Menu

sobota, 21 listopada 2015

Na londyńskiej karuzeli. "Białe zęby" Zadie Smith

Z lotniska Chareloi do centrum miasta można dojechać za 20 euro.

 Za tę kwotę kierowca otworzy przed Tobą rozsuwane drzwi, pozwoli wpakować bagaż i podwiezie w okolice dworca kolejowego. Podróż trwa przeszło 30 minut.

Nie ma możliwości negocjacji ceny, bo są one jednakowe i odgórnie ustalane przez wszystkich kierowców. Dlatego trzyosobowa rodzina zapłaci aż 60 euro i ani centa mniej. W cenie jest także festiwal mocno egzotycznych piosenek.

 Z Chareloi do centrum Brukseli jeżdżą tylko mężczyźni o ciemnej karnacji będący Kurdami.

Migawki z Londynu. Źródło
Imigranci są ostatnio na tapecie, świeczniku i ekranach telewizorów w całej Europie. Widzimy gigantyczne pochody ludzi idące autostradami, zdemolowane autobusy, matki z dziećmi poupychane w jakiś namiotach, makabryczne obrazy topielców na plażach, zasieki z drutu kolczastego, a także te ostatnie przerażające nagrania z Paryża oraz budzące grozę filmiki przedstawicieli Państwa Islamskiego.

Trwają kłótnie o to, czy w ogóle, a jeżeli tak to ile, powinniśmy przyjąć uchodźców, jak ich weryfikować, gdzie mają mieszkać.

 A przecież już mieszkają. Już przyjęliśmy grupy uchodźców z Czeczeni i z Ukrainy. Już widujemy szczelnie pozakrywane kobiety o smutnych oczach w galeriach handlowych. Już powstał meczet w naszym kraju. Wciąż jednak daleko nam do Paryża, czy Berlina. Lub Londynu.
Kociołek różnych smaków

Przyjaźń to zjawisko ponadkulturowe. Archibald Jones i Samad Iqbal są najlepszym na to dowodem.

Archie jest angielskim białasem, który przypadkowo, na froncie wojennym w Bułgarii, poznaje Samada o karnacji Indusa i bengalskim pochodzeniu. Oboje byli świadkami przedziwnych zdarzeń, obu ich zastał na bułgarskiej prowincji koniec wojny, zaś wspólne przeżycia scementowały tylko ich przyjaźń.

Oboje układają sobie życie, zakładają rodziny i żyją spokojnie w Londynie. Archie i jego czarnoskóra, pochodząca z Jamajki, żona Claire wychowują córkę - Irie. W tym samym wieku, co Irie są synowie Samada oraz jego żony Aslany - bliźniaki Millat i Magid.  Dzieci dorastały razem, w cieniu przyjaźni, jaka łączy ich ojców, chodzą do tej samej szkoły, pochodzą z rodzin imigrantów i wydaje się, że ich problemy będą podobne.

Nic bardziej mylnego. Zresztą w tej powieści wiele elementów staje nagle na głowie. Nic nie dzieje się, tak jak przewidywaliśmy i nic nie toczy się, tak jak powinno. Wszystko dynamicznie kręci się, niczym na wielkiej karuzeli.

Źródło
Oddzielony od brata i rodziców Magid, wychowywany w Bangladeszu przez rodzinę Samada na porządnego muzułmanina, okazuje się ateistą i w dodatku doskonałym naukowcem, czując się przy tym w pełni Anglikiem. Natomiast drugi z braci Millat, wychowywany w Londynie, staje się muzułmańskim fanatykiem i ekstremistą. Irie, która jest doskonale uczącą się i grzeczną dziewczyną, w pewnym momencie odkrywa kłamstwo własnej matki, w efekcie czego wyprowadza się do babci - gorliwego świadka Jehowy - i przeżywa kryzys własnej tożsamości.

Mamy więc pobożnych muzułmanów, czarnoskórych Jamajczyków, wojujących Świadków Jehowy, Bengalczyków, Hindusów, racjonalną, a zarazem przedziwną rodzinę Chalfenów i to wszystko w północnym Londynie, gdzie rodzin, takich jak Iqbalowie i Jonesi jest całe mnóstwo, co dodatkowo wzmaga w czytelniku poczucie realności tych nierealnych zdarzeń.

Wszyscy, tak przecież różni, bohaterowie wrzuceni do jednego kotła zaczynają się mieszać, mącić, burzyć i wzajemnie na siebie oddziaływać. Jednakże mikstura, którą otrzymamy, jako efekt końcowy, niestety nie będzie mieszanką wybuchową.

 Pasta wybielająca 

Udało się Zadie Smith pokazać wielokulturowy Londyn. Zrobiła to z impetem, intrygując czytelnika, wzbudzając w nim niejednokrotnie śmiech i niedowierzanie. Jej bohaterowie są żywi, barwni, ale jednocześnie wydają się kompletnie oderwani od rzeczywistości, momentami też sprawiają wrażenie za bardzo przerysowanych.

Niestety nie polubiłam żadnej z postaci. Każda miała w sobie jakąś dziwną słabość, której nie potrafiła przełamać. W dodatku wydaje mi się, że nie lubię idealistów, nie lubię pogoni za jakimś mitem, bezwzględnego dążenia do ideałów. A tak właśnie robił Samad i tak postępował Archie. 

Początkowo odniosłam wrażenie, że autorka chce wybielić swoich bohaterów. Wiecie, tak samo, gdy chcecie wybielić zęby i nie idziecie do dentysty na profesjonalny zabieg, lecz kupujecie pastę lub żel w drogerii i chałupniczo próbujecie uzyskać zadowalający efekt.

Ale przecież bohaterowie "Białych zębów" tak naprawdę sami chcieli się wybielić. Pragnęli ukazać w lepszym świetle swoje życie, czyny, decyzje. Samad ciągle wmawiał sobie, że posłanie Millata do Bangladeszu to był doskonały pomysł. Claire wprawiając sobie sztuczne zęby i okłamując córkę, chciała ją chronić przed swoją przeszłością. Magid postępował w imię nauki, a Millat w imię wiary. Irie wyprowadzając się z domu szukała własnej tożsamości. To powieść pełna egoistów - żaden z bohaterów podczas pogonią za swoimi ideałami nie ogląda się na innych, nie zważa na to, że ma rodzinę, bliskich, że może kogoś zranić. Po prostu ślepo biegnie w obranym przez siebie kierunku.

W tym wszystkim trochę żal mi Archibalda. Z takim imieniem i przeszłością miał potencjał, który nie został kompletnie wykorzystany. Owszem, Archie wszedł z impetem w powieść, w elektryzujący sposób poznał Claire, ale potem ten nagle wskrzeszony ogień już tylko powoli dogasał. W dodatku, co było bardzo irytujące, momentami Archibald jawił się, jako taki wujek dobra rada, cierpliwie wysłuchujący żalów Samada i przymykający oko na jego dwulicowość.

Źródło 
Najbardziej w "Białych zębach" podobała mi się symbolika. Zęby, jako coś utraconego, zagubiona tożsamość. Claire traci zęby i wstawia sobie sztuczne, tak jakby chciała ukryć swoje korzenie, odciąć się od swojej rodziny. Irie, która chce zostać dentystką, a więc zęby leczyć, wydaje się, że może uzdrowić matkę.

Do tego białe zęby, wyróżniające się na tle ciemnej karnacji, jako jeden ze znaków szczególnych imigrantów. Lecz jeżeli zęby kiedykolwiek były białe to teraz pożółkły od wypalonych papierosów, popołudniowej herbaty i niespełnionych ideałów. Niektóre popsuły się, a następnie powypadały. 

Zupełnie, jak niespełnione marzenia. _______________________________________________________________________________

Pierwsze słowa: 

"Początek dnia, schyłek stulecia, Cricklewood Broadway. Pierwszego stycznia 1975 roku, godzina 6:27. Ubrany w sztruksowy garnitur Alfred Archibald Jones siedział z twarzą wspartą na kierownicy w wypełnionym spalinami samochodzie cavalier musketeer estate, żywiąc w duchu nadzieję, że nie będzie osądzony zbyt surowo"

Oryginalny tytuł: "White Teeth"

Rok pierwszego wydania: 2000 rok

Tłumaczenie: Zbigniew Batko

Liczba stron: 528



Ocena: 5/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...