Menu

środa, 27 lipca 2011

Mężczyzna bez sumienia. "Kobieta bez twarzy" Anna Fryczkowska

Jakże szczęśliwe są te wszystkie kobiety, które wybierają piękne drewniane, wiejskie domki, zimą opalane drewnem, te cudne łąki i lasy oraz urokliwe rozlewiska, zamiast ciasnego apartamentu w centrum miasta, z malutką loggią, w którym jedyną roślinność możemy podziwiać w donicy na balkonie albo na kawałeczku trawnika pod oknem.

Hanna Cudny też powinna być szczęśliwa. Właśnie przeprowadziła się z mieszkania w bloku, w hałaśliwej i śmierdzącej spalinami Stolicy, do niewielkiej chatki - z kawałkiem ogródka i letnią kuchnią, otoczonego łąkami oraz lasami. W dodatku przeniosła się nie byle gdzie, tylko do ukochanej krainy swego dzieciństwa - do Świątkowic, w których, jako dziecko, spędzała z tatą każde wakacje.

Hanka miała rozpocząć zupełnie nowe życie i być może wreszcie odkryć na tym pustkowiu, gdzie nawet by znaleźć zasięg radiowego internetu trzeba urządzić poszukiwania, prawdziwe szczęście. A nietrudno o pomyślność w tak sielskim krajobrazie, mając za sąsiadów jedynie porządną rodzinę Materków i obejmując bardzo skromne, lecz szanowane na wsi stanowisko nauczycielki języka angielskiego w miejscowej szkole.

Nie ma cwaniaka na warszawiaka? "Warszawa kryminalna" Helena Kowalik

Istnieją takie miejsca, które pełne są nieprzemijalnych emocji. W których niezwykle trudno jest nam uwolnić się od złych zdarzeń, smutnych momentów niegdyś tam zaistniałych.
Sala sądowa jest właśnie takim czarnym punktem na ścieżkach życia wielu osób.

A przecież zwykle zaczyna się bardzo niewinnie.

Ogłoszenie na znanym portalu randkowym: "Romantyk poszukujący szczęścia" lub "Marzyciel, który ceni szczerość". Kilka maili, wymiana numerami gg, a wkrótce także numerami telefonów. Internetowe zauroczenie, czy prawdziwa miłość?

Niekiedy zaczyna się od pragnienia posiadania spokojnego domu. Takiego prawdziwego, bez przemocy i krzyku, do którego będzie wracało się
z przyjemnością, a nie ze strachem i niedowierzaniem.

Przecież każdemu na czymś zależy. Niektórzy dążą tylko do prawdy. Inni pragną pieniędzy. Jeszcze inni cenią sobie wewnętrzny spokój, zgodność
z własnym sumieniem i przekonaniami.
Mało kto faktycznie postępuje lege artis.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli eksibicjonizm w dżdżu

Gdy tak siedzę w domu i patrzę przez okno na gęsto spadające krople deszczu, zalewające domy, ulice, skwery oraz kamienice, to nachodzi mnie mnóstwo refleksji. Pierwszą, najbardziej oczywistą jest ta, iż piękną mamy jesień tego lata i przydałoby się uciec, wyjechać gdzieś pod ciepły zwrotnik, czy nawet równik, by wykąpać białe ciało w słońcu. Później jednak od razu ogarnia mnie myśl, że przecież lato tak szybko pędzi, wakacje w słonecznym kraju mijają jeszcze szybciej, bo wiadomo, że to co dobre, szybko się kończy!


Ale nie tylko letnie dni przemijają, bo podobnie jest z uwielbianą przeze mnie wiosną (uwielbianą pod warunkiem, że jest ciepła i radosna, a nie smutna, deszczowo-powodziowa), z tolerowaną jesienią i przykrą, acz jakże potrzebną, zimą (bo w jaką inną porę roku można pojeździć na nartach?).

Przemijają dni, miesiące i w końcu lata. Zanim się obejrzałam doszłam do samej końcówki moich studiów, do tego właściwego progu dorosłości, a przecież jeszcze niedawno był półmetek, dopiero co zaczynałam uczyć się historii prawa, przeglądałam listy przyjętych, martwiłam się maturą, kułam polski i historię w moim "elytarnym" LO - co ja w ogóle piszę - przecież raptem wczoraj bawiłam się moim różowym domkiem dla lalek i ciumkałam grysik z butelki!

Jak na ćwierć wieku dużo mam wspomnień, tych miłych i niemiłych, ogrom wrażeń, ale też dużo sekretów - również tych wstydliwych. Kiedyś w dobrym tonie było z tajemnic zwierzać się tylko przyjaciółce, a przypadku jej braku, bądź nagłej potrzeby, sekrety swe przelewać na papier pamiętnika, dziennika, czy nawet sławnego "pele-mele" (oj tak, wiele można było wyczytać z odpowiedzi na, wydawałoby się pozornie niewinne, pytania).
Ponieważ dzisiaj jestem już duża i w dodatku świat wciąż pędzi to wyjawienie sekretu absolutnie nie jest czymś strasznym, a wyjawienie sekretów na forum publicznym w Internecie jest wręcz pożądane :)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli dziewczynka o wybujałej wyobraźni

Jako dziecko zawsze byłam nieco inna niż moje rówieśnice.
Owszem, stroiłam swoje Barbie w wściekle różowe kreacje, miniaturowe szpilki, odgrywałam nimi scenki rodzajowe z udziałem Kena (lalek miałam około dziesięć, ale Kena tylko jednego - biedny Ken!), czesałam barwne kucyki Pony, z wypiekami na twarzy śledziłam coniedzielne dobranocki Disneya (i piątkowe Smerfy), budowałam różne fortyfikacje z klocków Lego i chciałam chodzić tylko w sukienkach, którymi można było "kręcić".

Ale jednocześnie potrafiłam bawić się przez cały dzień całkowicie sama, czytając, "rozmawiając" lalkami, tworząc niesamowite opowieści i potem je na swój sposób spisując. Podczas spaceru przyglądałam się wszystkiemu dookoła - drzewom, napotkanym ludziom, czy nawet kałużom - z tego powodu najczęściej wracałam do domu z płaczem, pobrudzoną sukienką i co najmniej jednym rozbitym kolanem. Wracając z przedszkola albo później już z podstawówki ciągnięta za rękę przez babcię lub mamę mogłam oddać się całkowicie marzeniom - wyobrażałam sobie wówczas najróżniejsze sytuacje, wymyślałam przedziwne historie, układałam nawet w głowie gotowe dialogi rozmów pomiędzy bohaterami moich rozmyślań.

Nic więc dziwnego, że gdy podczas dosyć nudnego, deszczowego pobytu w Piwnicznej Zdrój otworzyłam, zakupioną w miejscowej księgarni za namową mamy, znaną powieść dla młodzieży, od razu rozpoznałam w głównej bohaterce kawałek siebie. Prawdziwą bratnią duszę.

niedziela, 17 lipca 2011

Biada fałszywym prorokom. "Pelagia i czerwony kogut" Boris Akunin

Niegdyś pianie koguta budziło całe wsie i małe mieściny. Oznajmiało, tym samym, że oto nastał nowy dzień, iż czas na rozpoczęcie codziennych, gospodarskich czynności.

Dzisiaj koguta możemy zobaczyć tylko w tradycyjnych wiejskich zagrodach, czy na nowoczesnych farmach. Raczej nie budzi już ludzi ze snu i nie obwieszcza nadejścia świtu, czy początku dnia pracy.
Czasami podczas podróży po zapomnianych zakamarkach naszego kraju drogę przebiegnie nam nie tylko czarny kot, ale też dostojny, czerwony kogut, który w żadnej mierze nie wygląda na zwierzę niezwykłe, a wydaje się po prostu nadzwyczaj pospolity.

A jednak kogut ma ponoć wielką moc. Nie tylko potrafi bezbłędnie znaleźć drogę i wyprowadzić z ciemnego, krętego labiryntu lub ogromnej jaskini, lecz może także przyczynić się do przeniesienia człowieka, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Ponadto to przecież takie miłe stworzenie...

poniedziałek, 11 lipca 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli zakładkowicze kontra zaginacze

Muszę uczynić tu pewne wyznanie, które może nie do końca będzie dla Was szokujące, ale dla mnie niestety takie jest - choćby z racji mojej konserwatywnej natury, w której zakorzeniony jest głęboko tradycjonalizm.

Pewnego pięknego dnia byłam męczyłam się z jakąś lekturą - tytułu niestety nie pamiętam, bo przestrzegłabym przed nią na pewno. Wydawało mi się, że utknę w niej na wieki, że zanudzi mnie całkowicie i odbierze chęć do dalszego czytania na co najmniej pół roku.
Aż tu nagle, podczas porządków, w moje ręce wpadła inna książka z mojej biblioteczki. Przypomniałam sobie, że miałam ją czytać już dawno temu, lecz jakoś ciągle odkładałam. Wciąż coś mnie od niej odciągało, coś bardziej interesującego, zajmującego, ciekawego.
Przeglądnęłam okładkę, po raz kolejny przepisałam opis, przekartkowałam, otworzyłam i przeczytałam jedno zdanie. Potem następne i jeszcze następne. Szybko skończyła się pierwsza strona, a za nią kolejne. Zanim się obejrzałam przeczytałam nie tylko pierwszy rozdział, ale byłam mniej więcej w połowie lektury.

Musicie wiedzieć, że od tamtego czasu zdarza mi się czytać kilka książek na raz.

czwartek, 7 lipca 2011

W krainie świetlistych śladów

Meteor to świetlna droga, świetlisty ślad który pozostawia na niebie wpadający do naszej atmosfery okruch skalny. Często te spadające fragmenty skał nazywamy meteorytami - i owszem stają się one nimi, ale dopiero w momencie zetknięcia z powierzchnią naszej planety. Wcześniej natomiast są czymś innym - niewielkimi skupiskami rozdrobnionej materii plątającej się po naszym Układzie Słonecznym, naukowo zwanej meteoroidem.


Meteory mogą mieć jednak też inne znaczenie - znane doskonale miłośnikom greki bądź wielbicielom ciepłego klimatu bałkańskiej Grecji. Z gr. Metéoros znaczy tyle co "wzniesiony w górę", czy "będący wysoko w powietrzu", lecz wcale nie określa lewitującego, czy nadprzyrodzonego obiektu. Chociaż znajdujące się w pobliżu miasta Kalampaka, na pięknej równinie tesalskiej, prawosławne monastyry zawieszone wprost na skałach z piaskowca mogą na pierwszy rzut oka wydawać się tworem nie z tej Ziemi...

poniedziałek, 4 lipca 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli papier kontra ciekłokrystaliczność

Pierwszy raz pomysł ten przemknął mi przez myśl, gdy przeglądałam, jakiś czas temu, stronę Empiku. Dużo nowych produktów, barwne oferty, ciekawe promocje.
I to jakie promocje! Przecena nawet do 90%!
Następnego dnia wszystkie serwisy huczały o wielkim oszustwie największej i najpopularniejszej księgarni internetowej. Klienci pisali pełne żółci maile, a kilku nawet udzielało ze łzami w oczach wywiadów - że oto kupili atrakcyjnie przeceniony produkt, a tu ich próbują wyrolować.
Kupujący zwalili winę na Empik, księgarnia zwaliła winę na system, a system, jak to system - zaciął się w połowie zdania. Więc wszystko jakoś ucichło, ale jeszcze przez jakiś czas w Empikach w całej Polsce pojawiali się podejrzliwi, lekko zgarbieni, rozglądający się na około ludzie, którzy po wybraniu pożądanego towaru biegli do kasy i wciskali w ręce sprzedawcy bony opiewające na kwotę 50 zł. Jakby bali się, że ktoś ich może na tych talonach jakoś jeszcze oszukać.

Drugi raz był już nieco mniej emocjonujący - ten przedziwny pomysł wpadł do mojej głowy ponownie raptem kilka dni temu. Otóż w trakcie miłej przyjacielskiej pogawędki temat zszedł na pewnego pasażera linii lotniczych WizzAir, którego to siedzącego na fotelu, przypiętego pasem, wczytanego w jakąś pasjonującą powieść i obgryzającego przy tym z nerwów paznokcia, urocza stewardessa raczyła pouczyć w języku Szekspira, iż wszystkie urządzenia elektryczne winny być wyłączone w trakcie podchodzenia do lądowania.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż nasz bohater był Polakiem, w dodatku Polakiem udającym się w podróż służbową i przecież nie bawił się komórką, ani aparatem fotograficznym, nie włączał żadnej przenośnej radiostacji, nie emitował też w żaden sposób innej, znanej fizyce, fali. Po prostu czytał.

niedziela, 3 lipca 2011

Co, ile, czego, za ile... czyli Kwartalnik część druga

Żarty się skończyły. Minęło pierwsze półrocze 2011 roku. Coraz bliżej nam nie tylko do polskiego Euro, ale też do kolejnego roku przestępnego oraz do roku uważanego za datę końca świata (w ogóle ktoś w to wierzy?).

Pierwszy kwartał roku minął niespodziewanie szybko. Potem czas przyspieszył i obawiam się, że trzeciego kwartału nawet już nie zauważę :)

Co się w tym czasie wydarzyło?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...