił żonę, a już, w mgnieniu oka, jego córki dorosły, a ludzie cały czas dobierają się w pary, układając sobie życie.
Kontrast między zimnym, ciemnym domem, gdzie ta trójka zmuszona była zostawić ukochaną osobę, a palącym skórę, upalnym latem w Genui jest bardzo wyraźny i wyznacza przede wszystkim granice przemiany bohaterów tego dramatu.

Włochy, a zwłaszcza bajkowa Genua, zmieniają każdego, kto je odwiedzi.

Ocena: 4,5/6

W swych rozważaniach nie wyszłam poza poprzedni zakres, pozostałam bowiem w basenie Morza Śródziemnego. A żeby nawiązań stało się za dość, muszę jeszcze wspomnieć, iż Genua pojawiła się kilkakrotnie w "Katedrze w Barcelonie", choć przede wszystkim, jako wrogie, nieprzyjacielskie państwo handlowe, z którym Katalonia prowadziła wojnę.
Wspominając jeszcze film Winterbottoma chciałabym nadmienić, iż oglądałam go już jakiś czas temu, jeszcze podczas zimowych długich wieczorów i na sam widok rozgrzanych plaż, pięknego słońca oraz oczywiście cudów architektury (i jakże by inaczej - Colina Firtha) robiło mi się wyjątkowo gorąco.

czwartek, 6 maja 2010

Via fora! "Katedra w Barcelonie" Ildefonso Falcones

Czy potraficie sobie wyobrazić sytuację, w której bezpośrednio po porwaniu dziecka ojciec nie zgłasza się do odpowiednich służb mundurowych odpowiedzialnych za ściganie przestępców, tylko z wszystkimi mieszkańcami swego miasta rusza by odbić potomka z rąk porywacza?
Albo sytuację, w której bankier nie może ogłosić bankructwa bez żadnych konsekwencji dla siebie i swej rodziny, gdyż za każde ewentualne niepowodzenie w interesach będzie ścięty na progu swego kantoru?
Czy może łatwiej wyimaginować sobie okoliczności, w których miast sądów i trybunałów wymiar sprawiedliwości sprawuje kościelny urząd ścigający grzesznych obywateli, udowadniający im przestępstwa, które w żadnym prawie karnym zaistnieć nie mogłyby, za pomocą tortur i skazujący heretyków na dotkliwe kary, w tym na karę konfiskaty majątku i śmierci?

W naszych realiach niezwykle trudno udzielić odpowiedzi twierdzących na powyższe pytania. Nie, nie potrafimy wyobrazić sobie takiego stanu rzeczy, bo żyjemy w innej rzeczywistości, która kieruje się innymi prawami, zasadami.
Natomiast w XIV-wiecznej Barcelonie, mieście wolnym, niezależnym, obdarowanym licznymi królewskimi przywilejami takie sytuacje nie tylko mogły, ale i miały miejsce.

Ildefonso Falcones w swej powieści historycznej pt. "Katedra w Barcelonie" przedstawił jednak nie tylko zwyczaje, prawa, uprawnienia mieszkańców Barcelony, nie tylko ich codzienną egzystencję u progu nowożytności, ale przede wszystkim ukazał niezwykle barwną historię życia jednego z jej mieszkańców.




Arnau Estanyol urodził się w jednym z wielu gospodarstw posiadłości Navarcles w Księstwie Katalonii. Jego ojciec - Bernat Estanyol był człowiekiem majętnym, a przy tym bogobojnym i porządnym. Pojął za żonę młodą i piękną - Francescę Esteve, a wszystkie znaki na niebie
i ziemi wskazywały na to, iż będzie wiódł szczęśliwe życie u boku wspaniałej kobiety, w swym doskonale prosperującym gospodarstwie, otoczony gromadką dzieci.
Było jednak pewne "ale". Estanyol nie był wolny, był przywiązanym do ziemi chłopem pańszczyźnianym, wasalem Pana Navarcles. W dodatku Pana, któremu bardzo naraził się nie chcąc oddać części ziem, które dostał w spadku po ojcu. Ujma, której się dopuścił, w mniemaniu swego pana, narażała go także, jako wasala, na ciągłe szykany. Bernat poniżony postanowił uciec, porzucając swe gospodarstwo.
W poszukiwaniu wolności udał się wraz z malutkim synkiem do Barcelony, gdzie po roku i jednym dniu mógł uzyskać status wolnego obywatela.

Cała saga Falconesa to historia życia syna Bernata Estanyola - Arnaua, który wychowywany początkowo jako ukrywający się niewolnik,
a z czasem jako wolny mieszczanin napotykał na swej życiowej drodze coraz to większe przeszkody do pokonania. Powieść ta to jednak również historia budowy jednego z najbardziej okazałych
i najpiękniejszych kościołów Barcelony - Santa María del Mar.
Ta niesamowita gotycka świątynia powoli wzrasta, a wraz z nią Arnau, który dojrzewa, podejmuje kolejne życiowe wyzwania, rozwija swą karierę zawodową.
Fabuła "Katedry w Barcelonie" podzielona jest na cztery, osobne części, obrazujące cztery etapy życia Arnaua. I tak mamy część "Słudzy ziemi", gdy Estanyol zrzuca kajdany niewoli, część "Słudzy możnych", która pokazuje początkowe życie Arnaua w Barcelonie, uzależnione niestety od innych, trzecią część "Słudzy namiętności",
w której dorastający, dojrzewający Arnau odkrywa w sobie mężczyznę i poznaje wszystkie problemy z tym odkryciem związane oraz wreszcie ostatnią część "Słudzy przeznaczenia" będącą doskonałym podsumowaniem wszystkich przygód Arnaua i jednocześnie stanowiącą wyraźną przestrogę dla Czytelników - że w każdym momencie życia może przytrafić się nam coś absurdalnego
i przykrego.

Odkąd zaczęłam czytać powieść Ildefonso Falconesa codziennie przechodziłam ulicami jeszcze średniowiecznej Barcelony, widziałam wznoszące się piękne kościoły, widziałam ciężką pracę ówczesnych robotników, ogromne bogactwo kupców i gigantyczny przepych towarzyszący możnym. Spacerowałam wraz z Arnauem po barcelońskiej plaży, chodziłam modlić się do kościoła Santa María, ba - nawet ten kościół budowałam! Na własnej skórze mogłam poczuć XIV-wieczną historię tego miasta, doświadczyć wszystkich przykrych
i radosnych wydarzeń ludu Księstwa Katalonii.
To prawda, książka bardzo mnie wciągnęła i nawet w najśmielszych marzeniach nie podejrzewałabym siebie o takie zaangażowanie w lekturę. I to w jaką lekturę? Częściej krytykowaną niż chwaloną. Której zarzucano m.in. zbytnią skrupulatność w odwzorowaniu tamtejszej rzeczywistości, a zbyt małe zaangażowanie w fabułę.

Chociaż z wypiekami na twarzy śledziłam każdą kolejną stronę historii Arnaua to muszę jednak zejść na ziemię i trochę pokrytykować,
bo niestety i w tym przypadku spełniła się zasada, iż "nie można mieć wszystkiego". Przez pierwsze rozdziały przechodziłam, co prawda jak burza, jednak każde oderwanie się od czytania i próba powrotu do lektury spotykała się u mnie z początkowym, lekkim znudzeniem, dopiero mniej więcej od połowy znudzenie to całkowicie ustąpiło miejsca fascynacji.
Ponadto niestety natknęłam się na kilka błędów, zapewne spowodowanych bądź niewłaściwą korektą (może jej brakiem?), albo zaniedbaniami tłumacza. Ze względów oczywistych nie mogę przypisać tych pomyłek autorowi, chociaż i co do niego miałam pewne wątpliwości, bo czy wszystko co opisał, nad czego poznaniem spędził 5 lat, jest prawdą?
Tutaj Pan Falcones mnie bardzo zaskoczył i w posłowie zatytułowanym "Od autora" całkowicie rozwiał moje wątpliwości - wszystko, bez wyjątku tłumacząc i wskazując nawet momenty, gdzie pozwolił sobie na zastosowanie fikcji literackiej.
Styl natomiast Ildefonsa Falconesa nie był mi niemiłym, czy ciężkim, a wręcz pozwolił mi na szybkie przeczytanie aż siedmiuset stron tego opasłego tomiska.

Jedyny zarzut, jaki skłonna jestem postawić "Katedrze w Barcelonie"
i jej autorowi, to to, że niestety nie jest to powieść aż tak dobra,
jak "Cień wiatru". Odkładając go na półkę spokojnie mogłam zasnąć, bez miliona emocji kotłujących się w mej głowie. A przy Panu Carlosie Zafónie spać nie mogłam!

Ocena: 5/6




Interesującym powiązaniem mej poprzedniej lektury z barcelońską przygodą, które zauważyłam już po otwarciu powieści Falconesa, była dedykacja. "Katedrę w Barcelonie" autor dedykuje bowiem swej żonie - Carmen. Oczywiście to nie żona Pana Ildefonsa była (zresztą jakże uroczą) bohaterką książki "Belcanto" Ann Patchett, ale i tak powiązanie jest dla mnie zaskakujące :)
Nie zaskakuje mnie natomiast powracające od 11 lat pragnienie ponownego odwiedzenia Hiszpanii, spaceru po cudownej Barcelony
i oddychania, choć przez chwilę, ożywczym katalońskim powietrzem. To może w nadchodzące wakacje...

sobota, 1 maja 2010

Nie należy przeszkadzać miłości. "Miłość - nie przeszkadzać" reż. Pierre Salvadori

Miłość swego życia można spotkać w różnych, nawet tych najmniej spodziewanych miejscach. Ludzie poznają się na imprezach, w dyskotekach, w środkach komunikacji miejskiej, na uczelniach, w pracy, czy nawet w wirtualnym świecie - poprzez gg i facebooka. Są jednak i tacy, którzy niekoniecznie miłości, ale przede wszystkim przygody szukają w miejscach egzotycznych, podczas odbywanych urlopów, w luksusowych hotelach w różnych bajecznych zakątkach naszego globu.

Na takich mężczyzn - szukających wakacyjnej rozrywki w najbardziej ekskluzywnych hotelach Lazurowego Wybrzeża - czeka Irene. Irene jest młoda, atrakcyjna, uwodzicielska i niezwykle seksowna. Jest też bardzo urocza, a swym urokiem bez trudu wabi osobników płci brzydkiej.
Irene, obok tylu zalet, ma jednak jedną, ogromną wadę - uwodząc wyłącznie bogatych, często starszych mężczyzn liczy na sponsoring z ich strony i wyciąga z nich tyle pieniędzy ile jest to możliwe, nie żywiąc do nich żadnego głębszego uczucia. Poza swym towarzystwem, wyglądem i ciałem nie może im nic więcej zaoferować w zamian. Brzmi nieco nieciekawie?
Jednak w końcu kosa trafia na kamień i Irene poznaje przypadkowo biednego kelnera Jeana, którego bierze za dobrze uposażonego milionera.
Ta komedia pomyłek nie kończy się jednak z odkryciem prawdy, bo losy tych dwojga splatają się nierozerwalnie. A co z tego wyniknie - musicie przekonać się sami.

"Miłość - nie przeszkadzać" w reżyserii Pierre Salvadori nie jest zwykłą komedyjką. Myślę, że trudno też powiedzieć, iż jest romansem, chociaż zarówno miłośnicy komedii, romansów, jak i po prostu zwykli wielbiciele ciekawych, dobrze opowiedzianych historii znajdą w tym filmie coś dla siebie. Największym atutem tego obrazu jest oczywiście Audrey Tautou, znana z głośnego filmu "Amelia", chociaż mnie bardzo podobał się również grający głównego bohatera Marokańczyk (o niezbyt wdzięcznym imieniu) Gad Elmaleh, który zdecydowanie nie jest powalająco przystojny, ale za to nie brakuje mu uroku osobistego.

Myślę, że to doskonała pozycja filmowa przed zbliżającym się wielkimi krokami latem, będącym czasem urlopowo-wakacyjnych wojaży. Polecam!

Ocena: 5/6

Obraz Salvadoriego oglądałam dwukrotnie - pierwszy raz na dużym ekranie, w Walentynki 2007 roku (wtedy jeszcze chciało nam się jakoś celebrować ten dzień, dzisiaj jest to jeden z wielu), a niedawno na małym ekranie, w domowym zaciszu przypomniałam sobie tę przezabawną historię.
I muszę Wam powiedzieć, że wciąż czaruje :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...