Podczas pierwszych letnich dni odbyłam niezwykłą podróż, co prawda kosztującą mnie nieco wysiłku, skupienia, samozaparcia, ale cudowną, ekscytującą i zarazem niezapomnianą.

Wyruszyliśmy skoro świt, bo przecież droga miała być długa i nużąca.
Pierwszy naszym oczom ukazał się kraj pełen kontrastów. Nowoczesne rafinerie rozprowadzające ropę naftową, ograniczoną przestrzenią baryłki, statkami do wszystkich zakątków świata, jednocześnie pozwalające jej płynąć niczym życiodajna woda rurociągami do całej Europy i Azji. A nad rurami górujące strzeliste minarety, z których wzywa się wiernych do modlitwy. I wierni przychodzą, całe 92% narodu stawia się na takie wezwania, modli się, żyje zgodnie z duchem islamu, jest symbolem skostniałej tradycji. Kraj złożony ze zlepków kilku kultur - tureckiej, perskiej, udińskiej, hinalugijskiej, nachiczewańskiej - istnieje jakby wbrew prawom fizyki, ale ma się dobrze.
Zdezelowaną ładą, dusznym pociągiem, klaustrofobiczną marszrutką, starym motorem, nieekologicznym autobusem, siłą własnych nóg - obojętne czym, byle dalej, byle do drugiego celu podróży. Witają nas ośnieżone szczyty gór, które przygniatają mocno do rzeczywistości, uświadamiają jacy mali być musimy wobec wielkości wszechświata. Na każdym kroku kościółki, zupełnie, jak te greckie, czy te bułgarskie - małe prawosławne cerkwie, ale proste, tradycyjne, bez rosyjskiego przepychu. W każdym domu grzmią echa wojny, wylewają się pretensje do Rosji, po to by za chwilę, za moment wspomnieć wielkiego wodza - Wissarionowicza Stalina. Jeszcze kilka godzin dyskusji przed nami za suto zastawionym stołem, jeszcze kilkanaście toastów, góra jedzenia, którą trzeba pochłonąć i już, już można udać się dalej. Wycelować po raz ostatni.
Piękny kraj, z wielką górą jako symbolem i wielkim mitem, jako narodową tradycją. Góry nie ma, nie należy już do tego terytorium państwowego, ale mit pozostał. Mit, iż ziemia ta była świadkiem zakończenia wielkiego biblijnego potopu, a naród to potomkowie opuszczającego Arkę rodu Noego. Jako godni następcy biblijnego patriarchy wszyscy muszą dawać przykład bliźniemu, a poprzez to i całemu światu. Pragną nade wszystko pomagać, być przewodnikami, szczególnie dla gości przybywających z całego świata. I trudno jest wykręcić się od ich pomocy, wręcz nie można, a na pewno nie powinno się odmawiać. Nawet jeśli pokrzyżować to ma nasze plany. Taki nieco wrażliwy, obrażalski, ale mocno doświadczony to naród.
Azerbejdżan, Gruzja i Armenia.
Kaukaska triada. Postkomunistyczne republiki. Tereny pogranicza Europy
i Azji.
Różnie możemy nazwać te kraje. Łączy je bardzo wiele, a jeszcze więcej dzieli. Wciąż odwołujące się do historii swego regionu, swego kraju, tworzące niesamowite mity, a potem tę mityczność utrzymujące.
Wszystkie trzy, w przeszłości uciskane, należące do wielkiego ZSRR, tuż po wyzwoleniu z jarzma komunizmu próbowały odbudowywać swą państwowość praktycznie od początku. I próbują po dziś dzień, ale coraz lepiej im to wychodzi.