Menu

poniedziałek, 12 października 2015

Milordowie i inne biedactwa. "Jaśnie pan" Jaume Cabre

Taka godzina, taka pora, że powoli zbierają się już goście.
Nawy całkiem nieźle przystrojone. Wszyscy powoli zajmują miejsca.

Kanonik Pujals naprawdę się postarał, a przecież miał tak dużo pracy i tak wiele problemów.
Cztery procesje, triduum i oczywiście uroczysta msza oraz wspaniałe Te Deum. Spory augustianek i klarysek, kapucynów i franciszkanów, Bractwa Opuszczonych i Bractwa Krwi. I jeszcze ten portugalski ambasador, który w ostatniej chwili dołączył do posadzonych w stallach (a miejsca były już dawno obsadzone!).

Hiszpańskie krajobrazy. Źródło
O, a oto właśnie on. Kanonik przemyka niczym cień wśród samej śmietanki towarzyskiej Barcelony.

Ten szczęściarz, baron de Xerta przyszedł ze swoją piękną małżonką, donią Gaietaną. Nieszczęsny markiz de Dosorius znowu przykurczony na swoim wózku. Jak zawsze pobudzony Kapitan Generalny don Pere rozgląda się żywo za kolejną potencjalną zdobyczą. A jeszcze te plotkary panie de Cartella i de Sentmenat. I w dodatku wszyscy zastanawiają się, czym ten mizerny cywilny prezes Trybunału Królowskiego, don Rafel Massó i Pujades, zasłużył, iż ma miejsce w stallach. W czymże jest lepszy od innych?
O wilku mowa! Wchodzi don Rafel, siada taki zbolały, z przedziwną miną i tą swoją, pożal się Boże, żoną, donią Marianną.

Jednak wszyscy ci szydercy nie wiedzą, że miast siedzieć w stalli katedry, wysłuchiwać smętnego Te Deum wbity w elegancki frak i stylową perukę, don Rafel wolałby stać na klombie w swoim ogrodzie i podziwiać przez teleskop Pas Oriona, Lub Plejady. Albo obfity biust doni Gaietany, baronowej de Xerta.

Don Rafel ma głowę zaprzątniętą też innymi problemami. Przecież niedawno popełniono w mieście straszną zbrodnię. Zabito niewinną jak dziecko i piekielnie zdolną śpiewaczkę (zwaną przez niektórych Słowikiem z Orleanu, a przez innych "Żabojadką"), Madame Desflors. Jak to dobrze, że już złapano tego okrutnego złoczyńcę!

Elita wita

Jaśnie nam panujący cywilny prezes Trybunału Królewskiego, don Rafel Massó i Pujades jest osobą powszechnie nieszanowaną w Barcelonie, ale mimo to wcale nie pomijaną przy okazjach jakichkolwiek zaproszeń na bankiety, bale, rauty i wydarzenia kulturalne. Zaproszenia te don Rafel przyjmuje, pomimo, iż wie jakie uczucia budzi na barcelońskich salonach. Nic więc dziwnego, że ten, już starszy mężczyzna, wraz z małżonką - Marianną, pojawia się na koncercie zorganizowanym w domu markiza de Dosorius. Występuje tym razem nie byle kto - Słowik z Orleanu, wspaniała solistka, mocno utalentowana śpiewaczka, która prosto z Barcelony ma udać się na królewski dwór do Madrytu!


Źródło
Koncert Madame Marie de l'Aube Desflors, zapada w pamięć każdemu ze zgromadzonych w salonie markiza gości. Każdy też zapamiętuje go na swój sposób. Gospodarz, Markiz de Dosorius zachwyca się kunsztem śpiewaczki, bo tylko dzięki muzyce odrywa się od przykrej rzeczywistości, która obeszła się z nim okrutnie. Dla Josepa Ferran Sortsa to ostatni wieczór w Barcelonie, gdyż w nocy zgłasza się na służbę do wojska, więc koncert, na którym znalazł się właściwie przypadkiem, jest okazją do przemyśleń związanych z podjęciem decyzji, co do dalszej drogi życiowej. Przyjaciel Sortsa, Andreu Perramon wspomina ten wieczór, jako wielką udrękę i jednocześnie ogromne przeżycie, bowiem podkochuje się w sławnej solistce i za wszelką cenę pragnie zbliżyć się do praktycznie nieosiągalnej Madame. Don Rafel pewnie nawet nie do końca pamięta ten muzyczny wieczór. Jego całą uwagę pochłania nic innego, jak gwiazdozbiór Oriona. Oraz oczywiście falujący biust baronowej Gaietany de Xerta.

Don Rafel nie zawsze należał do tej towarzyskiej śmietanki, crème de la crème barcelońskiej elity. Był szarym prawnikiem z nienajlepszego domu, z nienajlepszymi kontaktami, z nienajlepszą przeszłością i znajomościami. Jednak jego wrodzony talent sprawił, że szybko wszedł na salony, a z salonów prosto udał się do gabinetów najznamienitszych barcelońskich dostojników, aż sam został jednym z takowych Oczywiście nie bez przyjemności! Mógł wreszcie zakupić reprezentacyjną rezydencję przy najmodniejszej i najporządniejszej z ulic Barcelony, mógł swej żonie zapewnić wstęp do domów wszelkich możliwych arystokratów, mógł stworzyć nawet gniazdko miłości, zakątek ukryty przed obcymi, raj twój i mój, sala uciech i radości, rozkoszny skarbczyk, w którym trzymamy nasze zabawki etc. z tym biedactwem, Elvirą, ale csssst, to właściwie wielka tajemnica!

Polaryzująca Barcelona

Po jednej stronie mamy więc wielkiego człowieka, który doszedł do swojej pozycji dzięki własnej pracy (lub włażeniu tam gdzie trzeba i komu trzeba), zaś na drugim biegunie wyłania się młody, wcale niedoceniany poeta Andreu Perramon, który nie ma żadnych znajomości, jego ojciec był dyrygentem chóru, zaś jedyna dziewczyna, która do niego wzdycha to służącą w jego domu. I ten szary mężczyzna nagle trafia do alkowy samej Madame Desflors, co po ogromnej euforii i równie szybkim zawodzie, kończy się dla niego fatalnie. Oboje - don Rafel i Andreu Perramon chociaż nie znają się osobiście mocno na siebie oddziaływują.

Cała Barcelona u Jaume Cabré silnie promieniuje i jaskrawi się przybierając różne odcienie kolorystyczne. A przy tym nie jest to taka Barcelona jaką znamy, nie ma w niej Gaudiego, nad miastem nie góruje więc szalona Sagrada Familia ani Park Guell, nie ma gorącego hiszpańskiego słońca, które pozostaje ukryte wciąż za ołowianymi chmurami, nie jest ciepło tylko zimno, ciągle pada deszcz i miasto przybiera mocno depresyjną formę.

Źródło
W tym całym ponurym klimacie don Rafel znajduje sposób na oderwanie się od rzeczywistości - ucieka do innych galaktyk, podziwia mgławice i gwiazdozbiory - namiętnie obserwuje gwiazdy przez teleskop, dzięki czemu ucieka od przygnębiającej rzeczywistości.

A przygnębiająca jest też zagadka kryminalna, z którą przyjdzie się zmierzyć zawodowo don Rafelowi, a przy okazji także czytelnikowi. Co bardziej wytrawni wielbiciele intryg kryminalnych pewnie znajdą winnego, ale pozostali będą nieco zdezorientowani, bo zabójca tak naprawdę do końca powieści pozostaje nieodkryty. Oczywiście mamy tu również zabawę konwencją, gdyż jedna zbrodnia wyciąga na światło dzienne drugą. Takie ciekawe niuanse tworzą z całej powieści naprawdę barwną barcelońską mozaikę, obraz miasta z końca XVIII wieku, które niewolne jest od przedziwnych konszachtów, romansów, zepsucia i deprawacji, pomimo, że mieszkańcy żyją odmierzając czas według bicia dzwonów rozlicznych miejskich kościołów. W zaułkach Barcelony Sacrum bowiem bezwstydnie romansuje z Profanum na oczach bogobojnych mieszkańców i za ich przyzwoleniem!

Język u wagi

Niewątpliwym atutem dzieła Cabré, które wysuwa się od razu na pierwszy plan, jest przepiękny język powieści. Tak niezwykle barwny, bogaty i olśniewający, że czytelnik ma ochotę zatopić się w lekturze na dłużej. Do tej fenomenalnej językowej stylistyki przyczynia się też kapitalny narrator. Autor wyniósł się na wyżyny kunsztu pisarskiego powierzając rolę opowiadania historii prawdziwemu gawędziarzowi, który oprowadza nas po wszystkich uliczkach Barcelony, wprawia nas w jej mistyczny niemal klimat, trzyma w napięciu przy mocniejszych scenach, a jednocześnie bawi, rozśmiesza, wyśmiewa i ironizuje. Narrator nie jest przy tym wszechwiedzącym wyrozumiałym dziwakiem, lecz osobą wtopioną w całą historię, która niekiedy z narracji trzecioosobowej przechodzi w pierwszoosobową, niejako wyśmiewając sentymentalność i wrażliwość, w rzeczywistości tak bardzo przecież zepsutych, bohaterów.

Początkowo czytelnik jest zaskoczony. Jak to u schyłku wieku XVIII, w Barcelonie i to wśród tak wysokich sfer można w ogóle żartować? Jak można wyśmiewać i ironizować, jak można ukazywać wielkich bohaterów w takich śmiesznych, poniżających sytuacjach i wystawiać ich na bezwzględną krytykę tłumu? Jaume Cabré pokazuje, że nie tylko można, ale i trzeba. Cała jego powieść jest bowiem jednym wielkim obrazem degeneracji najznamienitszych elit, zdjęciem nędzy i rozpaczy, w którą baranowie, markizowie i ci którzy na samej górze znaleźli się przez odpowiednie stanowiska, a nie przez swoje pochodzenie, wpadają coraz głębiej, niczym w lepkie bagno.

Źródło
"Jaśnie pan" to nie kryminał historyczny. To w ogóle nie jest powieść kryminalna, chociaż możemy zauważyć w niej takie wątki lub ich zaczątki. Powieść ta jest pełnokrwistą obyczajówką, która może zachwycić lub rozczarować. Zależy, czego się po niej spodziewaliśmy.

Ja nie spodziewałam się niczego. Była to moja pierwsza powieść Cabré, a od razu wsiąknęłam w klimat barcelońskich uliczek. Nie zaprzyjaźniłam się jednak z bohaterami, nie żałowałam Andreu Perramona, nie współczułam don Rafelowi, nie kibicowałam Sortsowi. Wszyscy, bez wyjątku, bohaterowie byli sami odpowiedzialni za swój los. I chociaż serce mocniej zabiło mi dopiero przy finale uważam, iż przeżyłam niezwykłą przygodę.

_______________________________________________________________________________


Pierwsze słowa:

I. "Konstelacja Oriona cieszy się przywilejem bycia uznawaną za najpiękniejszą na nieboskłonie (...) Traktat o podstawach obserwacji niebieskich, Jacint Dalmases, Barcelona 1778."

II. "Uśmiechnął się. Od dwóch długich lat się nie uśmiechał."





_______________________________________________________________________________





6 komentarzy:

  1. "Jaśnie pan" to debiut Cabre, późniejsze jego powieści są trochę trudniejsze w odbiorze (poplątane płaszczyzny czasowe, ekwilibrystyka językowa). Przeczytałam wszystko, co - jak dotąd - ukazało się po polsku, ale to "Jaśnie pan" podobał mi się najbardziej. Pełna zgoda - to, co jest pewne, to fakt, że powieść nie jest kryminałem :-). Nazwanie jej w ten sposób to tylko chwyt marketingowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, właśnie dlatego zaczęłam od "Jaśnie pana", chociaż na mej półce niecierpliwie przebierają kartkami pozostałe dwie powieści wydane w Polsce.

      Ogromnie się cieszę, że mogłam od tej książki zacząć, że poskakałam sobie po listopadowych kałużach, pojeździłam powozami i zobaczyłam miasto z zupełnie innej perspektywy.

      Chwyty marketingowe na szczęście mi niestraszne. Szkoda jednak byłoby gdyby ktoś sięgnął po tę lekturę, jako po kryminał, bo może się naprawdę rozczarować, a to przecież taka niesamowita literatura! Cieszę się, że obie jesteśmy w tym zgodne :)

      Usuń
  2. Lubię Barcelonę w powieściach, bo wydaje się być nadzwyczaj magiczna, często nieosiągalna. Ruszyłam kiedyś głośne "Wyznaję" autorstwa Cabre, ale nie wiedzieć czemu, stanęłam w miejscu i nie dokończyłam. Jest to z pewnością książka, nad którą trzeba się mocno skupić. Łatwo pogubić wątki. Nie mniej jednak wierzę, że furora kolejnych tytułów autora nie jest przypadkowa, a ten bogaty i olśniewający język, o którym piszesz, zachęca by ponownie spróbować kontaktu z Cabre. Kto wie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barcelona w powieściach faktycznie jest nieco oderwana od tego rzeczywistego zatłoczonego miasta, pełnego śmieci, z ogromnym ruchem ulicznym i tłumami turystów. Mnie to miasto zachwyciło po raz pierwszy chyba w "Cieniu wiatru", a teraz Cabre całkowicie mnie tym miejscem akcji rozwalił i zauroczył.

      Polecam "Jaśnie pana", bo to po prostu książka niepospolita. Teraz przede mną "Wyznaję" i ciekawa jestem, czy mnie ta lektura pokona, czy raczej ja ją :)

      Usuń
  3. Ojej, jaki piękny tekst! Bardzo mi się podoba. :) Pierwszą książką tego autora, jaką czytałam, było "Wyznaję", potem sięgnęłam po powyższy tytuł - nie spodobał mi się już tak bardzo. Jak zauważyłaś, z żadnymi bohaterami nie da się zaprzyjaźnić, a to u mnie znacząco wpływa na odbiór. Nie zatracam się w świecie, którego mieszkańcy są mi obojętni. Mimo że doceniam styl autora. Z tym wyśmiewaniem i ironizowaniem też miałam jakiś problem - znowu: doceniam, zgrabnie ujęte, ale nie zachwyca, nie uśmiechałam się, kręcąc przy tym głową nad przedstawicielami elit i ich przywarami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że Ci się podoba mój tekst :)

      Faktycznie z żadnym z bohaterów nie da się zaprzyjaźnić. Jednakże ja paradoksalnie zaprzyjaźniłam się z narratorem! Był dla mnie oczami i ustami całej Barcelony. Dowcipkował, plotkował, trochę wyolbrzymiał.

      Tak mi się wydaje, że może wpływ na mój odbiór miało to, iż nie znałam wcześniej Cabre. Owszem, mam na półce dwie jego powieści, podarowane mi zresztą z okazji ślubu, ale początkowo nie miałam czasu sięgnąć po nie, a potem z premedytacją wybrałam "Jaśnie pana" - uznałam, iż chcę zobaczyć rozwój pisarza, nawet za cenę początkowej niechęci. Pozytywnie się rozczarowałam i teraz już wprost nie mogę doczekać się by Cabre mnie znowu porwał do swojego świata :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...