Menu

poniedziałek, 9 marca 2015

Nie lubię poniedziałku, czyli mleko pod nosem, a wino w kieliszku

Jeśli dzieciństwo spędziliście bujając się na trzepaku, bez opamiętania graliście w klasy gdzieś znalezionym kapslem po piwie, skakaliście na kolorowej gumie związanej już w kilku miejscach na supełki, bo ciągle pękała od nadmiernej eksploatacji, wspinaliście się na drzewa na wysokość trzeciego piętra po to by zjeść dojrzałe w słońcu czereśnie  i dlatego, że była to doskonała zabawa, wołaliście mamę tak, iż słyszało Was całe osiedle, gdyż chcieliście by zrzuciła Wam z balkonu piłkę, albo jabłko, albo słodycza, albo drobne na loda, a wczesnym wieczorem wbiegaliście do domu cali umorusani, zgrzani i poobijani, lecz tak bardzo szczęśliwi, to nie wiecie ile straciliście.

Powrót do domu ze szkoły zawsze kończył się tak samo.
Przecież w tym czasie mogliście siedzieć w domu, grzecznie bawić się na dywanie, pod czujnym okiem mamy. Mogliście rozwijać swoją kreatywność malując, ucząc się języków obcych, rzeźbiąc w masie solnej. Czy po prostu czytać ambitne książki.

Nie martwcie się jednak. Może nie jesteście całkowicie straceni. Może macie szansę w tym dzisiejszym wyścigu szczurów. Warunek jest tylko jeden. Jeżeli po powrocie z podwórka nawet nie dając się mamie przebrać czy umyć od razu rozsiadaliście się na kanapie, w fotelu, na łóżku i z wypiekami na twarzy śledziliście przygody Waszych ulubionych bohaterów wystrzeliwujące z każdej strony książki to może (podkreślam "może") jest dla Was jakaś nadzieja.

Trzepak, guma Donald i wąskie drzwi

Żeby nie było wątpliwości, nie należałam do tego typu dzieci, które siedziały i się kształciły. Owszem, do pewnego wieku nad zabawy na podwórku przedkładałam książki i mój różowy do bólu domek dla lalek Barbie, ale nie znaczy to, iż siedziałam zamknięta w domu, bo moja mama i babcia dbały o to bym spędzała też czas w piaskownicy, na placu zabaw czy na spacerach. Późniejsze dzieciństwo to dzielenie czasu między przedszkole/szkołę, zabawy na podwórku oraz książki.

Do tej pory wydaje mi się, że wyszło mi to na dobre. Uwielbiam czytać, kocham książki i niestraszne były mi nawet lektury szkolne! Z każdą kolejną wizytą w dziecięcej bibliotece okazywało się, że większość tytułów, które pani bibliotekarka może mi zaproponować już przeczytałam, niektóre nawet po kilka razy. A jakże wspaniałe miałam lektury w tamtym czasie!

Pewnie zastanawiacie się, czemu o tym wszystkim wspominam.

Spokojnie, spokojnie książeczki, nie wszystkie na raz.
Oto, gdy nadszedł nowy, 2015 rok i wszyscy podejmowali wyzwania ja pozostawałam w błogim letargu. Owszem, postanowiłam sobie przeczytać 52 książki, lecz robię to co roku. Owszem, postanowiłam po co najmniej jedną w miesiącu książkę sięgać do własnej biblioteczki. Owszem, postanowiłam podołać wyzwaniu, które błąkało się po blogach, lecz chcę książki przeczytane dostosowywać do listy, a nie odwrotnie. A to takie żadne wyzwania w sumie, skoro bawię się w nie od jakiegoś czasu i opracowałam na nie swój system.

Dlatego postanowiłam skrycie (a tu czynię to już publicznie), że chcę (ba! pragnę, marzę o tym!) przypomnieć sobie książki z mego dzieciństwa.

Uf. Już. Nie było to takie trudne wypowiedzieć głośno mój cel na nadchodzący rok. Uczyniłam to dopiero w marcu, ale wiecie już, że raczej nie jestem standardowa i wychodzę poza wszelkie schematy.

A musicie jeszcze wiedzieć, że mam sobie co przypominać.

Oto jest Kasia... i jej biblioteczka

Na początek wstydliwa anegdotka.

Gdy się urodziłam mój dziadzio od razu ochrzcił mnie Kasią. Nie chciał słyszeć, że mogę mieć na imię inaczej. Moja mama oczywiście miała na to zupełnie inny pogląd. A tata wysłany do urzędu musiał wybrać kogo się bardziej boi i wyszło na to, że... jednak mamy.

Jednakże na pocieszenie (przede wszystkim dziadzia) na drugie jednak otrzymałam tę "Kasię". Ponieważ wybór pierwszego imienia był niefortunny, bo jest go trudno skracać (jakby się ktoś uparł można zwracać się pełną wersją, nawet do małego bobasa, ale po co?) to chcąc, nie chcąc i tak już tą Kasią zostałam. I to pozostałam przez ponad 7 lat.

We wrześniu 1993 r. poszłam do szkoły. Na uroczystym rozpoczęciu roku dzieci, które umiały czytać odczytywały ku radości rodziców i nauczycieli fragmenty okolicznościowych tekstów. Byłam z siebie bardzo dumna, bo jako jedna z nielicznych potrafiłam czytać płynnie na głos. Następnego dnia jednak poczułam już lekkie zażenowanie.

Podczas pierwszych zajęć w szkole odczytywano listę obecności. Wszystkie dzieci siedziały prościutko jak struny, na małych krzesełkach, przy małych ławkach dostosowanych wielkością do ich wzrostu i wpatrywały się w panią nauczycielkę. Odczytywanie listy obecności było nie lada przeżyciem.

Z niecierpliwością czekałam więc na wywołanie mnie, lecz ono nie następowało. W pewnym momencie pani odczytała dwukrotnie imię i nazwisko jakiejś dziewczynki, patrząc wyraźnie w moją stronę. Nie do końca wiedziałam o co chodzi, a pani z uśmiechem i pewnym nieśmiałym niedowierzaniem powiedziała do mnie, że należy zgłaszać się jeśli się jest obecnym.

No cóż, święcie przekonana o tym, że noszę imię inne niż odczytane przez panią pozostałam w lekkim szoku. Dzieci oczywiście śmiały się z tego, że nie wiem, jak się nazywam. A mama w domu również rozbawiona tą gafą wytłumaczyła mi, iż Kasia to jednak moje drugie imię. Nadal jednak dla najbliższych byłam Kasią jeszcze przez długi, długi czas, zaś w szkole pozostałam Klaudią. Z czasem moje pierwsze imię wyparło to drugie, a teraz zdarza się już tylko, że jakaś starsza ciocia, przyzwyczajona do mnie, jako Kasi, zapomni się i tak do mnie powie.

Ta nagła zmiana imienia nie przeszkodziła mi identyfikować się z bohaterką książki Miry Jaworczakowej "Oto jest Kasia". Ja po prostu byłam tą Kasią, uczennicą drugiej klasy, co prawda bez starszego brata i jedynie z wyobrażoną młodszą siostrą, ale jednak właśnie taką rozpieszczaną, kochaną dziewczynką.

Zatem "Oto jest Kasia" będzie jedną z pierwszych książek na mojej liście. Oczywiście nie ostatnią :)

Kasia, Kasia... kiedy będzie ta Kasia...
Na pierwszym miejscu muszę umieścić "Małego księcia" Antoine de Saint-Exupéry, który był moją pierwszą poważną, "dorosłą" książką, a którego egzemplarz niedawno zakupiłam.

Jako dziecko uwielbiałam też Astrid Lindgren. A zatem moje ukochane: "Dzieci z Bullerbyn", "Pippi Pończoszanka", "Pippi wchodzi na pokład", "Pippi na południowym Pacyfiku", "Bracia Lwie Serce", "Ronja, córka rozbójnika". Chciałabym też sięgnąć po książki, których nie miałam okazji przeczytać, a więc moja lista poszerzy się m.in. o: "Boże Narodzenie w Bullerbyn", "Wiosna w Bullerbyn", "Dzień dziecka w Bullerbyn", "Detektywa Blomkvista".

Lucy Maud Montgomery to kolejna ubóstwiana przeze mnie autorka. Nie mogę nie przypomnieć sobie serii o Ani z Zielonego Wzgórza, serii o Emilce ze Srebrnego Nowiu, serii o Historynce, serii o Pat ze Srebrnego Gaju, czy "Błękitnego zamku" lub biografii autorki pt. "Krajobraz dzieciństwa".

Rodzinę Borejków pokochałam w tym samym czasie, co Anię Shirley, zatem lektura Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz w całości będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością. Co więcej, do tej pory nie sięgnęłam po najnowsze tomy, więc będzie ku temu okazja.

Moje dzieciństwo obracało się wokół książek przede wszystkim polskich autorów. Z Krystyną Siesicką przeżywałam rozterki bohaterek"Zapałki na zakręcie", "Jeziora osobliwości", "Fotoplastykonu", zanurzałam się też w te różne "Woalki" i "Falbanki". Z Hanną Ożogowską czekałam, nawet więcej niż minutę, na tę miłość ("Za minutę pierwsza miłość"). Z Ireną Jurgielewiczową próbowałam poznać kim jest "Ten obcy" oraz "Inna". Z Kornelem Makuszyńskim troszkę poszalałam ("Szaleństwa panny Ewy"), poawanturowałam się ("Awantura o Basię"), poszataniłam ("Szatan z siódmej klasy") i niejednej zmyłam głowę ("Panna z mokrą głową"), a także przeżyłam moc przygód z Koziołkiem Matołkiem i Małpką Fiki-Miki, chociaż nadal pozostałam grzeczną dziewczynką :) Poznałam również "Karolcię" Marii Kruger oraz pewnego Zorro ("Zorro załóż okulary" Marty Tomaszewskiej). Z Mirą Jaworczakową dowiedziałam się nie tylko, że "Oto jest Kasia", ale poznałam też "Jacka, Wacka i Pankracka". Z Edmundem Niziurskim poznałam jedyny w swoim rodzaju "Sposób na Alcybiadesa". Z Martą Fox przeżywałam rozterki nastolatek w "Marta.doc" i "Paulina.doc". Z Marią Kownacką podziwiałam "Przygody Plastusia", czytałam "Plastusiowy pamiętnik" i smuciłam "Rogasiem z Doliny Roztoki". Z Wojciechem Żukrowskim próbowałam rozwikłać zagadkę "Porwania w Tiutiurlistanie". Był też niesamowity Adam Bahdaj, z którym przeżyłam jedyne w swoim rodzaju "Wakacje z duchami".

Wielu z autorów, których poznawałam było pisarzami zagranicznymi. Zachwycałam się "Małą Księżniczką", "Małym Lordem" i "Tajemniczym ogrodem" Frances H. Burnett. Wariowałam z "Pollyanną" E.H. Porter. Dziwiłam się z "Pięcioro dzieci i coś" Edith Nesbit. Przeżywałam przygody z Tomkiem Sawyerem oraz Huckiem Finnem - bohaterami Marka Twaina, a także z Trzema Młodymi Detektywami, które to powieści sygnowane były nazwiskiem Alfreda Hitchcocka. Śmiałam się z "Doktorem Dolittle" H. Loftinga, a także stresowałam (zazwyczaj nadejściem Buki) z Muminkami Tove Jansson. Bez oporów wchodziłam w magiczny świat "Baśni" Andersena i uczyłam się historii z serią Strrraszna historia. A nade wszystko uwielbiałam rozwiązywać zagadki z Sherlockiem Holmesem, bohaterem książek A. C. Doyle'a.

Pewnie niewykonalnym będzie w krótkim czasie (rok jest naprawdę krótki) przeczytanie tych wszystkich książek, jednakże chcę by to przypominanie moich lektur dziecięco-młodzieżowych było przyjemnością, a nie katorgą, dlatego nie będę sobie nic narzucać.

Czytanie zaczęłam od "Wakacji z duchami" A. Bahdaja oraz A.C. Doyle'a, którego książki o Sherlocku Holmesie mam zgrupowane w jedno, bardzo wygodne wydanie pt. "Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa", liczące ponad 1000 stron.

Sherlock ze względu na wielkość i pojemność idzie dosyć opornie (nie odczuwam tej wielkości na szczęście fizycznie, gdyż książkę mam na czytniku). Natomiast przygodami Paragona i jego paczki trafiłam niestety w zły czas. Nijak nie mogę wczuć się w klimat książki i dać jej porwać. Nie wiem czy to dlatego, że do wakacji jeszcze tyle czasu, czy po prostu mam obecnie nastrój na bardziej nostalgiczne powieści.

Ale najważniejsze jest to, iż już zaczęłam i szybko oraz łatwo kończyć nie zamierzam!

Utracone okazje dzieciństwa

Kilka lat temu, z moim ówczesnym mężem in spe, oglądaliśmy zwiastun ekranizacji "Opowieści z Narnii". Mój T. nalegał byśmy wspólnie wybrali się na seans, a ja uległam.

Cóż się okazało. T. wychował się na "Opowieściach z Narnii". Czytała je mu mama, czytała siostra, gdy był jeszcze dzieckiem. Ja nie sięgałam nigdy wcześniej po tego typu książki. Gdy zaczęłam nieco wnikać okazało się, iż więcej lektur dzieciństwa mieliśmy rozbieżnych. Nie słyszałam wcześniej o "Mikołajku", o Panu Samochodziku,  o Tomku Wilmowskim. Zaczęłam rozpytywać znajomych i wyszło na to, że wiele, wiele tytułów po prostu mnie ominęło. Nie czytałam nic Joanny Chmielewskiej, Jadwigi Korczakowej, Marii Rodziewiczowej, nie pamiętam Natalii Rolleczek, ani E. Nowackej, ani Hanny Ożogowskiej, chociaż wydaje mi się, że je już czytałam.

"Smacznego żono ma, a tak przy okazji - czytałaś "Opowieści z Narnii"?"
Lektura nie zastąpi mi oczywiście zachwytu, wypieków na twarzy lub marudnego zniechęcenia które pewnie miałabym, gdybym czytała je w dzieciństwie, ale myślę, że będzie to nadal niesamowita przygoda :)

Bardzo chciałabym też poznać nieco współczesnej literatury kierowanej do dzieci i młodzieży. Jako pierwsze na myśl przychodzą mi "Igrzyska śmierci", książki o Flawii de Luce, o Ulyssesie Moore, cykl Felix, Net i Nika, książki Neila Gaimana ("Koralina" bardzo mi się podobała).

A po co to wszystko?

Warto mimo dorosłości, pracy, codziennego zabiegania, kredytów,  comiesięcznych rachunków, męża u boku pozostać w głębi dzieckiem :)

(Czego sobie i Wam życzę).

Szukanie nowych dziecięcych tytułów, kończy się u mnie zawsze tak samo...
P.S. W swoim czytaniu literatury młodzieżowej na pewno będę się wspierać listą stworzoną przez Zacofanego w lekturze. Jest świetna!

* wszystkie opublikowane gify nie są mojego autorstwa i pochodzą stąd oraz stąd

10 komentarzy:

  1. Książki z dzieciństwa, ach... :) w sumie to nie chciałabym wracać tylko do jelonka Bambi, bo to było traumatyczne przeżycie, Kasiu.... to znaczy, Klaudio :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jelonek Bambi to była urocza bajka, chociaż faktycznie smutna. Historia "Rogasia z Doliny Roztoki" jest bardzo podobna i dla mnie była przerażająca. Ale za to wcale, a wcale nie bałam się Buki! Dla mnie była tylko bardzo samotnym, łagodnym potworkiem.

      Pozdrawiam ;)

      Usuń
  2. A ja wracam, bo czytam dziecku :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety jeszcze dziecka nie mam. Ale dzięki temu troszkę to czytanie potrenuję przed premierą :D

      Usuń
  3. Tak, to jest doskonały pomysł - sama od lat się noszę z takim przypomnieniem hurtem, ale póki co powtarzam sobie co jakiś czas 1-2. Z chęcią będę obserwowała Twoje postępy (no i czy Twoja opinia o książce zmieniła się z czasem - bo w moim przypadku tak bywa, że zupełnie nie umiem wyjaśnić, co mnie w książce ujęło albo na odwrót - jakim cudem nie doceniłam kiedyś tej książki? Tak mam na przykład z "Zimą Muminków" - jako dziecko nie lubiłam tej części, po powtórce rok temu - to moja absolutnie ulubiona!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie! Najbardziej zależy mi na tym, żeby skonfrontować swoją opinię o książce z tą wcześniejszą. Część z lektur wspominam jako genialne, wspaniałe powieści, które połykałam w jedno popołudnie. Teraz, czytając już Sherlocka i "Wakacje z duchami" zauważyłam, że zwracam uwagę na szczegóły, iż niektóre fragmenty odbieram inaczej, a o niektórych elementach w ogóle nie wiedziałam czy nie pamiętałam (np. wcześniej nie zwróciłam uwagi, że chłopaki z książki Bahdaja pochodzili z warszawskiej Woli). Niesamowite jest to odkrywanie lektur na nowo.

      Na razie odczucia mam podobne. Zobaczymy co będzie dalej :)

      Usuń
  4. Ja podobnie jak Agata Adelajda wracam do lektur z dzieciństwa czytając dziecku :)

    Przy okazji: mam taką "listę wstydu", czyli książki, których nie przeczytałam w dzieciństwie, a wszyscy dookoła je znają. Tkwi tam przede wszystkim Adam Bahdaj, bo nie wiem jak mi się udało przeżyć dzieciństwo i młodość nie czytając ANI JEDNEJ jego książki. A czytałam zawsze w ilościach hurtowych... Tak, że też trochę nadrabiam. A lista ZwL jest przy tej okazji niezwykle pomocna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie lista wstydu jest długa :)
      Gdy przeglądałam przeczytane w dzieciństwie książki okazało się, że chyba w ogóle nie czytałam Natalii Rolleczek, może jedną książkę Hanny Ożogowskiej (chociaż nie pamiętam czy ją dokończyłam), już nie wspominając o książkach Alfreda Szklarskiego oraz Zbigniewa Nienackiego.

      Na szczęście nigdy nie jest za późno na uzupełnienie zaległości :)

      Usuń
  5. To jest tak fajny pomysł, że w przyszłym roku do Ciebie chętnie dołączę (jeżeli będziesz kontynuować temat) ! (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, myślę, że za rok i za dwa. I pewnie jeszcze za trzy. Aż mi się nie znudzi, albo nie pojawi się ktoś w moim życiu, dla kogo będę musiała zacząć czytać od nowa ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...