Menu

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nie lubię poniedziałku, czyli skąd tyle czytania w listopadzie.

Z każdym nadchodzącym nowym rokiem życzę sobie tego samego.
I nie jest to wbrew pozorom wielki basen w jeszcze większym ogródku, kluczyki do sportowego auta w szufladzie, futro w szafie, czy milion na koncie.

Na pierwszym miejscu jest oczywiście zdrowie. Bo zdrowie jest najważniejsze, w tym zdrowie naszych bliskich i gdy nie domaga (tak jak aktualnie teraz, gdy złapało mnie jakieś paskudne zapalenie gardła) to nie ma nawet jak pływać w tym przydomowym basenie!

Drugą pozycję okupuje miłość. Miłość bliskich i związana z nią troska, bezpieczeństwo, radość i spokój. Po co milion na koncie skoro nie ma z kim go wydawać?

Synonim szczęścia.

I wreszcie po trzecie życzę sobie szczęścia i to takiego ponadwymiarowego. Szczęścia, jako spełnienia rodzinnego, prywatnego, zawodowego. Szczęścia, jako uczucia towarzyszącego mi na co dzień. Szczęścia, jako radości z wszystkich sukcesów swoich i bliskich mi osób.

Dla mnie synonimem szczęścia jest również oddawanie się temu, co kochamy. Czy jest to jakaś super praca zawodowa, czy szalona pasja, czy chociażby zwykłe hobby.

Być może się nie domyślaliście (a teraz, ha, Was oświecę!), ale takie małe szczęście dla mnie to też spokojny wieczór w fotelu z dobrą książką i ciepłą herbatą. Listopad jest dla takich małych szczęść miesiącem wprost idealnym. Szybko robi się ciemno, jest zimno, mroczno, może nawet pada śnieg, więc można bez żadnych wyrzutów sumienia otulić się kocykiem i czytać, czytać, czytać.

czwartek, 10 listopada 2016

Filiżanka herbaty u lady Agathy. "Tajemnica rezydencji Chimneys"

- Najwyższy czas na poranną herbatę - rzekł (...) energicznie - Proszę tędy. Na następnej ulicy mamy wspaniałą kawiarnię.
- Domniemywam - powiedziała pani Caldicott tym swoim głębokim głosem - że koszt posiłku jest wliczony do wycieczki?
- Poranna herbata, proszę pani - odparł Anthony w sposób profesjonalnie uprzejmy - jest ekstra.
- To nieprzyzwoite!
- Życie bardzo często nas doświadcza - powiedział pocieszająco Anthony.
Oczy pani Caldicott rozbłysły; zauważyła tonem człowieka skaczącego na minę:- Podejrzewałam coś takiego i byłam na tyle przewidująca, że dziś rano przy śniadaniu odlałam trochę herbaty do dzbanka. Podgrzeję ją sobie w maszynce spirytusowej. Chodź, tatuśku.
Państwo Caldicott pożeglowali triumfalnie w stronę hotelu, a postać damy aż promieniała zadowoleniem własnej zapobiegliwości."

Poczęstujcie się herbatą. Źródło

W dosyć prostych i przyjemnych okolicznościach, gdzieś pomiędzy Leicester, a Loughborough, w trasie, którą można było przejechać za jednego pensa za milę (a w przypadku dzieci nawet za połowę stawki), w drodze na wiec abstynentów, narodziła się, całkiem niespodziewanie, współczesna turystyka.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Nie lubię poniedziałku, czyli trudno się pozbierać, bo Targi, Targi i po Targach.

Od jakiś trzech lat, rok rocznie w październiku miałam problem.

Oto wielkimi krokami zbliżało się w moim rodzinnym Krakowie święto książki, prawdziwy raj dla książkoholików, dni rozpusty książkowej... a ja byłam zajęta.

Za każdym razem poczucie obowiązku wygrywało z szalonym buszowaniem pośród stoisk targowych. I co prawda spędzałam ten czas wśród książek, jednakże żadna z nich nie była taką jaką wzięłabym bez wahania do ręki w czasie wolnym.

Tak, niestety uczyłam się. Uczyłam się jak szalona.
Uczyłam się do oporu i gładko przechodziłam przez egzamin wstępny i kolejne kolokwia.
Poświęcałam swój czas i swoją energię, aby realizować marzenia zawodowe, zaś przyjemności schodziły na plan dalszy.

Coś wisiało w powietrzu..

Aż nadszedł ten piękny rok AD. 2016. Rok przestępny. Rok niespodziewanie poplątany. Ostatni rok mojej aplikacji. Rok bez kolokwiów i egzaminów!

Od wakacji śledziłam stronę krakowskich Targów, zwłaszcza, iż te nadchodzące miały być szczególne, jubileuszowe, w końcu dwudzieste!

Wiedziałam, że na pewno nie wpadnę już tym razem w ostatniej chwili na halę Expo i nie będę biegać jak szalona wśród stoisk poszukując promocji, autorów, gratisów, znajomych (i to wszystkiego na raz). Miałam spokojnie, dostojnie kroczyć po halach, przeglądać książki, brać udział w spotkaniach, ustawiać się spokojnie w gigantycznych kolejkach do ulubionych autorów. Miałam wreszcie korzystać i cieszyć się tym książkowym świętem przez całe długie cztery dni.

A jak było w rzeczywistości?

niedziela, 9 października 2016

W oparach wulkanów i cieniu starożytnej dżungli na La Isla Bonita.

Południe jest surowe, pachnące siarką i ciepłe.
Północ spowija mglista otulina zieleni, rozwiewana przez zimne wiatry.

Na południu słońce pojawia się zawsze około południa, ogrzewając liczne plantacje bananów.
Na północy popołudniami słońce nie ledwo przebija się przez grubą warstwę nisko usytuowanych chmur.

Banany i ocean to typowy krajobraz tej wyspy.

Od północy do południa rozciąga się trasa wędrowna prowadząca szlakiem kolejnych erupcji wulkanicznych, które stworzyły ten przedziwny klimat.

Środek jest jednak najciekawszy. Gigantyczny lej powulkaniczny, którego wnętrze znajduje się poniżej poziomu morza, obrośnięty pradawną puszczą oraz gdzieniegdzie plantacjami bananów, jedwabiu i winorośli.

Wysiadacie z samolotu. Robicie wdech, potem wydech. Znowu wdech. I już to czujecie. Wszędzie ten sam, drażniący nozdrza zapach niepokoju, zapach egzotyki, zapach wulkanu. Wszechobecna siarka.

Ostre zakręty na stromych czarnych zboczach umajonych tropikalną roślinnością. Małym, niskim domkom z niewielkimi oknami powciskanym we wzgórza daleko do kolonialnych rezydencji kupców i magnatów. Ale to w nich przetwarza się skarby wyspy, chociażby na niesamowite lokalne trunki.

Ale wtem z okna autobusu widać już przedziwne i komiczne wielkie baseny pośrodku morza bananowców. Widać zgrabne budynki hotelowe położone na klifie nad samym brzegiem oceanu.
Jeszcze kilka zakrętów.

Witamy na La Palmie.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Powrót ze Szmaragdowej Wyspy

Błękitna woda mieniąca się wszystkimi odcieniami niebieskiego. Turkusowa przy brzegach, przechodząca w szmaragd, aż do głębokiego szafiru. Rozmaite zatoczki, z których każda jest inna - z sypkim, białawym piaskiem, z błyszczącymi w słońcu kamykami lub delikatnym skrzącym się żwirem.

A gdy tylko odjedzie się kawałek od morza wjeżdża się w górzyste tereny, z małymi miasteczkami, w których dachy pokryte są szarym kamieniem. W lasy piniowe i gaje oliwne, w których rządzą lokatorzy rozlicznych pasiek, produkujący prawdziwe złoto tych stron. W osadzone wysoko monastyry, nieodkryte przez masową turystykę.

czwartek, 7 lipca 2016

Czwartkowa wokanda. "Sprawa Niny Frank" Katarzyna Bonda

Błyski fleszów, tysiące rozdanych autografów, kolejne spektakularne nagrody, wspaniałe produkcje, lans na ściankach, paparazzi śledzący każdy krok.
Przymioty sławy.
Cena popularności.
Blaski i cienie życia prawdziwych gwiazd.



Być może brzmi, jak tytuł telenoweli, ale to prawdziwe życie.
Takie, które czuć najmocniej wtedy, gdy gasną światła, kieliszki szampana są już opróżnione, a czerwony dywan dawno zwinięty i wracając wieczorem do domu trzeba włączyć telewizor, aby słyszeć jakikolwiek głos.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...