Menu

poniedziałek, 7 listopada 2016

Nie lubię poniedziałku, czyli trudno się pozbierać, bo Targi, Targi i po Targach.

Od jakiś trzech lat, rok rocznie w październiku miałam problem.

Oto wielkimi krokami zbliżało się w moim rodzinnym Krakowie święto książki, prawdziwy raj dla książkoholików, dni rozpusty książkowej... a ja byłam zajęta.

Za każdym razem poczucie obowiązku wygrywało z szalonym buszowaniem pośród stoisk targowych. I co prawda spędzałam ten czas wśród książek, jednakże żadna z nich nie była taką jaką wzięłabym bez wahania do ręki w czasie wolnym.

Tak, niestety uczyłam się. Uczyłam się jak szalona.
Uczyłam się do oporu i gładko przechodziłam przez egzamin wstępny i kolejne kolokwia.
Poświęcałam swój czas i swoją energię, aby realizować marzenia zawodowe, zaś przyjemności schodziły na plan dalszy.

Coś wisiało w powietrzu..

Aż nadszedł ten piękny rok AD. 2016. Rok przestępny. Rok niespodziewanie poplątany. Ostatni rok mojej aplikacji. Rok bez kolokwiów i egzaminów!

Od wakacji śledziłam stronę krakowskich Targów, zwłaszcza, iż te nadchodzące miały być szczególne, jubileuszowe, w końcu dwudzieste!

Wiedziałam, że na pewno nie wpadnę już tym razem w ostatniej chwili na halę Expo i nie będę biegać jak szalona wśród stoisk poszukując promocji, autorów, gratisów, znajomych (i to wszystkiego na raz). Miałam spokojnie, dostojnie kroczyć po halach, przeglądać książki, brać udział w spotkaniach, ustawiać się spokojnie w gigantycznych kolejkach do ulubionych autorów. Miałam wreszcie korzystać i cieszyć się tym książkowym świętem przez całe długie cztery dni.

A jak było w rzeczywistości?

Dwie landrynki...

Od samego początku zakładałam, że w tym roku będę czerpać z Targów "pełną gębą". Zresztą zarejestrowałam się i otrzymałam wejściówkę na całe cztery dni. Mój entuzjazm nieco osłabł, gdy zobaczyłam program spotkań i okazało się, że właściwie mało, co mnie w nim interesuje.

I tu napotykamy pierwszy zgrzyt.
Trudno mi to przyznać, gdyż jest to smutny fakt, ale w tym roku mnóstwo było na krakowskich Targach Książki celebrytów. I nie chodzi mi o pisarzy lansujących się w reklamach (co wcale nie uważam za złe), lecz o takich ludzi, którzy są znani z tego, że są znani i na fali swojej pudelkowej lub ogólnie plotkowo-portalowej popularności wydają jakąś książkę. Temat jest nieważny, ważne jest w tym przypadku nazwisko. Niestety, celebryci w tym roku zdominowali targowe spotkania pod względem liczby osób stojących do nich w kolejce po autografy. Gdy widziało się jakąkolwiek gigantyczną kolejkę to można było być prawie (oczywiście zdarzały się wyjątki) pewnym, że swój początek ma przy stoliku któregoś celebryty. Taka przykra konsekwencja kierunku, w którym poszedł rozwój rynku wydawniczego w Polsce.

Plan na Targi był dla mnie więc prosty. Obejść jak najwięcej stoisk, skusić się na promocje, przyglądnąć się nowościom wydawniczym i co nieco z nich przygarnąć, a jeżeli uda się z kimś spotkać to będzie idealnie.

Z taką myślą ruszyłam w czwartkowe popołudnie w kierunku hali Expo. Bez problemu znalazłam miejsce na parkingu, zdobyłam wejściówkę, pozostawiłam kurtkę w szatni i mogłam ruszać na eksplorację stanowisk targowych.

Jak zwykle ogrom wydawnictw i wielość stoisk mnie poraziły. Tak bardzo, że ułożona w głowie lista zakupów powoli się rozmywała, a ja buszowałam wśród książek jak szalona. A warunki ku temu były sprzyjające - bardzo mało ludzi, kameralne wręcz warunki do poszukiwania książek. Widać było, że to dopiero początki targowe.

Nie udało mi się obejść wszystkiego w ten pierwszy dzień. Okazało się, że Targi codziennie są czynne do godz. 19, z wyjątkiem czwartku kiedy są czynne do 17 :) Uznałam jednak, że nic straconego, bo przecież planuję wrócić, więc z czystym sumieniem ustawiłam się w kolejce samochodów do wyjazdu z parkingu, która tak naprawdę obrazowała, ile osób w tym dniu pomieściło się w hali Expo.

Moje Targi w pigułce. Pana Stasiuka też widziałam :)

Piątkowej wyprawy już bardziej się obawiałam. Wszak piątek to taki dzień, gdy czuje się powiew weekendu, więcej osób może mieć wolne, luźniejsze popołudnie i zechcieć je spędzić wśród targowych stoisk. Ale jednak znowu się pomyliłam, bo drugi dzień okazał się równie cukierkowy jak pierwszy.

Tłumów nie było, promocji też nie przybyło, jak również, niestety, spotkań autorskich. Bo musicie wiedzieć, że te pierwsze dwa dni były tak ubogie w spotkania z autorami, że momentami nie widziałam, co ze sobą zrobić!

W sobotę wszystko miało się zmienić.

...i jeden miętus

Trzeci dzień Targów mieliśmy celebrować już w większym gronie, bo aż czteroosobowym. Samochody zostawiliśmy tym razem pod pobliskim centrum handlowym i spacerkiem przeszliśmy się do hali Expo, a z nami tłum ludzi zmierzający w tym samym kierunku. Dopiero podczas tego spaceru widać było, jak bardzo okolica nie zmieniła się od zeszłego roku. Nadal jest to teren bardzo przemysłowy i niezagospodarowany (zresztą od dawien dawna taki zaniedbany był).

Im bliżej hali targowej tym bardziej uświadamialiśmy sobie, że ten tłum ludzi, który z jakiegoś powodu stoi na parkingu to nie przypadek tylko... kolejka do wejścia. Ustawiliśmy się na samym końcu, a gdy otrzymaliśmy informacje, że z biletem elektronicznym można przejść bez kolejki, innym wejściem, to zakupiliśmy trzy takowe dla moich towarzyszy i ruszyliśmy przed siebie. Organizacja ruchu pod halą była jednak co najmniej dziwna. Dziesięć minut zarządzający ruchem trzymał nas przed przejściem dla pieszych, chociaż żaden samochód nie przejeżdżał, a większość ludzi chciała dostać się do wejścia dla osób posiadających bilety, gdzie kolejki wcale nie było. Ale po nerwowych piętnastu minutach znaleźliśmy się w środku. A to był dopiero początek.

Nie chcieliśmy uwierzyć, lecz kolejka do szatni była równie imponująca, co ta do wejścia. W dodatku wcale się nie zmniejszała, gdyż szatnia była pełna i nowe kurtki mogły być przyjmowane tylko w momencie jej opróżniania przez osoby opuszczające Targi, a takowych akurat w okolicach południa było niewielu.

Gdy po godzinie udało nam się zostawić kurtki i wreszcie ruszyć na hale targowe to przytłoczył mnie tłum, jakiego nie widziałam w poprzednich dniach. Na tych najbardziej uczęszczanych arteriach w

halach tworzyły się zatory, na stoiskach, gdzie promocje były całkiem fajne nie można było nawet wcisnąć igły, zatem skumulowanie kilku najważniejszych wydawnictw w jednym miejscu nie było specjalnie dobrym pomysłem - zwłaszcza, że równocześnie odbywały się na tychże stoiskach atrakcyjne z punktu widzenia czytelników spotkania. Wszędzie plątały się różne pluszowe postaci, którym srogo współczułam pracy w takich strasznych warunkach (przede wszystkim cieplnych).

Po przejściu do drugiej hali było już zdecydowanie lepiej, chociaż kolejka do kasy na stoisku Wydawnictwa Czarne niemalże odbiła się na mojej chęci zdobycia jedynej dedykacji z tychże Targów - Jacek Hugo - Bader prawie mi uciekł. Na szczęście jednak udało mi się go jeszcze złapać, właściwie w ostatnich pięciu minutach jego bytności w Czarnym.

Pogoda dla bogaczy

Największym rozczarowaniem tegorocznych Targów był niestety fakt, że w tym roku nie było żadnych super promocji na stoiskach wydawnictw. Co roku, gdy wpadałam w ostatniej chwili, w niedzielę, praktycznie tuż przed zamknięciem, ujawniały się zazwyczaj nowe promocje ("A Pani to weźmie za 20 zł", "Nie mamy już w twardej oprawie, ale w miękkiej spuszczę jeszcze 10 zł"), ale tymi stałymi również nie mogłam pogardzić.

Narzekam narzekam, ale jednak się troszkę obkupiłam. Troszkę, tyci, tyci. Czytania generalnie mam chyba na przynajmniej pół roku.

Nie myślcie jednak, że zapakowałam mój samochód po sam dach książkami. Wręcz przeciwnie. Wizyta na stoisku Znaku skutkowała pierwszymi zakupami aż trzech tytułów. A gdy te pierwsze emocje opadły i nabyłam wszystkie upragnione Znakowe tytuły zorientowałam się, że większość książek dostępnych w całkiem przystępnych cenach jakoś mnie wcale nie interesuje. A może to po prostu konsekwencja tego, że ebooki mnie rozpieściły i mam ich tony na czytniku (niestety ciągle kupuję nowe!), więc większość oferowanych bestsellerów i nowości już po prostu mam.

Me bardzo skromne zdobycze. Brakuje jeszcze książki "Kraków pod ciemną gwiazdą".


Mogłam skupić się jednak na zakupach bardziej naukowo-zawodowych. I tak w wydawnictwie prawniczym C.H. Beck była promocja, z której z chęcią skorzystałam nabywając książki niezbędne mi do egzaminu zawodowego, który już za (a kysz!) całe 5 miesięcy.

W sobotę natomiast miałam już nic nie kupować. Być bezwzględną, zimną i nieczułą. Trzymałam się (zakupiłam tylko prześmieszną zakładkę "listek"), aż do czasu, gdy dotarłam na stoisko Czarnego i tam przepadłam. Skusiłam się aż na dwa tytuły - "Skuchę" Hugo-Badera oraz "Delhi", które nabyłam z myślą o przyszłej podróży do Indii (teraz wiem, że być może mnie jednak zniechęci do takowej). Potem już siłą rozpędu wpadłam do Agory i chwyciłam "Kraków pod ciemną gwiazdą" (musiałam się przeciskać pomiędzy operatorami, którzy utrwalali wywiad prowadzony przez Oliviera Janiaka z prof. Bralczykiem).

Niestety rozczarowały mnie mocno (a to już drugi rok z rzędu!) stoiska z wydawnictwami gier planszowych. Żadnych promocji, żadnych specjalnych zachęt i niestety niewiele nowości. Zatem w tym roku nie nabyłam żadnej planszówki - pod tym względem Internet jednak wygrywa.

Po około trzech godzinach opuściliśmy halę Expo wykończeni. Już nawet stojący w pobliżu naszej drogi do samochodu namiocik z super promocjami mnie nie skusił!

Smuteczek i pocieszki

Tegoroczne XX Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie zakończyły się dla mnie już w sobotę. W niedzielę, z uwagi na weekend świąteczny udałam się skoro świt na dalekie cmentarze i wróciłam dopiero wieczorem, zatem nie miałam okazji nawiedzić hali Expo i załapać się na promocje ostatniej szansy :)

Niestety (czego dużo bardziej żałuję!) nie udało mi się wziąć udziału w konkursie, w którym do wygrania było aż 200 książek! Nawet nie wiecie, jak źle poczułam się wczoraj, w okolicach północy, gdy okazało się, że przepadło. Mówi się trudno. Może za rok :)

Na pocieszenie zostały mi moje wspaniałe zdobycze książkowe. Bo pomimo słabych punktów będę tęsknić za Targami i z niecierpliwością oczekiwać ten cały, długi rok na XXI Targi Książki w Krakowie :)

Będziecie?


Widzimy się za rok?

6 komentarzy:

  1. Rzeczywiście, promocje były dużo słabsze niż np. w ubiegłym roku, ale tłumy niestety albo stety równie wielkie. Nie chciało mi się czekać w kolejce do szatni, więc płaszcz nosiłam po prostu w ręce. Ja też się zastanawiałam, dlaczego największe wydawnictwa znowu ulokowały się obok siebie. Może jest w tym jakiś sens marketingowy (jaki?), ale z punktu widzenia klienta - takiego jak ja - to jest koszmar. Kupiłam trzy książki i jak zwykle kilka fajnych kartek. Z ulgą się stamtąd wyrwałam, ale do przyszłego roku wspomnienie o tych tłumach zapewne nieco zblednie, znowu pójdę i znowu potem będę narzekać:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My niestety z uwagi na spacer mieliśmy kurtki bardziej zimowe i trudno byłoby nam się poruszać w tym tłumie z takim bagażem w ręku.

      Wiem, że i ja do przyszłego roku wyrzucę z pamięci te wszystkie niedogodności i na pewno będę. Historia lubi się powtarzać :)

      Usuń
  2. Byłam w sobotę i wyszłam ledwo żywa. W niedzielę było lepiej. Poważnie rozważam udział w targach w piątek, bo jak piszesz, więcej tlenu jest... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie niedziela już ominęła, ale sobota niestety pozostawiła niesmak. Polecam wyprawę w czwartek lub piątek - jest dużo spokojniej, lecz niestety brak jest ciekawych spotkań. Coś za coś :)

      Usuń
  3. Też byłam na targach. Akurat mogłam być w sobotę i niedzielę. W sobotę były takie tłumy, że nie można było przejść między stoiskami, żeby pooglądać książki. Szkoda też, że organizatorzy nie przewidzieli możliwości wyjścia, żeby się przewietrzyć bo było strasznie gorąco. Ja miałam wejściówki i bym musiała znów kupować bilet i ustawić się w gigantycznej kolejce. Nie przewidziano też żadnego rozwiązania dla osób palących, a przy takiej masie ludzi to trochę niepoważne. Promocje nie zaskakiwały, a tłumy zniechęcały. Szkoda, że celebrytów nie umieszczano w osobnych salach, może to złagodziłoby napierający tłum, który wbijał łokcie, kolana i inne części ciała w innych uczestników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewietrzyć się faktycznie było ciężko, aczkolwiek boczne wyjście pozwalało chyba na powrót (albo przynajmniej w tłumie ludzi w sobotę nikt tego nie sprawdzał).

      Mnie brakowało miejsca, gdzie można właśnie odetchnąć, niekoniecznie siedząc na ziemi. Były liczne takie miejsca nazywane szumnie kawiarniami, a i na niektórych stoiskach (vide: Matras, na którym w tym roku w ogóle książek nie było) można było odetchnąć na kanapie, ale jednak duszna atmosfera hali targowej została tam spotęgowana, gdy po kawę ustawiły się setki ludzi w kolejkach.

      Najlepsze jednak jest to, że pewnie za rok te wszystkie złe wrażenia się zatrą i znowu udam się na Targi :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...