Menu

wtorek, 14 lipca 2009

Tzw. dobre geny. "Bez mojej zgody" Jodi Picoult

Nie tak dawno mając problemy z bolącym zębem obawiałam się już najgorszego, czy jego utraty, bo bardzo długo zwlekałam z wizytą u dentysty. Wtedy też natknęłam się na fascynujący artykuł dotyczący możliwości "wyhodowania zęba" w warunkach laboratoryjnych z pobranego od pacjenta materiału kostnego i następnie wstawienie takiego zęba w miejsce utraconego.
Nieco później przeczytałam o jakże paradoksalnej metodzie wszczepienia zęba w oko, dzięki czemu pacjent odzyskał w nim wzrok i już bardzo pocieszona udałam się do dentysty, który po 1h (i 300zł) uwolnił mnie od bólu. Próchnicę owszem usunął, ale wątpliwości kłębiących się w mej głowie pozostały.
Bo czy to właściwe "produkować" narządy zastępcze, niczym części wymienne do samochodu, czy sprzętu RTV-AGD? A co jeśli spełni się wizja z filmu "Wyspa" i zamykać będziemy w wielkich hangarach nasze klony, jako zabezpieczenie dla naszego zdrowia czy życia? I czy klon to człowiek, czy istota którą powinno się pozbawić wolnej woli?

Anna, główna bohaterka powieści "Bez mojej zgody" Jodi Picoult nie jest, co prawda klonem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale pod względem genetycznym, tkankowym, czyli w ogóle pod względem medycznym jest kopią swojej chorej na białaczkę siostry Kate. Annę "stworzono" by pomogła wyleczyć Kate, a wyleczenie to z czasem przekształciło się w długotrwałe leczenie, ze spokojnymi przerwami, gdy u Kate następowała remisja. Cały ten czas był ogromnie bolesny dla Anny, pod względem fizycznym, ale przede wszystkim też psychicznym. Musiała uczestniczyć w leczeniu. Musiała, bo decydowali za nią rodzice, wolą których została poczęta i którzy uważali, że ich zdanie jest także jej zdaniem. Ale Anna się w końcu zbuntowała.
Bunt w takiej dramatycznej sytuacji z jednej strony powoduje że postrzegamy Annę, jako osobę pozbawioną empatii, nieco może złośliwą, egoistyczną, ale z drugiej strony bardzo trudno jest wczuć się w jej emocje, dokonać obiektywnej analizy jej życia.

Jodi Picoult poruszyła we mnie całą lawinę myśli na temat przeszczepów, dawców, a także na temat, jakże teraz popularny, mianowicie in vitro. Na początku historia wydawała mi się nieco naciągana, ale przekonałam się, iż i tak początek jest dużo lepszy od końca, bo zakończenie bardzo mocno mnie rozczarowało, być może dlatego, że nie pozwoliło mi zapomnieć z jakiego kraju wywodzi się autorka i jakie konsekwencje niesie to dla jej stylu pisania. Przyznam jednak, że powieść czytało mi się znakomicie i po innych (tak wielu!) recenzjach widzę, że nie tylko ja mam takie odczucia.
Zdecydowanie pragnę sprawdzić, jak Picoult odnajduje się w innych historiach, innych rzeczywistościach, innych tematach.

Ocena: 5/6

niedziela, 5 lipca 2009

Południowoamerykańska namiętność. "Brazylia" John Updike

Gdy od 1 czerwca śledziłam wiadomości z Brazylii, dotyczące zaginionego francuskiego samolotu i nagle okazało się, że znaleziono szczątki Airbusa, bardzo mną to wstrząsnęło. Przede wszystkim dlatego, że za 22 dni sama opuszczam drogą powietrzną nasz piękny kraj na dwa tygodnie i przemieszczam się w rejony bliskowschodnie. A ponieważ bardzo boję się latać, to teraz już się wręcz panicznie boję.
Ponadto moim marzeniem jest odwiedzenie Brazylii i nachodzą mnie wizje, że to ja mogłam lecieć w tym samolocie, w końcu dwóch Polaków uznano za zaginionych.
Myślę jednak, że ta katastrofa lotnicza nie powstrzyma mnie (tak samo jak afera z pandemią grypy), by w niedługim czasie udać się do tego pięknego kraju. Kraju bardzo zróżnicowanego pod względem etnicznym, pod względem obyczajowym, kraju ogromnego, pięknego i miejscami, jakże dzikiego.

Niezwykłe oblicze tego największego (pod względem powierzchni i liczby mieszkańców!) państwa Ameryki Południowej objawia John Updike w swej powieści "Brazylia", którą miałam okazję nie tak dawno połknąć. Książka mnie zachwyciła, wprowadziła w niezwykły klimat, ale jednocześnie wstrząsnęła oraz nieco połechtała moje kobiece ego.
Po autorze "Czarownic z Eastwick" spodziewałam się czegoś szokującego, jakiegoś naprawdę mocnego uderzenia - i nie pomyliłam się. Historia miłosna wykreowana w tej powieści jest momentami tak bardzo przesiąknięta brazylijskim słońcem, że robi się gorąco na samą myśl o tym, co przeżywają bohaterowie.
Zaczyna się dosyć zwyczajnie, bo przecież zawsze na początku musi być pierwsze spotkanie. Spotkanie ważne, a jednocześnie na pewno nie zwykłe. Nic bardziej mylnego. Tristao poznając Isabel raczej nie ma złudzeń, raczej liczy na zabawę, chce się sprawdzić, pokazać jaki jest odważny. Isabel natomiast chce się wyzwolić, zrobić coś szalonego i jednocześnie zakazanego. Oboje nieco bardziej podświadomie niż całkowicie świadomie zbliżają się do siebie.
Później już z każdą stroną śledzi się ich losy które , nietrudno się domyślić, będą ciężkie.
Ciężkie nie tylko dlatego, że mają inne życiowe cele, inne myśli. Przede wszystkim bowiem pochodzą z innych klas społecznych i ich niespodziewana miłość jest mezaliansem w oczach ich rodzin, a przekleństwem dla nich samych. Klątwa będzie chodziła za nimi przez całe ich wspólne życie, przez które będą dzielić radości i smutki.

Wydawałoby się, że do powstania happy end'u wystarczy spełniona miłość, bycie razem, wspólne mieszkanie, dzielenie życia. Ta książka pokazuje wyraźnie, że wcale tak nie jest.
Bycie razem, mieszkanie pod wspólnym dachem, budzenie się codziennie obok siebie - tylko idealista mógłby uważać, że to wystarczy do szczęścia. Tristao i Isabel byli cały czas razem, czy fizycznie, czy jedynie mentalnie. Byli wręcz skazani na siebie, ale jednocześnie nie byli skazani na szczęście. Dobra praca, mieszkanie, spokojne życie, piękne dzieci, wierność i uczciwość, pozbycie się kompleksów - tego wszystkiego tym dwojgu zabrakło by ogarnęło ich szczęście, a czytelnikom by rozczulili się nad pięknem idealnego życia.
Autor jednak nas tak bardzo nie rozpieścił i stworzył powieść, która ukazuje szczęście w nieszczęściu i umiejętności doceniania takiej sytuacji. Jest to książka zaskakująca, z każdą bowiem stroną wnosi nowe emocje, wpaja czytelnikowi nowe wartości, przedstawia nowe zachowania i nowe rozwiązania problemów.

Po zamknięciu książki czułam jeszcze długo wewnętrzne poruszenie. Powieść Updike'a przywiodła mi na myśl wspaniałą i dla mnie dzisiaj już kultową "Ewę Lunę" Isabelle Allende. Oczywiście nie jest ona przesiąknięta magią, a jedynie Updike dodał szczyptę Allende, co w moim mniemaniu było zabiegiem wręcz mistrzowskim.
Dotknięta delikatnym muśnięciem realizmu magicznego powierzchownie radosna, a z gruntu podsiana tragizmem opowieść, która ogromnie przypomina znaną chyba wszystkim legendę celtycką: "Dzieje Tristana i Izoldy". I gwarantuję, że nie tylko imiona bohaterów są zbieżne. Zbieżne są także ich losy, chociaż nawiązują do innych epok, innych realiów.
Dawno nie czytałam tak dobrej książki, która przedstawiałaby temat miłości we wszystkich jej osłonach, która tak dogłębnie analizowałaby ludzkie związki, ludzkie namiętności i ludzkie emocje oraz niestety też ludzkie uprzedzenia.

Na przemian zachwycając się i rozpaczając nad losami czarnego, jak smoła Tristao oraz pięknej, dystyngowanej i zarazem białej Isabel stwierdziłam, iż jednak to wszystko nie przyszło mi łatwo, dlatego:

Ocena: 5,5 / 6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...