Menu

poniedziałek, 5 września 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli podstawa programowa na cenzurowanym

Wydaje mi się, że ostatnio żyję tylko poniedziałkami. Codziennie zbieram się w sobie by napisać parę słów na typowo książkowy temat i co dzień mi się to nie udaje. Zaczekam jeszcze ten tydzień i jeśli wena nie nadejdzie to mam już pomysł co z tym fantem zrobić. Ale mam nadzieję, że nie będę musiała się do niego uciekać...

Tymczasem przyszedł wrzesień. Na dobre już zagościł w naszych kalendarzach, w naszych domach i w naszych świadomościach. Lecz nie w naszej pogodzie. I chwała mu za to!

Dzisiaj w Krakowie temperatura oscylowała w granicach 30 stopni, a gdy wyszłam na chwilę z domu wieczorkiem uderzyło mnie przenikliwe... ciepło. Tylko gdzie te chłodniejsze, późnoletnie noce ja się pytam? ;)

A przecież letnie dni chylą się już ku upadkowi. Dla niektórych lato, jako synonim wakacji, po prostu się skończyło. Bowiem dla dużej części społeczeństwa wraz z nadejściem 72. rocznicy wybuchu II wojny światowej zaczął się ten mniej miły czas - chyba szczególnie dla nauczycieli, bo przecież dzieci i młodzież zawsze z radością idą ku wiedzy! - rozpoczęcie roku szkolnego.


Pamiętam swój pierwszy dzień w szkole, który przywitałam w granatowej spódniczce, białej bluzce i w wyjątkowo uroczystych lakierkach. Przywitałam razem z koleżanką znaną już z przedszkola, z którą zasiadłam w ławce i która z racji założenia spódniczki (spódniczki w ogóle, nie z powodu jej koloru) była bardzo nieszczęśliwa, nawet trochę zapłakana. Pierwsze szkolne zadanie przyszło nadzwyczaj szybko - każdy z nas, z 17-osobowej klasy, miał przeczytać fragment tekstu pod czujnym okiem wychowawczyni i obecnych rodziców. Nie muszę chyba pisać, co się stało gdy koleżanka z ławki, która czytać w przedszkolu się nie nauczyła (preferowała zabawy samochodzikami na dywaniku), została wywołana na środek...

To dopiero były czasy!
Szkoda trochę, że od roku 1993, od kiedy zaczęłam swą edukację, wiele się zmieniło, ale przecież szkoła ewoluuje z dnia na dzień. Taka jest kolej rzeczy.
Od nowego roku szkolnego również weszło kilka zmian. To ponoć nie wszystkie - pozostałe są "w planach". Ale generalnie chyba każdy z nas ma wrażenie, że w szkołach od dawna, poza papierologią, dyrektorami i nauczycielami, który przychodzą i odchodzą, nic właściwie się nie rusza.

Jaki jest wobec tego sens wprowadzana w ten skostniały system małych 6-letnich dzieci? Sama miałam iść do szkoły rok wcześniej i choć nie poszłam pomysł taki popieram całym sercem (w zerówce przedszkolnej umiejące czytać i liczyć dziecko totalnie się nudzi!). Zastanawiam się tylko, co potem stanie się z takim sześciolatkiem w obecnych realiach. By jego pójście do szkoły miało większy sens kształcenie na poziomie ponadgimnazjalnym powinno wydłużyć się o rok. Zatem wracamy do idei czteroletnich liceów i wszyscy są zadowoleni. Czy aby na pewno?

Weźmy pod lupę uczniów. Gdy spojrzałam na listę lektur do podstawówki zaśmiałam się serdecznie. Praktycznie wszystkie pozycje są takie, jak za moich czasów - jak prawie 20 lat temu!
I o ile "Dzieci z Bullerbyn", Dr Dollitle, Muminki, Karolcia bardzo mnie wzruszyły i ucieszyły, Koziołek Matołek mnie zaskoczył (w '93 nie było go w gronie lektur, a znałam wszystkie książki duetu Makuszyński&Walentynowicz na pamięć!) to już taki Anaruk lekko zniesmaczył. Podobnie poczułam się, gdy zobaczyłam lektury na dalsze klasy szkoły podstawowej, a wśród nich prawdziwe cofnięcie się w czasie: powieść Niziurskiego do wyboru, a do tego "Historia żółtej ciżemki", "W 80 dni dookoła świata" czy "Bracia Lwie serce" - wszystko obok m.in. książki "Charlie i fabryka czekolady". Nawet "Władca Lewawu" Doroty Terakowskiej nie jest najlepszą pozycją tej pisarki. Czy już naprawdę nie ma żadnych fajnych książek dla dzieci, dlatego trzeba wybierać cokolwiek, byleby było? Oczywiście, że są super lektury dziecięce, ale dziwnym trafem twórcy podstawy programowej, na której opiera się cały te system nauczania takowych chyba nie znają.

Bo z jakiego innego powodu karmią gimnazjalistów Mickiewiczem, nowelami Prusa, czy Orzeszkowej, historycznymi wypocinami Sienkiewicza? Z jakiego powodu w gimnazjum przerabia się "Dziady cz. II", które potem należy ponownie utrwalić sobie do matury (a w efekcie za każdym razem pozostawia się to uczniowi do indywidualnej analizy, bo czasu nie ma)?
I wreszcie z jakiego powodu w liceum od lat męczy się "Lalkę", "Potop", "Chłopów", "Nad Niemnem", a do tego schizofreniczną "Cudzoziemkę", nudne "Jądro ciemności" oraz aż dwie powieści Żeromskiego?

Absolutnie nie uważam tych wszystkich lektur za mierne (może poza "Cudzoziemką" - przez główną bohaterkę ta książka powinna trafić na spis lektur zakazanych i zostać komisyjnie spalona), ale nie widzę potrzeby wałkowania ich wszystkich. Wydaje mi się, że przez takie, a nie inne podejście, być może przez brak odwagi, uczniów zniechęca się do czytania. Pozbawia się ich możliwości samodzielnego badania, poznawania literatury na własną rękę. Nie ufa się im - nie pozostawiając im pola manewru dla własnych poszukiwań. A zmuszony uczeń to krnąbrny i zarazem znudzony młody człowiek, który po koszmarze czytania tych wszystkich powieści (szczególnie pozytywistycznych) już więcej po nic grubszego niż 5-6 stron raczej nie sięgnie.

A mogłoby być tak pięknie. W Wielkiej Brytanii uczniowie w ramach zajęć z literatury czytają "Panią Dalloway" Woolf, "Nowy wspaniały świat" Huxley'a, a ponadto pozycje Wilde'a, Austen, Brontë i Dickensa oraz bardzo zajmującą "Rebekę" Daphne du Maurier.
Zaś USA, zwykle wyśmiewane jeśli chodzi o poziom edukacji (drwi się m.in. z tego, że dopiero licealiści uczą się poważniejszych działań na ułamkach), swoim uczniom serwują takie perełki, jak: "Paragraf 22", "Dziennik Anny Frank", "Zabić drozda", "Morderstwo w Orient Expressie", "Czarownice z Salem" oraz podobnie jak w UK - dzieła Austen i Brontë.


Jakie Wy moi drodzy Czytelnicy macie zdanie na temat podstawy programowej? Jak najgorsze, czy wręcz przeciwnie? Uważacie, że dziatki powinny czytać wszystko bez dyskusji, czy też tak, a nie inaczej skonstruowaną listę lektur zbojkotować? Może jesteście jeszcze uczniami, a może nimi już byliście i macie na tę zmorę jakiś ciekawy sposób?

Z chęcią poznam Wasze zdanie na ten temat. Ja sama do kanonu wepchnęłabym wszystkich rosyjskich klasyków, ale to chyba byłoby przegięcie, prawda?

33 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że nie masz głupich pomysłów w stylu 'zawieszenie działalności bloga'? Bo bym się bardzo pogniewała, moja droga :)

    O podstawie programowej dyskutowaliśmy niedawno tutaj: http://kreatywa.blogspot.com/2011/08/kreatywny-klub-dyskusyjny-3-jak.html więc trochę głupio, bym się powtarzała, ale generalnie mamy podobne zdanie na ten temat. Zgadzam się z Tobą, że w innych krajach kanon lektur prezentuje się dużo lepiej. Dobierają go ciekawie, z pasją - to widać. U nas trzeba opierać się na dziełach, które poruszają tematy ważne z punktu widzenia historii kraju. Nie przeczę, są to ważne pozycje, ale jednocześnie odstraszają młodych tak bardzo, że nie dziwi mnie ich brak zainteresowania literaturą. Ja bym nasz system całkowicie przeobraziła. Marzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie znam aktualnych lektur obowiazkowych w szkołach podstawowych i średnich, ale gdy ja uczęszczałem to szkół to były to lasyki noblistów i nie tylko. Czasay się zmieniają, może my się nie potrafimy zmienić w naszej menatalności? Prawda jest taka że młodzież nie lubi czytać, ale wydaje mi się że dużwa wina w tym jest pedagogów, którzy nie potrafią przekazać wiedzy i zaszczepić w czytelniku miłości do książek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszesz, że w Wielkiej Brytanii dzieciaki czytają m.in. Woolf, w USA Hellera, a u nas Prusa, Reymonta, czy innego Żeromskiego muszą męczyć (tak to odebrałam). Ale zwróć uwagę, że to jest rodzima literatura. Jasne, że dobór lektur szkolnych mógłby być lepszy, ale nie za cenę rezygnowania z literatury polskiej, która nie jest mniej ciekawsza od powszechnej. Należałoby raczej popracować nad wyborem nowych tytułów naszych pisarzy i o ile "Lakę" bym koniecznie zostawiła, "Dziady" w gimnazjum i "Pana Tadeusza" np., to w Żeromskim można przebierać (jestem za "Dziejami grzechu", bo tę książkę by czytano, ale to nie przejdzie;)). Jestem za czytaniem w szkole Zegadłowicza, Konwickiego, Iwaszkiewicza. Reymont nie powinien być znany tylko z "Chłopów", których chyba nie czyta się nawet w całości. Romantyzm w literaturze polskiej to nie tylko nudna dla większości uczniów poezja, ale też ciekawe książki przygodowe. Za to opinię o Kuncewiczowej podzielam jak najbardziej - usunąć i zapomnieć ;)I przede wszystkim jestem za włączeniem literatury najnowszej i za dobrymi dyskusjami, a nie lekcjami prowadzonymi wg utartych schematów - nie lektury straszą uczniów tylko sposób ich omawiania, ciekawa lekcja może wywołać miłość do "Pana Tadeusza".
    Byłoby tez super, gdyby dało się zwiększyć liczbę lektur z literatury powszechnej i tu też można by poszaleć - "Czerwone i czarne" Sthendala, powieści Waltera Scotta, wspomniani już Woolf i Heller, Hugo...
    I jeszcze jedno - oprócz kanonu, trochę literatury popularnej nie zaszkodzi, a zachęci.
    Nie wiem, czy młodzi nie lubią czytać, myślę, że raczej nie są nauczeni czerpania z lektur przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem za kanonem lektur (i nie przeszkadza mi jego skład), ale przeciwko sztywnym ramom omawiania lektur, galopadzie od jednej do drugiej oraz kluczom maturalnym, które zabijają wszelką dyskusję i kreatywność. To nie w kanonie wina, lecz w systemie, w jakim on tkwi.

    Mam niejasne wrażenie, że ci zagraniczni uczniowie tak samo nienawidzą Woolf czy "Czarownice z Salem"... :p

    I tyle, więcej się wypowiadać nie będę, bo wydałam u Futbolowej prawie ostatnie tchnienie w ramach tłumaczenia, a i nerwówki trochę miałam. No i wyrażam niepopularną opinię ;>

    A czeka na mnie niedługo wizyta u dentysty i to jakoś zajmie mą uwagę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Claudette- jakoś nie mam siły proponowac nowego kanonu, natomiast:
    wiele z tych lektur, o których piszesz, czytalam w liceum na angielski lub w ramach przygotowań do olimpiady. teraz w zasadzie mi sie już myli- czy "Rok 1984", "Folwark zwierzęcy" Czy "Nowy wspaniały świat" to ja przeczytałąm na angoelski, czy na polski? Bo na pewno w ramach programu (jakiegoś).
    Co do literatury rodzimej- czasem warto przeczytać coś pisanego o nas i dla nas. "Historyczne wypociny Sienkiewicza" sa totalnie passe... póki wiatr historii nie zawieje z innej strony. A rosyjscy klasycy? Wydaje mi się, że już byli w programie w różnym czasie, moga się pojawić znowu prędzej, niz nam się wydaje (ostatecznie festiwal piosenki rosyjskiej już jest).

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę, że nagonka na lektury jest bardzo powszechna a tymczasem nikt nie wie czemu one tak naprawdę mają służyć. Właściwie pomijając podstawówkę, szkolny kanon ma służyć nie szerzeniu czytelnictwa (to nie priorytet), ale przede wszystkim ma ukazywać prądy danej epoki, światopogląd, cechy gatunkowe... Idąc tym tropem: "Dziady" jako dramat, "Zemsta" jako komedia, "Krzyżacy", jako powieść historyczna, "Chłopi" są we fragmentach, a są w liceum za sprawą Nobla, a "Nad Niemnem" (chyba już też fragmenty) jest świetną powieścią pozytywistyczną (tak samo jak "Lalka")!
    Anglicy czytają Woolf i Austem bo to ich narodowe dobro - tak jak u nas Mickiewicz, Sienkiewicz, Fredro, Żeromski itd. Po co nam historia literatury światowej jak na języku polskim interesuje nas głównie literatura rodzima? Żyjemy w Polsce i to nasza kultura ma nas interesować!
    A skoro tak zachwalamy kanony zagraniczne to może warto zapytać samych uczniów co sądzą o swoich lekturach? Założę się, że opinie będą podobne jak wśród polskiej młodzieży.
    Negatywny odbiór lektur to w 50% przymus czytania (nawet jakby najlepsza książka została wpisana w kanon, to jej przymusowe czytanie w końcu spowoduje, że będzie nienawidzona)a w kolejnych 50% właśnie ten brak zrozumienia istoty samej książki. Z wieloma lekturami się męczyłam dopóki nie poznałam dokładnych wyznaczników epoki w jakiej powstała czy gatunku, do którego należy. I właśnie lekcje poświęcone tym zagadnieniom powinny być wprowadzane, a nie nowe lektury.
    Poza tym coraz więcej książek jest wykreślanych z listy tych obowiązkowych bądź przerabiana we fragmentach - i to jest właśnie owo zabijanie czytelnictwa.
    Oczywiście można wszystko rozwiązać zmieniając liczbę godzin czy pozwalając uczniom na samodzielny wybór przedmiotów. I wtedy właśnie utworzyć oddzielne zajęcia z literatury, która zachęci do czytania? Ale nikt się na to nie zgodzi, uzasadniając, że uczniowie mają już zbyt wiele na głowie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Futbolowa, co to to nie! Absolutnie nie zamierzam zawieszać działalności bloga ;)

    Cieszę się, że mnie zrozumiałaś. Wybór lektur w USA i UK jest o wiele bardziej dokładny, przemyślany, naprawdę interesujący i zachęcający do czytania.
    Nasze lektury są miałkie nie dlatego, że polska literatura taka jest, tylko, iż wybór jest niewłaściwy i efekt końcowy naprawdę prezentuje się kiepsko.
    Przyglądnęłam się dyskusji na Twoim blogu i zgadzam się, że Prus, czy Żeromski (przynajmniej w takim wydaniu w jakim są reprezentowani w kanonie) nigdy nie uzyskają sympatii młodych ludzi. Gdyby można to było radykalnie zmienić...

    Pisanyinaczej, klasyka jest aktualnie na liście, ale przeważają wielkie tomiska książek pozytywistów. Za to np. literatury współczesnej jest jak na lekarstwo.
    Wydaje mi się ponadto, że to nie nauczyciel powinien zaszczepiać w dziecku miłość do czytania, tylko właśnie rodzice. W moim przypadku zdarzało się, że jakiś nauczyciel zachęcił mnie do danej lektury (tak było np. z "Ptaśkiem" Whartona), ale miłość do książek "sprzedała" mi mama - właściwie już w dzieciństwie :)

    sQra, owszem, przedmiot w szkole nazywa się "język polski", ale dlaczego większość tych najbardziej opasłych lektur pochodzi z polskiego pozytywizmu? Dlaczego tak bardzo promuje się te dzieła Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, które są zwyczajnie nudne i wałkowane od lat? Z pewnością lektury można by dobrać w taki sposób, aby ucznia trochę zainteresować, by nie czuł się przytłoczony. Wiem oczywiście, że nigdy nie będzie u nas tak jak w UK, czy w USA i że nie możemy mieć takich samych lektur - gdybym tego nie wiedziała byłabym prawdziwą ignorantką - ale dlaczego w podstawie programowej jest tak mało literatury współczesnej? Liberę, Kosińskiego, Lema, Myśliwskiego zapisuje się na marginesie albo daje się nauczycielowi wybór - dawna lektura, czy taka nowa. Wiadomo, że dawną omawia się prościej, jest mniej pytań i wszystkie można spokojnie rozwiać.
    Zgadzam się, że kanon potrzebuje lekkiego remontu. Zamiany niektórych pozycji na inne i może być tak samo interesujący, jak te zagraniczne ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Książkowo, i tu muszę się z Tobą nie zgodzić. Może są faktycznie szkoły, w których omawia się machinalnie lektury - to jestem jeszcze w stanie sobie wyobrazić, bo moja nauczycielka z pierwszych dwóch klas liceum zrobiła pogoń za kanonem - przerabialiśmy jakieś dodatkowe lektury, m.in. omawialiśmy "Chłopów" w całości (po co to komu?), więc to nie było specjalnie interesujące, ale nas nie zniechęciła - wszak chodziliśmy do klasy z rozszerzonym polskim. Natomiast jeśli chodzi o klucz maturalny to taki obecnie nie istnieje. To wytwór stworzony przez media, które tworzą sensację praktycznie z niczego. W 2005 roku, gdy zdawałam maturę, było coś takiego jak sztywne kryteria oceniania i faktycznie były one restrykcyjnie przestrzegane - wówczas afery nie było. Za to afera rozgorzała parę lat później, gdy kryteria oceniania rozluźniono, pozwolono egzaminatorom na swobodę oceniania, oczywiście z jednoczesnym przestrzeganiem pewnych reguł. Nie ma możliwości by uczeń, który udzieli poprawnej odpowiedzi nie dostał za nią punktów - za to często bywa tak, iż udziela odpowiedzi błędnej, nic nie pisze albo popełnia błąd kardynalny (np. pomylenie nazwisk autorów utworów) i potem nieszczęśliwy idzie do mediów mówiąc, że napisał "wszystko", ale klucz był bezwzględny. Bzdura. Połowa krzykaczy to ludzie, którzy zaskarżali CKE do sądu i nic im to nie dało, bo napisali po prostu słabo, lecz nie chcieli się przyznać do porażki.

    Poza tym ja w kanonie widzę słabość systemu. Bo nie chodzi o to, że uczeń przeczyta lekturę i zniechęci się do czytania, tylko, iż jej w ogóle nie przeczyta, bo uzna za marnowanie czasu. W gimnazjum miałam kolegę, który nigdy nie był przygotowany na lekcję, nie czytał lektur, a w trakcie zajęć pod ławką podczytywał książki Whartona, Wilde'a, Goldinga, Myśliwskiego.
    I nie przejmuj się dentystą, ja się co prawda takich wizyt nie boję, ale wiem, jak może to człowieka przerażać. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja "Pana Tadeusza" czytałam w podstawówce zanim go omawialiśmy, potem drugi raz tak mi sie podobał, a inni nie mogli przebrnąć. Więc co czlowiek to i opinia. Myśle, że uczniowie zawsze narzekają na listę lektur, bo muszą to czytać... Natomaist "Dziady" cz.III powinni zniknąć z listy lektur, a lista powinna być bardziej dopracowana, z tym się zgadzam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Rzeczywiście u Ciebei tylko poniedziałkowo ostatnio, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Izo, rodzima literatura też jest piękna, ale niestety nie zawsze ta proponowana przez MEN. Ja niestety mimo rozszerzonego angielskiego nie czytałam zbyt wielu lektur w oryginale i może dlatego do nich tęsknię?
    Sienkiewicz jest passe, ale nie cały. Umiejętny wybór lektur to klucz do sukcesu. "Potopu", który był lekturą nie przeczytałam - ale za to przeczytałam będące poza kanonem "Ogniem i mieczem" oraz "Quo vadis" i uważam, że każda z nich byłaby lepsza od przygód Kmicica.
    Rosyjskich klasyków jest jak na lekarstwo - "Zbrodnia i kara" na poziomie podstawowym oraz dodatkowo "Mistrz i Małgorzata" na rozszerzonym. Gdyby tak mogłoby ich być więcej...
    Pozdrawiam :)

    Strona po stronie, ależ doskonale zdaję sobie sprawę z tego, czemu mają służyć lektury. Ale równie pięknie jak "Potop", czy "Lalka" ukazują cechy gatunkowe sienkiewiczowskie "Ogniem i mieczem" oraz "Emancypantki" Prusa.
    Ja w szkole omawiałam całość "Chłopów" oraz "Nad Niemnem" i nie widzę w nich (podobnie jak w "Lalce") świetnych powieści. Bynajmniej nie dlatego, że czytałam je w szkole, że potem bez końca je omawialiśmy, bo "Mistrza i Małgorzatę" od razu pokochałam, ale gdyż wszystkie one są po prostu piekielnie nudne ("Nad Niemnem" to już w szczególności - znam jedną nauczycielkę, która ma prawie 30 letnie doświadczenie, a nigdy nie przeczytała w całości tej powieści Orzeszkowej, bo jej wprost nie znosi). Lektur nie powinno się wykreślać, tylko zmieniać. Kanonowi przydałoby się ostre odświeżenie.
    I nie zgodzę się z tym, że prawa jakimi rządzą się dane epoki wpływają na odbiór lektury. Absolutnie nie. Idąc tym tropem musiałabym nie znosić całego pozytywizmu, a przecież "Quo vadis", "Krzyżacy", "Ogniem i mieczem", "W pustyni i w puszczy" (tego samego Sienkiewicza, który napisał przeokropny "Potop") są moimi ulubionymi powieściami.
    Nie mówię też, iż ten kanon jest zły - sama z niego "wyrosłam", a przecież kocham czytać. Jest jednak niedoskonały, wymaga poprawek i nieco odwagi.
    Wiele lektur szkolnych uczniowie czytają z przyjemnością, dlaczego nie mogą wszystkich?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Aneto, ja "Pana Tadeusza" czytałam w trakcie roku szkolnego i też przypadł mi do gustu. "Dziady cz. III" już mniej, podobnie jak "Kordian", ale przez nie jeszcze przebrnęłam. Dziwi mnie natomiast ponowne przerabianie "Dziadów cz. II" w liceum i gimnazjum. Przecież wystarczyłoby raz - tekst ten raczej na pewno nie pojawi się na maturze.

    U mnie niestety poniedziałkowo wciąż. Pracuję by to zmienić ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Claudette,
    nie dopisałam , że sama mam kryzys blogowy:). Jak uporasz się ze swoim, to koniecznie podaj mi receptę:).

    OdpowiedzUsuń
  14. Myślę, że jeśli chodzi o to, która lektura jest nudna, a która nie, to co czytelnik, to inna opinia. Ja "Nad Niemnem" uwielbiam i czytam dla przyjemności (w szkole musieliśmy tylko obejrzeć ekranizację), "Potop" lubię na równi z "Trzema muszkieterami" (za to przy "Ogniem i mieczem" poległam), a "Lalka" cieszyła się wyjątkową sympatią mojej klasy, która to klasa zasadniczo nie lubiła czytać niczego. "Dziady" też mi się podobały, ale może jestem dziwna. Trudno więc ustalać kanon pod kątem tego, że "mnie się to wydaje nudne, a tamto nie". Zgadzam się natomiast, że powinno rozszerzyć się go o bardziej współczesne pozycje, bo u mnie w liceum za drugą wojnę praktycznie nie wyszliśmy i o twórcach nadal piszących nie miałam wielkiego pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
  15. Izo, recepty chyba nie ma. Może po prostu potrzebny jest odpoczynek? Czasami potrafi zdziałać cuda ;)

    Lilybeth, zgadzam się, że każdy powinien książki oceniać indywidualnie, ale niestety coraz częściej słyszy się, że uczniowie po prostu nie czytają, bo nie są w stanie przebrnąć np. przez pamiętnik Rzeckiego w "Lalce", czy długaśne opisy przyrody w "Nad Niemnem". Moja klasa była z gatunku tych czytających, a przez romantyzm i pozytywizm przechodziliśmy jak przez wojnę. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy mogliśmy zabrać się do "Zbrodni i kary", do lektur młodopolskich, międzywojennych i wojennych, czy wreszcie do współczesnych (chociaż ze współczesnych o ile się nie mylę robiliśmy tylko poezję oraz "Tango", "Transatlantyk", "Szewców" i "Dżumę"). Brakuje mi w lekturach szkolnych książek na miarę "Madame" Libery, "Traktatu o łuskaniu fasoli" Myśliwskiego, "Stu lat samotności" Marqueza, czy "Oddziału chorych na raka" Sołżenicyna.
    Szkoda, że nic nie możemy z tym zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Claudette - zastanawia mnie tylko, czy dlatego że młodzież nie może przebrnąć przez przydługie opisy, należy zmieniać kanon, czy może należy zrobić coś, żeby tekst dłuższy niż pół strony jej nie przerażał. Podejrzewam, że ci, którzy odpadają przy pamiętniku Rzeckiego, tak samo odpadną przy monologu z "Traktatu o łuskaniu fasoli". I tak samo będą narzekać. Każdy tekst, który nie mieści się na Twitterze jest teraz, zdaje się, za długi dla przeciętnego nastolatka.
    Romantyzm i pozytywizm nie do każdego muszą przemawiać, ale są ważnym kawałkiem polskiej kultury - w końcu podtrzymywały polskość pod zaborami. Nie chodzi tylko o to, żeby się fajnie czytało, tylko żeby została w głowie jakaś informacja o przeszłości.
    Trzeba też przygotować młodych ludzi do czytania (ze zrozumieniem) tekstów, które bywają długie i nudne, ale coś przekazują (wartości, informacje o historii kultury albo po prostu wiedzę). Inaczej potem są studenci, którzy uczą się z bryków, bo podręczniki są za długie i nie ma w nich dialogów, więc nie da się przeskakiwać tych zwartych kawałków...
    Przyznaję, nie znam recepty, jak to wszystko pogodzić. Kanon na pewno wymaga rewizji, ale jest tyle aspektów, które należy uwzględnić, że nie da się tego zrobić szybko i łatwo. A decydenci pewnie o tym wiedzą i nie chce im się za to zabierać ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Lilybeth, wydaje mi się, że winien takiemu stanowi rzeczy jest przede wszystkim brak nawyku czytania. Rodzice nie czytają dzieciom, sami też nie sięgają po lektury, nie uczą swoich pociech czytać. To wszystko ma zrobić przedszkole, potem ew. szkoła. Tylko, że lektury też nie ułatwiają sprawy. Gdy jest przymus czytania przydługich książek każdy w pewnym momencie czuje się znużony - wielokrotnie zasnęłam właśnie na pamiętniku Rzeckiego, chociaż przecież potrafię utrzymać koncentrację na tekście dłuższym niż te 6 stron.
    Nie marzy mi się rezygnacja z romantyzmu i pozytywizmu tylko lekkie przewietrzenie, wyciągnięcie na światło dzienne tekstów, które oferują coś nowego, interesującego. Romantyzm to też (o czym napisała już wyżej sqra) także interesujące powieści, Sienkiewicz to nie tylko "Potop", a Kraszewski został całkowicie zapomniany, chociaż to najbardziej płodny polski pisarz w całej historii literatury (wciśnięto tylko gdzieś tam fragmenty "Starej baśni").
    Zaś co do wiadomości, które uczeń powinien posiąść stykając się z lekturą - to gdy jej nie przeczyta, bo jest nudna/długa/nieciekawa/archaiczna etc., niestety nic mu w głowie nie zostanie. I potem taki student (nawet polonistyki i medycyny!) uczy się z bryków - a dzieje się tak właśnie teraz, przy panowaniu obecnego kanonu, w którym jest ten Sienkiewicz, Prus, Orzeszkowa.

    Myślę, że zmiana podstawy programowej w tej patowej sytuacji może tylko pomóc.

    OdpowiedzUsuń
  18. Zgadzam się, że lektura nieprzeczytana nie przyniesie żadnej korzyści uczniowi, żeby była najpiękniej dobrana. I że brak nawyku czytania jest podstawowym problemem. Jeśli rodzice nie czytają, to nie będą uczyć tego dziecka, więc ten obowiązek powinna wziąć na siebie szkoła. Może w takim razie należałoby skupić się w szkole podstawowej na rozbudzaniu zainteresowania książkami? Ze swojego dzieciństwa pamiętam "Sierotkę Marysię" i "Porwanie w Tiutiurlistanie" jako przeżycia traumatyczne. Może teraz bym ją doceniła, ale tak się zraziłam, że nawet kijem nie tknę... Gdyby nie to, że nauczyłam się czytać na długo przed szkołą i czytałam mnóstwo ciekawych książek w domu, te dwie lektury mogłyby mnie zupełnie zniechęcić do czytania. Zerknęłam na spis lektur i czy ja dobrze widzę, że w klasach IV-VI przerabia się "Starą Baśń"? To nie było pisane dla dzieci... Podobnie jak "Robinson Crusoe". Reszta skierowana do dzieci, ale czy naprawdę od lat 70. nie napisano już niczego ciekawego???
    Dopiero "literacko rozbudzone" dzieci można w gimnazjum zacząć zaznajamiać z historią literatury.
    Prawda, że Sienkiewicz to nie tylko "Potop", ale ja akurat czytałam go z wypiekami na twarzy, więc nie mogę twierdzić, że lepiej go czymś zastąpić. "Lalkę" też pamiętam jako bardzo interesującą. Nie da się ustanowić takiego kanonu, żeby pasowało każdemu. Mnie zachwyca "Sto lat samotności", ale jest wielu blogerów, którzy nie przebrnęli, chociaż to są ludzie, którzy czytają chętnie. Myślę, że dużo zależy od nauczyciela - najciekawszą lekturę można zadusić nudnym omówieniem. A już jedyne słuszne odpowiedzi na maturze to jakaś parodia nauczania.

    OdpowiedzUsuń
  19. Lilybeth, właśnie też mi się wydaje, że chyba najbardziej powinno się zwrócić uwagę na lektury najmłodszych. "Stara Baśń" i "Robinson Cruzoe" nie zostały pisane z myślą o dzieciach i nawet ciężko mi sobie wyobrazić, kto wpadł na taki makabryczny pomysł wciśnięcia ich na listę lektur. "Robinsona" omawialiśmy bodajże w VI klasie podstawówki i chociaż nie była to dla nas żadna trauma to nikt faktycznie tej lektury nie zrozumiał.

    Nie zrzucałabym też winy w kiepskiej jakości przyswajalności lektur na nauczycieli. Każdy kto od 20 lat, co roku przerabia ten sam kanon nie potrafi już powiedzieć na jego temat nic ciekawego. Moja mama, która jest polonistką, z ulgą znalazła w obecnej podstawie programowej jakieś alternatywy dla "Cudzoziemki", czy innych, od lat wałkowanych lektur, bo wie, że omawiając je nie emanuje z niej optymizm. Poza tym lubi często urozmaicać lekcje, uzupełniając lekturę np. sztuką teatralną, a coraz rzadziej sięga się po klasykę literatury (ile można wystawiać dobrych wersji choćby "Makbeta", czy "Wesela"? na pewno jakąś skończoną ilość).

    "Jedynych słusznych odpowiedzi" na maturze nie ma i to raczej bajka medialna :) Pisałam już o tym w odpowiedzi na komentarz Engi (książkowo) :)

    OdpowiedzUsuń
  20. A to chociaż jedna dobra wiadomość - ta o maturze. Ja mam uraz po polonistce, która uczyła mnie przez dwa lata w liceum. Lekcje polegały albo na dyktowaniu nam omówień lektur (sic!), albo na odpytywaniu z tychże omówień, ale trzeba było odpowiadać słowo w słowo. Nie wyolbrzymiam. Dla równowagi potem miałam dwie świetne nauczycielki - jedną zaraz po studiach, która się jeszcze nie znudziła omawianiem tych samych lektur, drugą doświadczoną, która traktowała uczniów jak normalnych czytelników, którym wolno powiedzieć, że coś było "głupie". Wiem, ze nie wszyscy nauczyciele są źli, ale możliwe, że jednak Twoja mama należy do chlubnych wyjątków.

    OdpowiedzUsuń
  21. Lilybeth, po przeczytaniu Twojego komentarza poczułam się jakbyśmy chodziły do jednej klasy w liceum :) Miałam dokładnie taką samą nauczycielkę przez dwa lata. Nie nauczyła nas niczego poza sztucznymi formułkami, masą łacińskich aforyzmów. Wkuwaliśmy wszystko - począwszy od treści lektur (czy wiesz moja droga, jaka była wielka pasja Rzeckiego?:)) skończywszy na biografiach pisarzy. Gdy pytała i ktoś śmiał nie powiedzieć wszystkiego, słowo w słowo, co mówiła na temat danej lektury bez oporów stawiała jedynkę. Ja z odpowiedzi zawsze dostawałam 3+ bez względu na to jak długo się uczyłam :) Po niej na szczęście, w klasie maturalnej, przyszła inna, którą znaliśmy z warsztatów dziennikarskich (moja klasa miała profil politologiczno-dziennikarski) i była to ogromna odmiana oraz ulga. Na szczęście zły nauczyciel nie był w stanie zabić we mnie pasji czytania :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Tak, tylko że Sienkiewicz był jakby poza pozytywizmem (jeśli chodzi o powieści). Dla niego miały one głownie "pokrzepić serca" (już utarte sformułowanie). Inaczej było z jego nowelami. Więc przykro mi, ale jego Trylogia czy Krzyżacy nie mają racji bytu jako wyznacznik epoki. Jako powieść historyczna już tak.
    Nie zgodzę się, że znajomość epoki nie wpływa na odbiór książki. Wpływa i to bardzo. Wiem po sobie. Nie wspominałam miło wielu lektur, jednak teraz, kiedy zagłębiłam się w nurty historycznoliterackie, są dla mnie zrozumiałe. I choć może nie należą do moich ulubionych dzieł tak uważam, że były świetne. Jak można polubić książkę, nie rozumiejąc o czym jest w niej mowa? Jak polubić "Lalkę" nie wiedząc nic o powstaniu styczniowym, pracy u podstaw, pracy organicznej? Nie da się.

    "Wiele lektur szkolnych uczniowie czytają z przyjemnością, dlaczego nie mogą wszystkich?"
    No to akurat jest banalnie proste pytanie - nigdy nie będzie książki, która spodoba się wszystkim, bez wyjątku. Ty nie lubisz "Potopu" a ja z całej trylogii uwielbiam go najbardziej. Tak samo jak nie każdemu spodoba się "Mistrz i Małgorzata", "Zbrodnia i kara" czy "Duma i uprzedzenie". Nawet patrząc na recenzje blogerów można z łatwością dostrzec rozbieżność w ocenach tych samych dzieł. Nie inaczej jest więc i wśród uczniów.
    Kanon jest dobry - to tylko każdy z nas ma inny gust. A każda z książek jest fundamentem dla kolejnych epok, aż po współczesność. Zamienianie dzieł autora nic nie zmieni bo zawsze będą głosy za i przeciw - tak jak są teraz.

    No i nie zapominajmy o wpływie rodziny na stopień czytelnictwa u dzieci. Często jest tak, że w domu nikt nie czyta. Skąd dzieciaki mają wziąć przykład? Często jest też tak, że pokazanie się z książką w ręce uważane jest za "obciach". Może trzeba zmienić ludzką mentalność a nie książki? Nie oszukujmy się, ale żyjemy w chorym społeczeństwie, gdzie kultura spychana jest na margines. Zrzucać winę na szkołę i system edukacji jest najłatwiej. Gorzej zmienić coś w sobie. A to, że uczniowie nie mogą przebrnąć przez długie opisy - to już chyba piętno naszych czasów, gdzie każdą informację sprowadza się do minimalnej ilości znaków.

    OdpowiedzUsuń
  23. Ależ przecież absolutnie Sienkiewicz nie jest poza pozytywizmem. Powieść historyczna to jeden z nurtów powieści pozytywistycznej(obok powieści zakorzenionych w realizmie). Zatem zarówno "Potop", jak i "Ogniem i mieczem", czy inne powieści Sienkiewicza są doskonałymi przedstawicielami swojego gatunku.

    Zgodzę się, że dogłębne poznanie epoki na pewno pozwala zrozumieć lepiej czytane lektury. Ale niestety to jest niemożliwe w szkole. Można poznać ogólne założenia, mniej więcej kojarzyć nurty, nie da się natomiast wpoić uczniom tego wszystkiego, co wykładane jest na studiach wyższych.

    Poza tym lepsze zrozumienie lektury ma się nijak do jej polubienia. Ktoś lubi długie opisy przyrody, ktoś inny woli psychologiczne wejrzenie w myśli bohaterów, a jeszcze inny lubi w ogóle krótkie formy literackie.

    Dlatego dobór listy lektur by każdego zadowolić jest prawie niemożliwy. Ale chyba warto próbować, bo gra warta jest świeczki :)

    Niestety rozwój społeczeństwa medialnego sprawia, iż ludzie faktycznie wolą krótkie informacje, najlepiej obrazkowe, bądź filmiki, a najlepiej jeśli wszystko dostępne jest w sieci, za pomocą jednego kliknięcia. Myślę, że dobrym rozwiązaniem w tym przypadku jest jednak zmiana co jakiś czas kilku lektur - przynajmniej część uczniów zmusi to do sięgnięcia po książkę, gdy nie znajdą w Internecie jej streszczenia i omówienia.

    Pamiętam, gdy w moim liceum ludzie (szczególnie z klas matematycznych i przyrodniczych) po raz pierwszy udali się do biblioteki w klasie maturalnej, bo nie znaleźli w sieci dobrych opracowań.

    Nasuwa mi się jeszcze jedna myśl. Gdy książka jest niechcianym towarem dla wszystkich e-miłośników tkwiących godzinami przy monitorze, do literatury powinny ich zachęcić... ebooki, ale przede wszystkim audiobooki. To doskonała nisza do wykorzystania i jeden ze sposobów (przyznam, że nieco naciągany) radzenia sobie z tym problemem.

    OdpowiedzUsuń
  24. Ja też już wypowiadałam się na ten temat u Futbolowej, więc tylko krótko: jak dla mnie polski nie ma zachęcać do czytania, tylko (m.in.) zapoznawać z literaturą, więc kanon lektur jest z grubsza ok. Dobry polonista przeprowadzi dzieciaki i młodzież przez ten kolczasty kanon z wypiekami na twarzy, a marny polonista nawet do Harry'ego Pottera da radę zniechęcić.

    Ja sama dzięki szkołom (podstawowej i średniej) poznałam kilka cudownych książek, po które inaczej mogłabym nie sięgnąć ("Pan Tadeusz") i przeczytałam kilka takich, które mnie wyjątkowo się nie podobały, ale uważam, ze należy je znać ("Zbrodnia i kara", "Ferdydurke"). I za to jestem mojej polonistce (i swojemu uporowi, żeby przeczytać wszystkie lektury) niezmiernie wdzięczna...

    OdpowiedzUsuń
  25. Ja na przykład Sienkiewicza czy kilka lektur, które krytykujesz lubię :P I uważam, że np. Sienkiewicza należy znać.
    Owszem co nieco należałoby odświeżyć, ale chyba nie sądzisz, że "Morderstwo w Orient Expressie" miałoby być u nas lekturą!?

    OdpowiedzUsuń
  26. Ysabell, część lektur faktycznie jest bardzo przydatna i w innych okolicznościach nie miałoby się możliwości ich poznać. Ale są też takie, które są na tyle marne, iż wcale nie warte poznania - ot choćby wspomniana przeze mnie "Cudzoziemka". Ja osobiście nie miałam szczęścia do dobrych polonistów - jeśli już zdarzył się jakiś świetny to uczył mnie zwykle rok lub dwa, a po nim przychodził ktoś bez pasji. Natomiast nawet marny nauczyciel nie zniechęcił mnie do czytania, ale też z drugiej strony nic nie nauczył. Zatem moje odczucia są ambiwalentne.

    Zaczytana w chmurach, akurat Agatha Christie to był przykład, który miał zobrazować jedynie to, iż w UK, czy w USA spośród całej masy lektur tworzy się naprawdę świetny kanon. U nas też takich ciekawych i zajmujących książek jest mnóstwo, a w szkołach wałkuje się wciąż jedne i te same. Osobiście byłabym za tym, żeby ograniczyć wybór np. powieści pozytywistycznych i w zamian za to dodać jakąś interesującą pozycję z polskiej literatury współczesnej.

    OdpowiedzUsuń
  27. No, ja "Cudzoziemki" nie miałam w lekturze (chwała Bogu!), więc kłócić się nie będę. Inna rzecz, że pewnie i ona ma grono obrońców, bo (jak wiadomo) każda potwora znajdzie swego amatora. :)

    Gdybym ja układała kanon lektur to ostro pocięłabym romantyzm i Młodą Polskę, a z kilku powieści pozytywistycznych zostawiłabym omówienia i fragmenty. Ale z drugiej strony takie podejście wymagałoby od osób układających listy lektur przeczytanie tych dzieł ze (względnym) zrozumieniem, a czasem mam wrażenie, że dla wielu byłoby to nieosiągalne...

    OdpowiedzUsuń
  28. Zaczęłam się zastanawiać nad swoim pierwszym dniem w szkole i przypomniałam sobie, że wtedy trzeba było jeszcze nosić fartuszki z przypiętymi herbami szkoły :D

    OdpowiedzUsuń
  29. Ysabell, to naprawdę miałaś szczęście - "Cudzoziemka" to koszmar.

    Z kanonu, podobnie jak Ty, wywaliłabym dużo utworów romantycznych i pozytywistycznych, zastanowiłabym się nad Oświeceniem, natomiast np. Młodą Polskę uwielbiam i zostawiłabym ją taką jaką jest :)

    Również wydaje mi się, że czytanie ze zrozumieniem najbardziej kuleje u osób tworzących kanon ;)

    Sol, u mnie fartuszków już nie było, poszczęściło mi się :) Ale z drugiej strony patrząc na to jak niektóre koleżanki przychodziły do szkoły w gimnazjum i liceum to chyba nie tylko fartuszki, ale i mundurki by się przydały ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. Uwielbiam Sienkiewicza i Prusa...
    "Chłopów" również. Czytanie klasyki nigdy nie było dla mnie męką.
    A co do kanonu - to literatura współczesna jest w spisie lektur - moja córka jest w gimnazjum i na jej liście lektur zawsze są współczesne pozycje - w tym roku ma A.Christie i "Oskara i panią Różę". W tamtym roku przerabiała Sapkowskiego i Musierowicz. Poza klasyką, zawsze są dwie, trzy powieści współczesne.

    OdpowiedzUsuń
  31. Beatrix, niestety nie we wszystkich szkołach sięga się po literaturę współczesną, podstawa programowa pozostawia wybór w tym względzie. Nawet nie wspomnę już o szkołach średnich - bo tam chyba z literaturą współczesną jest najtrudniej. Sama przekonałam się o tym na maturze rozszerzonej z języka polskiego, do której właściwie przygotować musiałam się sama - a na której pojawiły się teksty tylko i wyłącznie współczesne.

    Czytanie klasyki też nie było dla mnie męką - może z paroma wyjątkami, ale jak już czytam, to zwykle czytam do końca :) Jednak nie polecałabym nikomu "Lalki", czy "Potopu", jako lektury na słoneczne wakacje, czy długie wieczory. Niemniej jednak uważam, że powinno się te teksty znać (chociaż "Potopu" do dzisiaj nie skończyłam czytać...).

    OdpowiedzUsuń
  32. Moim zdaniem od pytania „co” o wiele ważniejsze jest „kiedy”. Możemy oczywiście zmienić kanon lektur, możemy dodać do niego arcyciekawe lektury. Jednak to nie zmieni faktu, że uczniowie uważają, że nie mają czasu na czytanie. Poza tym, kiedy lekturę przerabia w godzinę lub dwie (gdzie w wielu szkołach jeszcze nauczyciel zwyczajnie sam ją streszcza pod kątem testu maturalnego), to uczniom zwyczajnie nie kalkuluje się czytanie – bo z tyłu głowy ma jeszcze świadomość sprawdzianów z matematyki i fizyki. Po co ma też czytać skoro najważniejsze szkolne egzaminy tego nie wymagają? Maturę można zaliczyć przy 30%, to śmiech na sali. Teraz większość ludzi ma papierki, które nic nie znaczą i sami do tego doprowadziliśmy.
    Korekta kanonu lektur, choć potrzebna, nie przekonana do czytania, do tego potrzeba miliona innych reform, które chyba nie będą zbyt popularne (jak wszystkie inne zresztą).

    Pozdrawiam serdecznie i życzę milego dnia. :)

    OdpowiedzUsuń
  33. Miss Jacobs, zgadzam się z Tobą, że problem jest złożony.

    Myślę, że na przeciw nowelizacji kanonu lektur wychodzi pomysł reformy oświaty - powrót do czteroletnich liceów, do których prawdopodobnie pójdą obecne pięciolatki (jeśli ta reforma ma mieć w ogóle jakiś sens to przydałoby się aby te czteroletnie licea faktycznie wróciły). To pozwoli nieco poszerzyć i zmienić nie tylko kanon lektur, ale przede wszystkim sposób nauczania języka polskiego (wszak materiał niegdyś obejmujący cztery lata nauki w 2005 roku wciśnięto w trzyletni program). Uważam, że to duża szansa dla polskiego szkolnictwa. Oby znowu nie została zaprzepaszczona.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...