Menu

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Nie lubię poniedziałku, czyli wielka ignorantka albo wstyd nie znać!

W pewne niedzielne majowe popołudnie, weszłam w prawdziwy komunizm.

Spokojnie.
Nikt nie reglamentował mi żywności (chociaż mógł). Nie zostałam objęta przymusem pracy, nie stałam w osławionych kolejkach dzierżąc kartki, ani na szczęście nie naraziłam się na gniew milicyjnej pałki.

Uczestniczyłam jedynie w uroczystości I Komunii Świętej.

Podczas wybierania komunijnego prezentu byłam niczym dziecko we mgle. I to tropikalnej mgle. Źródło

Gdy tak siedziałam przy stole zastawionym niczym na bogate wesele, dostając co rusz pod nos rozmaite pyszności, wysłuchując historii rodzinnych i zabawnych anegdotek oraz krzyku dzieci, doszedł do mej świadomości bardzo pozytywny i jednocześnie zastanawiający fakt.

Oto komunistka jest prawdziwym molem książkowym. Kocha książki, czytanie, a jeżeli nie chce ćwiczyć gry na pianinie to za karę rodzice zabraniają jej czytać książek (sic!). Naturalnym prezentem wydała się więc książka.

I tu pojawił się problem. Bo jaką książkę podarować można 10 - letniej dziewczynce i to w dodatku na tak podniosłe wydarzenie w jej życiu? Na pewno książkę, którą po prostu powinna przeczytać, którą powinna znać. Książkę jednocześnie wartościową i porywającą. Książkę, do której chce się wracać. Książkę, którą się wspomina i poleca.

Ale cały czas się zastanawiam, czy takie książki właściwie istnieją.

Nie czytałaś tego?!

Letni wieczór. Lepki upał. Mrożona herbata. Relaks przy grach planszowych w krakowskiej kawiarni. Rozmowa schodzi na sztukę teatralną widzianą dzień wcześniej. Sztuka to premiera oparta na książce jednego z wybitnych polskich pisarzy - Stanisława Lema. I co się okazuje - tylko jedna osoba przeczytała tę konkretną książkę, druga widziała film, trzecia próbowała znaleźć spoilery w Internecie, a pozostali oglądali bez żadnego wcześniejszego przygotowania. Nieznajomość tematu okazała się tutaj jednak kluczowa w odbiorze, bo po prostu przez to sztuka się nie podobała.
I teraz zagadka - w której grupie byłam ja?

Otóż zaskoczę Was. Nie znam w ogóle twórczości Lema. Nie byłam zatem osobą, która przeczytała książkę. Nie lubię science fiction, więc nie oglądałam również filmu. Przeczytałam owszem spoilery, ale już po oglądnięciu spektaklu. I tak okazałam się kompletną ignorantką nie tylko "Lemowską", ale w ogóle czytelniczą. Zdziwienie znajomych przekraczało normalne ramy, dlatego nieco się zawstydziłam.

Już w domu, naświetlając moje bolące żebro, zastanowiłam się chwilę. I doszłam do wniosku, że nie wiem właściwie, skąd ten wstyd.

Podczas teatralnego spotkania z Lemem mgła się jakby wzmogła. Źródła

Przez wiele lat na półce w biblioteczce mojej mamy zalegały książki Lema, które kupiła z uwagi na bardzo ładne wydania. Książki te, już po zakupie, zaczęła czytać, lecz nie przypadły jej do gustu. Od dzieciństwa zatem żyłam w przeświadczeniu, że Lem to nie są lektury dla mnie. Wiedziałam, że to sci-fi, którego nie lubię i na tym właściwie kończyło się moje myślenie na ten temat.

Lem w żadnym więc razie nie był na mojej liście lektur, które trzeba znać. Ba, nawet nie wydawał mi się pisarzem wybitnym. Raczej jakimś takim ciekawym zjawiskiem. Wsadzałam go do dużego worka wszystkich autorów fantastyki, wśród których byli tacy, którzy mogli się poszczycić naprawdę strasznymi okładkami tak pożądanymi przez ubranych na czarno i w glany licealistów z długimi włosami i skrzącym się pierwszym zarostem. No może był najstarszy w tym worku, najwybitniejszy, ceniony i chwalony, ale jednak długo go nie opuszczał.

Natomiast już taki Terry Pratchett, polecony mi, nomen omen, w kolejce do składania papierów do liceum przez długowłosą okularnicę w potarganych jeansach i koszuli w kratkę, która później okazała się wybitnym informatykiem (czemu mnie to nie dziwi?) chociaż wcale nie zapowiadał się, żeby z tego worka w ogóle wyjść, jednak wyskoczył z niego niczym z procy i na zawsze go opuścił.

Ale Lem nie. Jego obecność w worku nadszarpnął oczywiście ten spektakl. Właściwie go troszkę w moich oczach odczarował, bo to nie takie nudne sci-fi, ale troszkę filozofii, socjologii, astronomii, a nawet polityki. I całkiem możliwe, że wreszcie, po tylu latach worek Lem opuści w sposób spektakularny, ale jeszcze troszkę mu pozwolę tam posiedzieć, żeby nie zaczął gwiazdorzyć!

Moje świętości

Jak już przeczytam jakąś genialną (w moim mniemaniu) książkę potrafię o niej gadać godzinami, zanudzam nią wszystkich i oczywiście każdemu wciskam i polecam. Ale nie automatycznie ląduje ona na mojej liście książek, których wstyd nie znać.

(Czasami, jak już komuś o niej poopowiadałam, a jednak mój rozmówca nie podejmuje tematu to robię jakieś takie różne wtyki w dyskusji. Ot choćby opowiadam o książce, a następnie gramy w "Dixit", w którym podaje się skojarzenia do rozmaitych obrazków. Zatem ja we wszystkich obrazkach widzę tę moją czytelniczą fascynację i ciągle smutno wspominam: "Ach no tak, nie czytaliście...". Straszne to jest - wiem!)

Tak, bo ja mam taką listę. Taką troszkę sztywną, bardzo subiektywną, mocno konserwatywną. I gdy tworzę wszelkiego rodzaju rankingi to wciąż przewijają się przez nie te same tytuły, dlatego takich rankingów praktycznie w ogóle nie publikuję :)

(wyjątkiem, potwierdzającym regułę, było 30 książek, które musisz przeczytać przed 30stką)

I tak, dziwię się jeżeli ktoś nie zna Murakamiego, "Cienia wiatru" Zafóna, w dzieciństwie nie czytał Jeżycjady lub książek Montgomery, nie sięga po Kapuścińskiego, czy nie interesuje go wydanie kolejnej książki Cabre.

Mgła spowija również mój umysł, jeśli chodzi o fabułę "Cienia wiatru", którego wstyd nie znać ;) Źródło

Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka tytułów, czy kilku autorów, którzy wywołują u mnie szybsze bicie serca. Jak już wspomniałam powyżej - jednak same emocje po przeczytaniu książki nie gwarantują autorowi miejsce w specjalnej złotej sakiewce tych lektur, które moim zdaniem wstyd nie znać. Bo takie wrażenie musi się przeleżeć. Jeżeli po opadnięciu emocji, po spadku endorfin, po powrocie do szarej rzeczywistości nadal nie mogę zapomnieć o konkretnej książce to z pewnością w końcu ją na takiej liście umieszczę. Ale już taki "Cień wiatru" pozostawił po sobie jedynie doskonałe wrażenie i z tym przeświadczeniem żyję, bo niestety kompletnie nie pamiętam fabuły tej książki!

Jak widzicie takie listy, zbiory są niezwykle subiektywne. Z pewnością wpływa na nie takie, a nie inne wychowanie, środowisko, szkoły, które kończyliśmy i towarzystwo w jakim obecnie się obracamy.

Ściana płaczu

W tym miejscu pojawia się kolejny kłopot. Bo przecież przyjaciele z naszej podstawówki i z podwórka to mogą być zupełnie inne osoby niż te z jakimi obecnie się spotykamy, czy obecnie przebywamy.

Jeśli wychowaliśmy się na dużym osiedlu, do szkoły chodziliśmy na innym osiedlu, a do liceum już jeździliśmy do centrum miasta, natomiast obecnie obracamy się w jeszcze innym środowisku, o zupełnie innych doświadczeniach to zapewne w wielu miejscach, na rozmaite tematy będziemy mieli różne spojrzenia w naszym obecnym towarzystwie. 

Troszkę zagmatwałam, ale chodzi mniej więcej o to, że ze znajomymi z obecnej pracy mamy zupełnie inne spojrzenie na książki, które naszym zdaniem należy zaliczyć do klasyki i które wstyd nie znać z uwagi na to, że w dzieciństwie, czy młodości tytuły przez nasz czytane jakoś tak dziwnie się mijały.

I dlatego zawsze z trudnością przyznaję, że nie znam takich książek jak "Opowieści z Narnii", nigdy wcześniej nie czytałam Jane Austin, Elisabeth Gaskell, czy sióstr Bronte. Nie znam oczywiście też Lema, ale nie czytałam takich książek Grzędowicza, Sapkowskiego, Gaimana, Roberta Wegnera. Nie czytałam takich książek jak "Ojciec chrzestny" Puzo, "Trzej muszkieterowie" Dumasa, "Pani Bovary" Flauberta, "W stronę Swanna" Prousta, "Czarodziejskiej góry" Manna, "Ulissesa" Joyce'a, "Pani Dalloway" Woolf, ani żadnych innych tytułów napisanych przez tych autorów. 

Ale każdą mgłę w końcu rozświetli słońce. Źródło

Myślę jednak, że ta trudność to coś czego się niedługo pozbędę. Bo przecież zarówno uwarunkowania socjologiczno - środowiskowe, jak również wychowanie i indywidualizm oraz subiektywizm nie pozwalają mi wstydzić się tego, że jakiegoś tytułu nie znam. Byłoby to niezwykłe, gdybym przeczytała wszelkie możliwe książki, a wydaje mi się, że również nie tylko niemożliwe, co i smutne. 

Nie miałabym już czego odkrywać, nie miałabym, czym się zachwycać, czy też na co się złościć. 
Każdy ma bowiem prawo do tego, żeby czegoś nie wiedzieć, a tym bardziej jakiejś książki nie znać. 
Tym lepiej jeżeli trafimy na ludzi, którzy nam ten nieznany tytuł polecą, do przeczytania go zachęcą i będą wspierać w czasie lektury, jak i po niej. Ale jeżeli nie trafimy na takich towarzyszy to widocznie dane lektury nie są nam pisane.

I wcale mi nie wstyd, że nie znam Lema!

Jakże cudowne może być bowiem odkrycie go teraz. Na pewno będzie to niesamowita przygoda. Nawet jeśli nie pozostaniemy dozgonnymi przyjaciółmi.

P.S. A komunistce kupiłam "Nację" Pratchetta. Niechże pozna go wcześniej niż ja :)

2 komentarze:

  1. Naprawdę nie czytałaś "Opowieści z Narnii"? :P
    A tak serio - ze wszystkim nie nadążysz. Oczywiście, można założyć, że się nadrobi klasykę czy lekturę bestsellerów, ale co jeśli, tak jak Lem, po prostu nas pewne książki nie kręcą? Wiem, że często czytam kryminały jednosezonowe, o których z niewieloma osobami będę mogła pogadać i które za moment w ogóle nikomu się z niczym nie będą kojarzyć, ale cóż poradzić - lubię czytać, ale przede wszystkim lubię czytać to co lubię czytać, nawet jeśli jest to przeciętny kryminał zamiast wybitnego klasyka. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - po co męczyć się z książkami, które nam niekoniecznie przypadną do gustu, a czytamy je tylko dlatego, żeby się nie wstydzić, że ich nie znamy?

      Zdecydowanie wolę sobie pójść na wycieczkę do Lipowa Puzyńskiej, niż męczyć się z takim Judymem w "Ludziach bezdomnych", czy "Potopem" (tak, tego też nie czytałam!). Bardzo długo pozostawałam również kompletnie nieczuła na takie nowości jak "Harry Potter", trylogia "Millenium" Larssona i "Gra o tron" :) Ale w końcu dałam się namówić i sięgałam, prędzej czy później (raczej później - Pottera czytałam na przełomie liceum i studiów) po te tytuły.

      "Opowieści z Narnii" może nawet bym przeczytała, bo film mi się bardzo podobał, ale czy jeszcze warto? Czy mnie ta powieść porwie tak jakby mnie porwała w dzieciństwie? Troszkę obawiam się, że jednak niekoniecznie.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...