Menu

poniedziałek, 13 lipca 2015

Wybaczenie nie przychodzi łatwo. "To, co zostało" Jodi Picoult

Nie lubię bestsellerów.

Nie przemawiają do mnie księgarniane rankingi, listy publikowane w prasie podające najlepsze książki dnia/miesiąca/roku/wszechczasów.

Nie daję się nabrać na krzykliwe okładki wskazujące książkowe hity (prawie każda książka według okładki taka jest).

Źródło
Nie, nie i nie.

Co więcej, jeżeli autor wydaje co pół roku nową powieść i okrzykiwana jest ona z urzędu bestsellerem, to sytuacja taka jest dla mnie mocno podejrzana.

I tak byłoby w przypadku powieści, o której chcę dzisiaj opowiedzieć, gdyby nie pewien wyjątek.
Wyjątek ten ma amerykański paszport, kręcone włosy i nazywa się Jodi Picoult.

Muszę przyznać, nie bez wstydu, iż bez głębszego zastanowienia sięgam po książki tej pisarki.
Poruszają zawsze bardzo ważne tematy, jednakże czyta się je szybko, są interesujące, ciekawe, żywe i barwne. Niemal z automatu wybieram tytuły sygnowane jej nazwiskiem i faktycznie nigdy się nie zawiodłam.

Tutaj nadchodzi kolejny wyjątek. Automatycznie sięgałam po książki Picoult, aż do naszego ostatniego spotkania, aż do "To, co zostało".
Zacznijmy jednak od początku.

Po pierwsze - Sage

Osią powieści jest historia dwudziestokilkuletniej Sage.

Życie dziewczyny, pomimo jej młodziutkiego wieku, naznaczone jest wieloma tragediami. Przede wszystkim Sage jest ofiarą tragicznego wypadku, w wyniku którego ma ogromną bliznę na twarzy. Kilka lat wcześniej zmarł jej ojciec i w dodatku niedawno straciła ukochaną mamę, po której śmierci nie może się pozbierać.

Codzienność Sage przypomina ciągłe ukrywanie się przed światem, izolację, unikanie ludzi. Dziewczynie wydaje się, że swoim wyglądem wzbudza sensację, a może nawet obrzydzenie. Dlatego odwraca swój rytm dnia - pracuje w nocy, w dzień śpi. Miejsce pracy też zostaje przez nią wybrane z rozmysłem - pracuje w piekarni, gdzie nocami wypieka pieczywo na cały następny dzień. Zawsze pracuje sama, ograniczając kontakt ze współpracownikami do minimum.

Powieść tę doskonale zobrazuje las - w nim toczy się duża część akcji. Źródło

Sage nie jest jednak do końca samotna. Ma dwie siostry, z którymi niestety nie utrzymuje kontaktu, ma babcię. Spotyka się także z Adamem. Ich związek bardzo trudno zdefiniować, gdyż Adam jest żonaty i dzieciaty, a przy tym nie ma zamiaru opuścić swojej rodziny.

Jedynym momentem, kiedy Sage wychodzi faktycznie do ludzi są spotkania grupy wsparcia "Pomocne dłonie", które będąc swoistego rodzaju terapią grupową, pomagają jej pogodzić się ze stratą bliskiej osoby. To tam Sage poznaje emerytowanego nauczyciela języka niemieckiego - Josefa Webera, tam się z nim zaprzyjaźnia i nawiązuje przedziwną relację, która skutkować będzie najróżniejszymi życiowymi konsekwencjami dla Sage i osób jej bliskich.

Po drugie - spoiwa łączące

Nieco dziwnym może wydawać się zdradzanie największych tajemnic zupełnie obcej osobie. Ale Josef tak właśnie czyni, opowiadając Sage to tym, co mu ciążyło przez tyle lat.

Motywacja Josefa nie jest skomplikowana, lecz dla szarego czytelnika może wydać się nieco dziwna. Oto starszy mężczyzna, który w młodzieńczych latach, przypadających na II wojnę światową, stanął po złej stronie, teraz prosi o wybaczenie wszystkich win młodą, kompletnie niezaangażowaną w ten okrutny konflikt, dziewczynę. Co więcej, prosi ją także o to by pomogła mu umrzeć...

Przedziwna to konstrukcja, zwłaszcza, iż sama Sage wydaje się być tym wszystkim mocno zaskoczona, jakby nie wierzy w to, że ktoś tak lubiany w lokalnej społeczności, tak serdeczny i tak niegroźnie wyglądający mógłby mieć coś wspólnego z zagładą części ludzkości.

Żeby tego było mało, do całej historii wchodzi, niejako tylnymi drzwiami, także babcia głównej bohaterki - Minka, a wraz z nią wdziera się do powieści pewne fantastyczne opowiadanie, którego była autorką. Ta przedziwna, nieco makabryczna opowieść napisana przez młodą dziewczynę przeżywającą tragedie wojenne na stałe włączy się w powieść i będzie przeplatać się z losami Josefa, prawdziwą historią Minki oraz współczesnymi perypetiami Sage.

Kompozycja powieści nie jest więc prosta. Czytelnik zasypany jest przez wiele równolegle toczonych opowieści, które niby mają ze sobą coś wspólnego, lecz tak naprawdę tworzą zupełnie odrębne historie. Z pewnością nie ułatwia to odbioru książki, a już na pewno nie tworzy z niej lekkiej powieści na jedno popołudnie.

Po trzecie - multikulti

Pewnie zastanawiacie się, jaki cel miał Josef w tym by prosić o wybaczenie akurat Sage.

Otóż być może pomogło mu w tej decyzji nazwisko dziewczyny. Sage nazywa się bowiem Singer i jest narodowości żydowskiej. I tak Josef, prosząc ją o wybaczenie, przepraszał niejako jednocześnie cały naród żydowski, wszystkich tych, których potencjalnie skrzywdził.

Z tym jednak Josef trafił, jak kulą w płot, bo Sage nie tylko nie identyfikuje się z judaizmem, ale wcale nie praktykuje swojej religii, traktując ją jako przedziwną ciekawostkę. Do tego wszystkiego pracuje w piekarni, która sąsiaduje z dużym katolickim ośrodkiem wspólnotowym - znajduje się tam kościół, organizacje zrzeszające wyznawców. A żeby tego jeszcze było mało - Sage mając głowę zaprzątniętą historią Josefa piecze chleb, który... wygląda jak twarz Jezusa Chrystusa!

Źródło

W powieści mieszają się narodowości, religie, ale też wątki i miejsca oraz czas akcji. Jesteśmy we współczesnym USA, żeby za chwilę przenieść się do wojennej Polski, czy fantastycznego lasu, w którym ludzi atakuje straszna bestia. Każdy znajdzie w tej książce jakąś historię dla siebie, bo mamy i romans, i wojnę, i śledztwo w sprawie ukrywającego się nazisty, i fantastykę, i społeczno-obyczajową opowieść o radzeniu sobie z utratą bliskich, i problematykę przebaczania.

Wygląda to tak, jakby autorka chciała czytelnikom dogodzić. A niestety nie do końca wszystkie elementy "To, co zostało" ze sobą współgrają. Mnie bardzo wytrącało z równowagi pojawiające się, co rusz opowiadanie fantastyczne, które tak naprawdę nie miało nic wspólnego z toczącą się w rzeczywistej warstwie powieści historią. Oczywiście można było znaleźć jakieś powiązania, tropy i nawet podjęłam tę próbę, ale bezskutecznie. Wydaje się, że owa klamra spinająca wszystkie wątki mocno się poluzowała, niektóre fragmenty zaczęły się bowiem wymykać spod kontroli.
Niestety spowodowało to, iż natrafiając na kolejny fragment opowiadania Minki przerzucałam go w miarę szybko, aby dojść znowu do tej rzeczywistej akcji, która była bardziej fascynująca.

Jak wielokrotnie podkreślałam, jestem niestety historyczną purystką, co oznacza, iż wątki historyczne w każdej książce są dla mnie świętością. Nie myślcie jednak, że znalazłam w "To, co zostało" szereg błędów historycznych, które zacznę teraz wyliczać. Nie, w mojej ocenie Jodi Picoult poradziła sobie całkiem sprawnie z tą częściowo osadzoną w realiach II Wojny Światowej w Polsce, powieścią. Ale nie uchroniła się niestety przed amerykanizacją całej historii.

Przede wszystkim na pierwszy plan wysuwa się stereotypowe podejście do tematyki Holocaustu. Niemcy są oczywiście tymi złymi, prześladowcami Żydów, a nawet w miarę łaskawy niemiecki oficer, który pomaga babci głównej bohaterki, czyni to niejako z zaciśniętymi zębami, z lekceważeniem, trochę przy okazji. Ale Żydzi nie są prześladowani tylko przez Niemców, bo jeden z bohaterów stwierdza, iż Polacy dopingowali (sic!) niemieckich żołnierzy podczas prześladowań, bo chcieli się ich pozbyć. Tymi dobrymi bohaterami w powieści są natomiast oczywiście alianci, w tym Amerykanie. Uwięziona w obozie koncentracyjnym Minka wyraża przeświadczenie, że gdyby alianci wiedzieli o tym, iż Żydzi są tu mordowani to na pewno by zareagowali.

Oczywiście wszystkie te elementy są jak najbardziej autentyczne. Faktycznie Niemcy prześladowali Żydów, faktycznie niektórzy Polacy dopingowali żołnierzy, faktycznie Żydzi w obozach mieli takie przeświadczenie o wspaniałości aliantów. Ale nie rozumiem dlaczego autorka nie pokusiła się o przedstawienie całej kolorystyki tamtych czasów. Dlaczego nie wskazała, iż ludzie nie byli wtedy czarni lub biali, źli lub dobrzy, ale zdecydowana większość oscylowała w odcieniach szarości. Były postaci krystalicznie dobre, były też takie piekielnie złe, lecz tak naprawdę każdy w warunkach wojennych walczył o swoje przetrwanie i to ono było dla niego najważniejsze. Tego właśnie zabrakło mi w "To, co zostało".

Źródło

Niestety sama problematyka wybaczania win była też dla mnie mocno sztuczna. Nie widziałam dylematu przed którym niejako miała stanąć Sage. Być może dlatego, iż jednocześnie z przebaczeniem miała iść pomoc w eutanazji, a to kłóciło się z moją wizją przebaczenia, jako aktu bezwarunkowego. Pomijam już pewne oczywistości fabuły, takie jak to, iż Josef wybrał akurat Sage, której babcia miała wiele wspólnego z czynami, które popełnił.

Najbardziej w powieści podobały mi się kreacje niektórych bohaterów. Sage nie była taką klasyczną biedną dziewczynką, skrzywdzoną przez los, ale kimś żywym, z krwi i kości. Pewnie mając jej doświadczenie życiowe postępowałabym tak samo. Josef natomiast był miłym, starszym człowiekiem, bardzo normalnym, co doskonale kontrastowało z jego burzliwą młodością. Przy tym cała jego osoba była spójna - w młodości poszedł za głosem rozsądku, a w starszych latach chce iść za głosem serca. Podobał mi się także Leo oraz Adam, którzy stali do siebie w mocnej opozycji. Zdecydowanie właśnie postaci to najmocniejsza strona tej powieści.

Z tej lektury wyłania się jednak wyraźna przestroga na przyszłość. Nie należy ufać żadnemu autorowi w stu procentach!

______________________________________________________________________________

Pierwsze słowa:

"Ojciec powierzał mi szczegóły swojej śmierci. „Aniu - mawiał - żadnej wódki na moim pogrzebie. Chcę najlepsze jeżynowe wino. I żadnych łez. Tylko taniec. A gdy spuszczą mnie do ziemi, życzę sobie fanfar i białych motyli”.Miał fantazję."






Łyżka cukru: 
(humor)

                



Łyżka pieprzu:
(akcja)

              


Łyżka stołowa: Całkiem smaczne, lecz niedoprawione
(całość)
             


6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Mnie ta powieść mocno rozczarowała. Można powiedzieć, że jej nie lubię. Jedyne, co mi się podobało (i niejako wywindowało ocenę) to bohaterowie, których stworzyła Picoult.

      Nie rozumiem też ogólnych zachwytów nad tą lekturą. Moim zdaniem była słaba pod względem tła historyczno-obyczajowego. Nie była też równa - miała lepsze i gorsze momenty. Jednym słowem przeciętna.

      Usuń
  2. Nie czytałam, ale - podobnie jak Ty - zawsze mam opór przed sięganiem po książki, które wciąż są na listach bestsellerów, itd. Zrezygnowałam z Jodi, sądząć, że i tutaj mam do czynienia z podstępem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że Picoult za dużo już pisze i za dużo wydaje, aby zachować zawsze wysoki poziom swoich książek.

      Niestety traci mocno na jakości i nie zaskakuje czytelnika.

      Szkoda, bo chociażby przewrotna książka "Z innej bajki" ukazała zupełnie inną stronę pisarki i myślam, że naprawdę jest coraz lepsza. Pomyliłam się.

      Usuń
  3. Tak sobie myślę, że przy tej ilości książek, jakie wychodzą spod pióra Jodi Picoult ciężko byłoby, aby wszystkie zachowały poziom. Oczywiście to byłaby sytuacja wspaniała i idealna, ale troszkę nie do wyobrażenia. Tę odłożę na bok i sięgnę po inne, lepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że każdy szanujący się autor nie powinien dopuścić do sytuacji, w której iidzie wyłącznie w ilość, a nie w jakość. Tym sposobem Picoult zacznie niedługo tracić czytelników, jeżeli co druga lub co trzecia książka, którą wypuści będzie takim gniotem.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...