Menu

czwartek, 2 kwietnia 2009

Odwrotność przeznaczenia . "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" reż. D. Fincher

Jakiś czas temu otrzymałam drogą mailową ciekawą interpretację życia ludzkiego. Myślą przewodnią tej interpretacji była odpowiedź na pytanie: "czym jest sukces?".
I podążając za interpretacją:
W wieku 3 lat sukcesem jest nie robić w majtki.
W wieku 12 lat sukcesem jest mieć przyjaciół.
W wieku 18 lat sukcesem jest mieć prawo jazdy.
W wieku 20 lat sukcesem jest uprawiać seks.
W wieku 35 lat sukcesem jest mieć pieniądze.

Następnie, gdy minie mniej więcej połowa naszego życia:
W wieku 50 lat sukcesem jest... mieć pieniądze.
W wieku 60 lat sukcesem jest... uprawiać seks.
W wieku 70 lat sukcesem jest... mieć prawo jazdy.
W wieku 75 lat sukcesem jest... mieć przyjaciół.
W wieku 80 lat sukcesem jest... nie robić w majtki.

Za pomocą tej makabrycznej i niestosownej w pewnym sensie (chociaż dosyć zabawnej dla tych, których trudno zgorszyć), a na pewno dosadnej metafory możemy zauważyć, czym tak naprawdę jest ludzkie życie. Widzimy to pomieszanie, przemieszanie, zapętlanie i w efekcie powrót do sytuacji podobnej. Często mamy w życiu wrażenie, że "przecież to już było" i zwykle nie ma to nic wspólnego z deja vu. Zauważmy, że zupełnie, jak przytoczona wyżej interpretacja życie zamyka się i to nie w okręgu, czy owalu, ale w jakimś trudnym do określenia kształcie, który zakłada w pewnym momencie punkt zwrotny i podążanie przez odwrotność dotychczasowej ścieżki naszego życia.
Ale co wydarzyłoby się, gdyby nasza droga do punktu zwrotnego zamieniła się miejscem z tą prowadzącą od tego punktu?!

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć David Fincher w swym filmie "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" (ang. "The Curious Case of Benjamin Button").
Główny bohater zbyt dużego wyboru w życiu nie ma. W dodatku od początku swojego istnienia ma pecha (czy też może nie trzyma się go szczęście?). Rodzi się, jako starzec, co przesądza o jego dalszym bycie, o owej ścieżce do punktu zwrotnego, którą przechodzi będąc młodszym z każdym dniem, z każdym tygodniem, z każdym krokiem. Co ciekawe, jako noworodek, niemowlak i później dziecko o wyglądzie i wszelkich cechach rozwoju osiemdziesięcioletniego mężczyzny wychowywany jest... w domu starców. Miejsce może odpowiednie ze względu na jego wygląd i cechy fizyczne, ale nie ze względu na jego potrzebę rozwoju psychicznego, potrzebę poznania świata, poznania życia. W dodatku Benjamina, który jest biały, wychowuje Murzynka.
Już sam defekt fizyczny, z którym się urodził jest ogromnym obciążeniem, a do tego dochodzą też niezbyt sprzyjające warunki dojrzewania.
Trudno jest mu wśród pensjonariuszy domu starców nauczyć się właściwych dla jego prawdziwego wieku zachowań, trudno mu przejść proces socjalizacji do środowiska, które tworzą ludzie w jego wieku. Jakoś jednak udaje mu się przebrnąć przez wszystkie problemy i dojrzewa, chociaż w sposób niekontrolowany i nieprzewidziany, co też później jest widoczne w jego zachowaniu. I nie chodzi tutaj o to, że będzie niedojrzały, niepoważny, lekkomyślny, ale nie będzie potrafił dostosować swojego zachowania do danej sytuacji, nie będzie potrafił zmierzyć się ze swoimi problemami.
A będzie ich dużo, gdyż jako ciągle młodniejący mężczyzna zacznie wchodzić zarówno w relacje zawodowe, przyjacielskie, jak i damsko-męskie. Zetknie się ze śmiercią, z miłością, fizycznością, seksualnością. Przeżyje niejeden zawód, romans, ogromne uczucie, szczęście, ale też tęsknotę, smutek i nie będzie potrafił znaleźć sobie miejsca. I właściwie okaże się, że ów "punkt zwrotny" jest dla niego najszczęśliwszym czasem w życiu, ale też najkrótszym.

Długo opierałam się, przed tym by ten film zobaczyć. I właściwie przypadkowo trafiłam na seans, raczej z braku innego ciekawego obrazu, niż prawdziwej chęci. Nie pasowało mi to, że nie czytałam opowieści, na której podstawie film jest oparty (taki mam fetysz lekki, że zawsze muszę czytać dzieło przed oglądnięciem filmowej adaptacji). Nie pasował mi gatunek fantasty obok melodramatu. Nie pasował mi Brad Pitt, w takiej wydawałoby się poważnej historii. Nie pasowały mi wreszcie nominacje do Oskara, które "Ciekawy przypadek..." otrzymał, bo jestem daleka od zachwalania najlepszych wg Amerykańskiej Akademii filmów. Ot po prostu gusta mam inne, innych wartości szukam i inne cenię w filmach.
To wszystko sprawiło, iż na seans szłam zniechęcona i właściwie bez wielkich oczekiwań.

Po seansie.
Było na pewno lepiej niż się spodziewałam. Ale czy znowuż znakomicie?!
Po pierwsze okazało się, że zbytnio polegałam na recenzjach znalezionych w Internecie, czy w czasopismach, bo gatunek filmu odbiega od fantasty. Mnie przywodził on na myśl, nie wiem czy całkiem trafnie, realizm magiczny, który zbadałam dosyć dogłębnie w literaturze (m.in. u Marqueza), ale przecież obecny też w filmie. Przywodził mi na myśl, bo obraz ten nie tworzy w sposób pełny fantastyki, ale się o nią delikatnie ociera, w sposób subtelny dotyka jej, ale wciąż jest gdzieś obok i pokazuje pewną iluzję pomieszaną z odrobiną magii. Muszę przyznać, że w tym kontekście film po prostu czaruje widza.
Po drugie Brad Pitt, aktor młody, przystojny okazał się doskonałym "materiałem" na głównego bohatera. Moje obawy nie sprawdziły się i Pitt zagrał znakomicie, chociaż do tej pory postrzegałam go raczej, jako aktora mniej, niż bardziej ambitnego. Wykreował naprawdę niezwykłą postać i on jest właśnie jednym z dwóch najważniejszych plusów tego filmu.
O drugim plusie będzie później, bo teraz po prostu muszę zmierzyć się z widmem nominacji do Oskara dla "Ciekawego przypadku...", które wspólnie ze znakomitymi recenzjami wcale nie przesądziły o zdobyciu ogromnej liczby statuetek. Potwierdziło to też moje stanowisko wobec Amerykańskiej Akademii Filmowej, która w moim mniemaniu nigdy nie docenia filmów lepszych, tylko zwykle te komercyjne, "skazane" na masowy sukces.
W tym przypadku z ulgą przyjęłam informację o słabych wynikach "Ciekawego przypadku...", bo prawdopodobnie byłby to znak lekkiego spaczenia mego gustu. A tak - wyszłam jako tako :)
Natomiast o jednej z moich 'przedfilmowych' obaw się nie wypowiem, bo nie miałam do tej pory okazji zetknąć się z książką stanowiącą podstawę, fundament dla tego filmu.

Po zmierzeniu się z trapiącymi mnie lękami mogłam już oceniać, pozbawiona całkowicie uprzedzeń. A było co oceniać. Począwszy od niezwykłych postaci, zagranych przez niezwykłych aktorów, poprzez owe delikatne muśnięcia magii, aż po nieco ukryty, ale jednak dający się doskonale odkryć i zbadać symbolizm. I chociaż to wszystko jest bardzo istotne i wraz ze wspaniałą historią tworzy monumentalne dzieło, to inny walor doceniłam w tym filmie najbardziej, co ciekawe jest to walor dotychczas w filmach przeze mnie raczej pomijany, ze względu na jego techniczność, mianowicie charakteryzacja. Charakteryzacja była tak niezwykła, wręcz poruszająca, a to z tego względu, że ledwie zauważalna! Nie, nie jestem ślepa, ani głupia i przez większość czasu wiedziałam, że głównych bohaterów grają te same osoby, a także nie wątpię w to, że raczej Brad Pitt nie wcielił się w rolę niemowlaka, ale było kilka momentów, o istnieniu których uświadomiłam sobie dopiero po przemyśleniu i przeanalizowaniu w mej głowie obejrzanych obrazów, czyli w praktyce - po wyjściu z kina. Nie przemówiły do mnie charakteryzacje w "Matrix'ach", we "Władcy Pierścieni", czy w tych wszystkich innych opartych i jednocześnie przesyconych nią filmach.
I teraz najgorsze (ale nie bijcie) - "Ciekawy przypadek..." otrzymał trzy Oscary, w tym jeden.. za najlepszą charakteryzację. Ale nie uważam tego wydarzenia, jako dowodu na spaczenie mojego gustu i poczucia dobrego smaku, więc pozostaje mi zgodzić się z Akademią, chyba pierwszy w życiu raz.

Żeby nie było tak kolorowo to dla kontrastu największy minus w tym filmie moim zdaniem to jego zakończenie. Dosyć przewidywalne, dosyć proste i przez to, iż cały film trzyma w napięciu, rozbudza emocje, wrażenia, pobudza wyobraźnię, zakończenie wszystko psuje i spycha całą naszą fantazję, gdzieś na tor dalszy, a doprowadza raczej do zetknięcia się z rzeczywistością. I to nie rzeczywistością filmową, ale rzeczywistością naszą, bo takiego zakończenia przecież spodziewamy się zawsze i dziwne, że akurat ten film próbuje się z nami bawić w jakieś twórcze niezwykłości.
Szkoda, wielka szkoda, bo w "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" akurat koniec jest początkiem.

Ocena: 4,5/ 6

2 komentarze:

  1. Przerażająca jest ta pętla, zwłaszcza na końcu.
    Na film się chyba wybiorę, bo mnie zaintrygował :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie się zakończenie podobało, nawet łezka popłynęła. Chyba innego nie mogłoby być...

    Jeśli interesuje cię jak dokładnie została zrobiona charakteryzacja i znasz dobrze angielski, polecam ci wykład jednego z twórców "cyfrowego" Benjamina:

    http://www.ted.com/index.php/talks/ed_ulbrich_shows_how_benjamin_button_got_his_face.html

    Też muszę przyznać, że odwalili naprawdę kawał dobrej roboty. Wizualnie film jest niesamowity, choć treściowo to chyba taka trochę bajka.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...