Menu

środa, 20 stycznia 2010

"Sześćdziesięciu, i więcej, milionom...". "Umiłowana" Toni Morrison

Gdy uświadomiłam sobie, że na świecie istnieją ludzie o różnych kolorach skóry miałam około czterech lat i wówczas empirycznie doświadczyłam spotkania z czarnoskórym lekarzem w Polsko-Amerykańskim Instytucie Pediatrii w Krakowie, gdzie byłam na badaniach. Wcześniej oglądałam oczywiście różne filmy, seriale z czarnoskórymi aktorami, ale i tak konfrontacja telewizyjnego świata z rzeczywistością była szokiem.
Teraz oczywiście nie dziwi mnie już obecność czarnoskórego kolegi z roku na zajęciach uczelnianych, mocno "opalonego" dentysty w Instytucie Stomatologii, czy kontrastującego dosyć mocno z koloratką księdza w mojej parafii pochodzącego z afrykańskiego Malawi.

Niemniej jednak nigdy nie czytałam książki, w której niemalże wszyscy bohaterowie byliby Afroamerykanami, w której praktycznie wszyscy "biali" to postaci negatywne i wreszcie której akcja rozgrywa się w Ameryce okresu niewolnictwa (zatem przed uchwaleniem XII poprawki do Konstytucji USA, która znosiła niewolnictwo w całym kraju).
Aż do teraz.

Muszę przyznać, że powieść "Umiłowana" Toni Morrison wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony pozytywne, z drugiej strony negatywne, a z trzeciej neutralne.
Począwszy od ogólnego zainteresowania, gdy wypatrzyłam znaną z widzenia pomarańczową okładkę na bibliotecznej półce, poprzez zadowolenie gdy dowiedziałam się, że jest to książka Noblistki (moja pierwsza od dłuższego czasu) i jednocześnie zdobywczyni Pulitzera (moja pierwsza świadoma) oraz gdy rozpoczęta przeze mnie lektura bardzo mnie wciągnęła, aż po lekkie zdziwienie, gdy przeczytałam Posłowie powieści.

Sethe mieszka ze swoją najmłodszą córką - Denver w Cincinnati, w stanie Ohio. Ich życie, wcale niełatwe, naszpikowane było porzuceniami. Najpierw porzucił je Halle Suggs, ukochany mąż Sethe, jeszcze przed narodzinami Denver. Później porzucili je synowie Sethe - Buglar i Howard, którzy uciekli nagle z domu pewnej zimy. Na koniec zaś porzuciła Sethe i Denver - Baby Suggs - teściowa i babcia, prawdziwa opoka, cudowna osoba, która odeszła z ich życia niestety na wieczność.
Wydawałoby się, że powinny żyć spokojnie, nawzajem się wspierać i pomagać sobie, gdyż je obie mocno doświadczył los, a przecież nieszczęścia mają to do siebie, że w końcu mijają i nadchodzi radość, szczęście, nadzieja na lepsze dni.
Owszem, być może dzieje się tak u innych. Ale nie w domu nr 124 w Cincinnati. Nie w czasie, gdy zamieszkuje w nim pracująca w restauracji Sethe i jej dopiero dojrzewająca córka Denver.
Dom ich bowiem jest nawiedzony i dzień w dzień pląta się po nim duch dziecka, który odstrasza wszystkich gości, tak skutecznie, że obie kobiety są całkiem samotne. Oczywiście - do czasu, bo pewnego razu ich los się odwraca i zamiast zabierać daruje im towarzystwo i jednocześnie uwalnia od dotychczasowych problemów. Daruje im Paula D., dawnego znajomego Sethe, a krótko potem zsyła im także młodą, uroczą dziewczynę, o mentalności dziecka. Wydawałoby się, że wszystko układa się już wtedy idealnie, ale niestety w domu zbiegłych z Kentucky niewolnic jest nieco za ciasno. Kolejne wydarzenia ukazują Czytelnikowi, jak bardzo i co jest odpowiedzialne za ten stan rzeczy.

Czytając "Umiłowaną" początkowo cały czas miałam przed oczami ludzi z moją karnacją - niezbyt jasną, niezbyt ciemną, nieco opaloną wakacyjnym słońcem. Z trudnością wielką przyszło mi wyobrażenie sobie, że bohaterowie są czarnoskórzy, ale mniej więcej w połowie książki się to wreszcie udało niemalże idealnie. "Niemalże", bo do tej pory przybyłą młodą dziewczynę o tytułowym imieniu wyobrażam sobie, jako szczupłą, delikatną i kruchą blondynkę o bardzo jasnej, wręcz kredowej cerze, w pięknej sukni ukazującej jej lekkie kształty. Może dzieje się tak dlatego, że delikatność nie kojarzy mi się z Murzynkami, z ich okrągłymi biodrami, którymi potrafią ruszać lepiej niż którakolwiek białaska, obfitym biustem, za którymi mężczyźni szaleją, poskręcanymi włosami dodającymi raczej wrogości aniżeli lekkości ich masywnym sylwetkom. Choć muszę przyznać, że u niektórych bohaterek Morrison nadana im ostrość i potęga bardzo pasowała, a wręcz była niezastąpionym i genialnym składnikiem całej powieści.
Myślę tutaj o Sethe, która chociaż bardzo rodzinna, owładnięta instynktem macierzyńskim, potrafiła być twarda, silna i jednocześnie okrutna. Myślę o Baby Suggs, która swą charyzmą potrafiła zgromadzić tłumy, która posiadając dużo samozaparcia i postawności stała się symbolem walki o zniesienie ucisku czarnych, o zniesienie niewolnictwa. Myślę też o Denver, która chociaż początkowo bardzo dziecinna, naiwna, dziewczęca z czasem dojrzewała, dorastała do tego by okazać swój sprzeciw, swój upór przeciwko zaistniałej sytuacji i stanęła do walki, zadziałała, czym uratowała chociaż szczątki swojej rodziny, a co za tym idzie swej tożsamości.
Te trzy kobiety były nie tylko doskonałymi przedstawicielkami silnej ręki, która w naszej rzeczywistości przypisywana jest Ślązaczkom, a w społeczeństwie amerykańskim kojarzy się jednoznacznie z Murzynkami. Były także doskonałymi symbolami walki o wyzwolenie, o swoje życie, swoją wolność, które kilka lat po wojnie secesyjnej (wojnie spowodowanej utrzymywaniem się niewolnictwa w niektórych stanach) wciąż nie mogły być spokojne o swój byt.

Powieść Toni Morrison to zatem nie tylko miła historyjka, o niesamowitych przygodach dotykających murzyńską rodzinę, ale to przede wszystkim naznaczona cierpieniem, strachem, ciągłym lękiem o przyszłość opowieść o okrucieństwie tamtych czasów spowodowanych niewolnictwem, uciemiężeniem Afroamerykanów. Czytelnik może poznać sposoby, jakie wymyślali niewolnicy by móc uzyskać wolność (nie "odzyskać", gdyż tak naprawdę nigdy jej nie mieli, od urodzenia byli niewolnikami). Wydawałoby się, że wystarczy uciec, skryć się gdzieś, przeczekać, czy oddalić się - wszak Stany to taki ogromny kraj. Nic bardziej mylnego. Jeżeli uciekać to tylko dzięki pomocy białych, tylko z wsparciem tych bardziej ludzkich, gdyż w innym wypadku można było się narazić na śmierć, czy na różne wymyślne tortury, w tym na umieszczenie w obozie pracy, a ucieczka z obozu była już przedsięwzięciem niezwykle ryzykownym. A i tak po ucieczce, choćby do stanu gdzie niewolnictwo zniesiono, z niepokojem powinno obserwować się wszelkie przejeżdżające konwoje, bo być może "właściciel" przypomniał sobie o swojej "zgubie" i przyjechał ją odzyskać. Jeżeli natomiast uzyskać wolność w inny sposób to było to możliwe tylko wtedy, gdy miało się kogoś kto byłby skory pracować w dni wolne po to by wykupić cudzą wolność - oczywiście możliwości były tutaj skończone i ograniczały się do członków najbliższej rodziny. Osobiście przeraża mnie myśl o podróży przez ogromny, nieznany kraj, do obcego miejsca, dalekiego stanu gdzie niewolnictwa nie ma, jedynie z papierkiem świadczącym o naszej wolności - wydaje mi się, że każdy napotkany biały mógł ten świstek po prostu potargać, z pełną świadomością tego, że wolności w inny sposób nie da się dowieść.
W tym kontekście uważam "Umiłowaną" za prawdziwe arcydzieło, które bardzo szeroko otworzyło mi oczy na problemy tamtych czasów i pozwoliło poznać tamtejsze realia.

Jednakże kilka kwestii całkowicie zaburzyło mój obraz lektury.
Sama postać Umiłowanej, cukierkowo-naiwna, głupia, prymitywna, chodząca niczym bóstwo, siejąca zamęt - tak bardzo mnie denerwowała, że chciałam już nawet omijać fragmenty kiedy się pojawiała, ale że pojawiała się wszędzie, co chwilę, byłoby to utrudnione. Nie widziałam w tej postaci tragizmu, a jedynie złośliwość, upór, szaleństwo i ogromny egoizm, a tych cech wszystkich razem niestety nie toleruję, także u postaci fikcyjnych.
Zdaję sobie oczywiście jednak sprawę, że być może to celowa kreacja i uwypukliły ją elementy magiczne, od początku towarzyszące Umiłowanej, a w powieści istniejące od pierwszej strony i od dziecięcych złośliwości ducha prześladującego Sethe i Denver. Dla mnie jednoznacznie magia, fantastyczność wprowadzona obok do gruntu realistycznej historii kojarzyła się z realizmem magicznym i zastanawiałam się nawet nad tym, czy nie przesadzam szukając tego nurtu wszędzie tam, gdzie pojawiają się duchy, zjawy, niewyjaśnione zjawiska, ale z każdą stroną utwierdzałam się w tym przekonaniu i w momencie gdy zamknęłam przeczytaną już książkę byłam pewna wystąpienia tego niezwykłego nurtu.
Pewna byłam jednak do czasu przeczytania posłowia zatytułowanego "Od tłumaczki", które dosyć pokrętnie realizm magiczny stara się wyprzeć ze świadomości czytelnika stwierdzeniem, iż powieść Morrison jest wszak pełna biblijnych elementów, a nie po prostu magicznych (czyli zapewne też może pogańskich) Ja osobiście nie nadawałabym tej książce aż takiej wagi. Chociaż widziałam pewne skojarzenia, elementy, jak choćby tak podkreślane kilkakrotnie zmartwychwstanie, czy cytat będący mottem powieści to niewłaściwym wydaje mi się doszukiwanie się inspiracji Biblią w tej niewolniczej powieści. Poetycki język również nie przywodził mi na myśl wersetów biblijnych i w tej kwestii uważam takie stwierdzenia za przerost formy nad treścią. A co za tym dosyć dużą nadinterpretację, chociaż z drugiej strony doceniam walory takiego spojrzenia na "Umiłowaną" (mimo, iż nie traktuję tłumacza, jako podmiot władny w kwestii wykładni dzieła - umiejętności językowe nie do końca świadczą o wiedzy, bogatej wyobraźni oraz spostrzegawczości).

I chociaż "Umiłowana" nieco mnie rozczarowała to i tak polecam wszystkim zmierzenie się z tą książką. Wydaje mi się, że Czytelnik albo będzie ją kochał bezwzględnie, albo - tak jak ja - będzie miał całkowity zamęt i mętlik w głowie nie wiedząc jak ją ocenić. Nie da się zaś na pewno jej nienawidzić.

Ocena: 4,5/6


Przyznam jeszcze, że nieco trudno zaliczyć tę książkę do literackiego amerykańskiego Południa, gdyż akcja powieści toczy się w dwóch stanach - Ohio i Kentucky, które znajdują się na północnym-wschodzie USA, a nie zaś na południu (tak samo autorka powieści pochodzi z Lorain w Ohio). Niemniej jednak przyznaję, iż "Umiłowana" pachnie tym południowoamerykańskim klimatem, którym emanuje chyba każdy murzyński dom.

8 komentarzy:

  1. Fakt, że wyobrażałaś sobie Umiłowaną jako drobną blondynkę chyba najdobitniej świadczy o tym, jak bardzo nasza kultura i postrzeganie skupione jest na jednej rasie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam Claudette,
    Chciałabym Cię zaprosić do łańcuszkowych pytań. Jesteś jedną z trzech osób które wytypowałam do odpowiedzi.
    Pytania znajdziesz na moim blogu.
    Pozdrawiam serdecznie :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie przedstawiłaś swoje wrażenia po lekturze, jestem pod wrażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chciałam tylko powiedzieć, że niesamowicie podoba mi się, jak prezentujesz swoje książki na zdjęciach. Niestandardowo, pięknie... Fajny pomysł, być może go od Ciebie zapożyczę, jeśli pozwolisz. :-) Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja ostatnio myslałam żeby powrócić do tej książki, bo mam ją w swoich zbiorach ale zaczynałam ją czytać BARDZO dawno temu i nie doczytałam, ostatnio myślałam, żeby do niej powrócić i chyba utawię ją w kolejce do czytania:-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeszcze tylko pytanie (bo mi się przypomniało), czy przesyka dotarła?

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja pokochałam książkę bezwględnie i cieszę się, że wyzwanie literackie tak się przyjemnie dla mnei zaczęło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawa recenzja. Sama nie mogę się doczekać, aż połknę "Umiłowaną" :) czeka cierpliwie na półeczce na swoją kolej.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...