Menu

środa, 4 marca 2015

Korpodiablice chodzą w szpilkach. "Ja tu jeszcze wrócę" Ewa Zaleska

Jedną z najbardziej absurdalnych chwil naszego życia jest wejście w dorosłość. Nie dzieje się to jednak z dnia na dzień, możemy się przyzwyczaić. Zazwyczaj przechodzimy przez tę rewolucję w klku fazach - jest formalna dojrzałością potwierdzoną dowodem osobistym, jest moment wyprowadzenia się z domu, chwila wypicia alkoholu po raz pierwszy, jest też wiek różnych innych inicjacji. Faktycznym i smutnym wepchnięciem człowieka w dorosłość może być ślub, kredyt na mieszkanie, narodziny dziecka, pierwszy siwy włos. Wszystko zaczyna się jednak od zdobycia pierwszej pracy. Na cały etat. Z comiesięczną pensją na koncie. Ze wszelkimi podatkami, poborami, świadczeniami. Z prawdziwym szefem.


Zrywamy się więc pełni zapału, chęci, energii i biegniemy do roboty w ten pierwszy dzień. Poznajemy ludzi, rozglądamy się, badamy teren. Niby ok, niby wszystko fajnie, więc idziemy do domu z perspektywą powrotu dnia następnego. I tu zaczynają się schody.
Może to nie wyjść w pierwszy dzień. Nie dać objawów nawet po pierwszym tygodniu, czy miesiącu. Ale w końcu sami wyczujemy symptomy. Zorientujemy się przecież, czy wstajemy rano ze ściśniętym żołądkiem, czy z radością i werwą, czy droga do pracy upływa pod znakiem nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, czy wesołego śpiewania piosenek lecących w samochodowym radiu, czy wieczorem kładziemy się spać z irracjonalnym strachem, czy słodko zasypiamy od razu po zetknięciu się naszej głowy z miękkością poduszki, czy budzimy się nerwowo kręcąc ciemną nocą, czy śpimy spokojnie do rana, aż nie wyrwie nas ze snu budzik. Będziemy wiedzieć, czy nasz szef jest przerażającym potworem w ciele człowieka, czy dobrodusznym i kochanym przyjacielem, który jedynie przez zwykłe zrządzenie losu nadzoruje naszą pracę.

Karino Mroźny nie bał się chodzić do pracy, nie odczuwał ucisku w żołądku, nie obgryzał nerwowo paznokci. Nie był też szczególnie szczęśliwy z faktu, że musi się tam udawać, nie cieszył się na czekające na niego zadania. Karino codziennie, przed udaniem się do pracy po prostu się zastanawiał. Dumał nad tym, co przyniesie nowy dzień, co czekać go będzie po przekroczeniu progu agencji reklamowej. Nie bez powodu, bo tak naprawdę mógł się spodziewać wszystkiego!

Ale cofnijmy się kilka miesięcy wcześniej. Karino poza oryginalnym imieniem i przedziwnym nazwiskiem ma też niesforną i wiecznie sfochaną żonę - Malwinę. Ma nadopiekuńczych rodziców (zwłaszcza mamusię), ma wymagających teściów (w imię zasady: "moja córeczka musi mieć wszystko"). Nie ma za to pracy. A przynajmniej do czasu, gdy otrzymuje intratną posadę managera marketingu w agencji reklamowej w Warszawie.

Wydaje się, że to praca marzeń - dobra pensja, służbowe mieszkanie, bądź co bądź kierownicze stanowisko. Karino przeprowadza się zatem do Warszawy, zostawiając w domu Malwinę z obietnicą częstych odwiedzin i perspektywą rychłej przeprowadzki do stolicy. Na miejscu wszystko okazuje się nie takie jak być powinno - mieszkanie służbowe wymaga remontu i dużego wkładu finansowego, firma wymaga intensywnych prac naprawczych, gdyż drży w posadach, a nowa szefowa - na pierwszy rzut oka urocza i elegancka kobieta - wymaga mnóstwa uwagi, całkowitego zrozumienia, bezwarunkowego oddania i bezwzględnego uwielbienia, a przy tym mimo kiepskiej kondycji finansowej agencji ma mnóstwo absurdalnych pomysłów.

Książka Ewy Zaleskiej nie jest porywająca. Nie zachwyca nas dialogami, nie kupuje naszego umiłowania pięknym i barwnym językiem. Jest bardzo przyziemna, momentami nudna, niekiedy niedorzeczna. Do tego wszystkiego nie sposób polubić głównego bohatera, bo wydaje się jakby autorka nie miała na niego pomysłu. Karino to labilny, słaby facet, który tylko próbuje być stanowczy, lecz jakoś to mu ciągle nie wychodzi. Z jednej strony sympatyzuje z pracownikami agencji, z drugiej zaś miło spędza czas z piekielną szefową i nawet się dobrze bawi!

Mimo wszystko "Ja tu jeszcze wrócę" to książka na wskroś prawdziwa. Postaci Bereniki Michalskiej- Kubisiak nie można odmówić autentyczności. Chyba każdy z nas kiedyś spotkał albo przynajmniej słyszał o kimś kto spotkał takiego szefa. Mnie do głowy przychodzą co najmniej trzy nazwiska. A Wam?

Ocena: 4/6


Źródło
Wreszcie zrecenzowałam książkę przeczytaną już w tym roku. Ostatnio nachodziła mnie bowiem wena na opisywanie prawdziwych lekturowych staroci. Bardzo ciekawym jest to, iż ten mój pierwszy tytuł 2015 roku z jednej strony był książką słabą, acz poprawną, a z drugiej naprawdę godną uwagi. Zatem polecam, lecz jednocześnie lojalnie ostrzegam - nie jest to dzieło literackie, ale pośmiać się można.

***
Chwilę mnie nie było (wiem, że ostatni wpis - z piątku trzynastego zwiastował katastrofę, ale jestem, cała i zdrowa). Troszkę się działo i zapewne niedługo o tym też Wam wspomnę :) Tymczasem wracam do czytania wciągającej książki o nieco absurdalnym i dziwnym splocie różnych wypadków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...