Menu

wtorek, 13 grudnia 2011

Hity spod lady. "Wampir z m3" Andrzej Pilipiuk

Dzisiejszy świat galopuje niczym rącza gazela. Konsumpcjonizm atakuje nas już z każdej sklepowej wystawy, z każdego odebranego nieopatrznie e-maila, czy nawet z każdego ruchu kciuka błądzącego po pilocie od telewizora.


I pomyśleć, że kiedyś tego wszystkiego nie było. Nie było tysiąca kanałów telewizyjnych, wystawy sklepów rozczulały jedynie makabrycznymi atrapami produktów, które powinny być dostępne od ręki (lecz nie były), a o Internecie nikt wtedy nawet nie marzył.
Istniała za to ważna i przydatna rzecz dla każdego konsumenta - reglamentacja towarów. Chcąc kupić cukier dzisiaj idziemy do supermarketu i albo go załadujemy do koszyka, albo w ogóle nie uświadczymy na półce. Niegdyś musieliśmy mieć poza chęcią nabycia cukru, także kartkę uprawniającą do jego kupienia, którą można było zdobyć w sposób bardziej lub mniej legalny. Lecz nawet posiadacze kartek musieli liczyć się z tym, że pożądanego towaru mogą jednak nie otrzymać.

Porządek musi być

Mieszkania w PRLu to temat rzeka. Nie było z nimi rewelacyjnie, zresztą tak jak z wszelkimi dobrami w tamtych czasach (nie dotyczy to prawdopodobnie octu). By otrzymać własne cztery kąty należało zapisać się na listę oczekujących. Z czasem powstawały też listy oczekujących na oczekiwanie. Szansę na skurczenie czasu oczekiwania mieli Ci, którzy przysłużyli się ludowej ojczyźnie, robotnicy przemysłowi, suwnicowe, milicjanci, urzędnicy. Prominenci partyjni mogli wprowadzać się do własnych mieszkań właściwie od razu. Plusem tej sytuacji było to, iż każdy prędzej czy później otrzymywał wymarzone mieszkanie i to prawie za darmo. Ceną był wkład budowlany płacony na początku i później regularnie, co miesiąc, ale przecież można było, po uprzednim opłaceniu mistrzów w spółdzielni, zamieszkać we własnym M3.

Niektórym nie dane było sprawnie funkcjonować w tej szczególnej sytuacji politycznej, w tej przedziwnej gospodarce planowanej. Choćby wampiry - one to dopiero nie miały łatwego życia. Nie dla nich była żywność na kartki, przydziały mieszkań, samochodów, pralek, lodówek oraz innego AGD i RTV. Jako istoty nadprzyrodzone nie miały bowiem właściwie prawa istnieć w ateistycznej rzeczywistości PRLu. Ale nie oznacza to, że nie istniały...

Krwisty stek raz

Gosia, przytłoczona mnóstwem młodzieńczych problemów, nieodwzajemnioną miłością do cudownego Limahla, który zdaje się nie mieć o jej istnieniu bladego pojęcia, zrozpaczona interesownością swojego chłopaka, postanawia popełnić samobójstwo.

Czyż to nie doskonały początek mocnej i głębokiej powieści psychologicznej? Nie tym razem.

Gosia budzi się następnego dnia w mrocznym miejscu. Okazuje się, że nie śpi we własnym łóżku, lecz w wyściełanej trumnie w jakimś grobowcu. Minął tak naprawdę nie jeden dzień, ale długi czas, rodzina na jej widok ucieka z krzykiem wciąż wmawiając sobie, że przecież pochowali niepokorną samobójczynię. W dodatku nasza bohaterka za nic na świecie nie może poprawić sobie fryzury ani przypudrować noska, gdyż nie widać jej odbicia w żadnym lustrze, a jej serce nie bije tak jak powinno oraz jakoś radzi sobie bez oddychania... Diagnoza? Przewlekły wampiryzm.


Ale Małgosia jakoś nie wierzy. Nie przyjmuje do wiadomości tego kim się stała, dopóki nie spotyka na swej drodze takich samych jak ona, wampirów próbujących przetrwać w komunistycznej rzeczywistości. Niektórym udaje się żyć na całkiem dobrym poziomie, wykorzystując nabyte przed kilkuset laty umiejętności stają się bowiem doskonałymi robotnikami i swoje przyjemne życie okupują ciężką pracą w fabryce i dzieleniem się z innymi swym wielkim doświadczeniem. Inni porzucają wszystkie dotychczas wyznawane poglądy na rzecz jedynej światłej idei... komunizmu. Do paczki należy też dostojny hrabia, funkcjonujący całkiem dobrze pod rządami proletariatu, a nieco poza nią jest przystojny wilkołak, prawdziwy młody gniewny, który kilka razy, nie wiedzieć czemu, ratuje Gosię z opresji.

Wszyscy oni, persony non grata, wyjęci spod prawa, żyjący na marginesie społeczeństwa, ostrożnie planujący każdy krok w obawie przed esbecją, mocno zatracili swój wielowiekowy charakter. Stali się leniwi, ponuro przyjęli wszystkie niedogodności życia w ukryciu i wyzbyli się już nawet ochoty na picie ludzkiej krwi, czy częste przemienianie się w wilka. Przed zbliżającym się upadkiem tradycji i obyczajów może ochronić wampiry znalezienie tajemniczej księgi, do poszukiwań której ochoczo przystępują.

Spokojnie towarzysze

Piekielnie bałam się czytać „Wampira z M3” w miejscach publicznych. Bowiem sięgając po tę książkę w kolejce w przychodni, czy urzędzie, podróżując komunikacją miejską co rusz, jak rasowa wariatka, wybuchałam głośnym śmiechem. A śmiać miałam się z czego, bo powieść ta to plątanina wartkiej akcji i porażającego humoru.

Mamy tu babcię-dewotkę przypuszczającą atak na wampiry wraz z paczką uzbrojonych po zęby i mocno leciwych Akowców, mamy mumię egipskiego kapłana nagle budzącą się do życia w muzeum, której za wszelką cenę trzeba pomóc wydostać się z zamkniętego, komunistycznego kraju do dalekiego Egiptu. Mamy szmuglerów, cinkciarzy, histeryczny napad na Pewex, poszukiwanie deficytowego towaru, jakim jest eleganckie sukno. Mamy wreszcie ciekawe relacje „międzyludzkie”, a właściwie „międzywampirowe”, rozciągające się też na inne istoty nadprzyrodzone, które ze względu na niebijące serca i niepulsującą w żyłach krew są kompletnie nieemocjonalne.

Andrzej Pilipiuk naprawdę się postarał i stworzył prawdziwie prześmiewczą, ironiczną, krwiożerczo-uroczą odpowiedź na nagłe zapotrzebowanie rynku czytelniczego na wampirze opowieści. Jednakże takich wampirów, jak w tej powieści nie spotkacie nigdzie indziej (no może jeszcze u Pratchetta…) – to Wam gwarantuję!

Oczywiście lekturę tę Wam polecam, chociaż sama wobec „Wampira z M3” mam ambiwalentne uczucia. Czytając go zawsze po kilku chwilach uświadamiałam sobie, że przecież ja nie lubię fantastyki! Wręcz jej nie znoszę!

Po czym szybko wracałam do dalszej lektury…

I tym razem nie mam nic na swoje usprawiedliwienie!

Ocena: 5/6


Wampiry są wszędzie. Atakują nas ze sklepowych półek, z telewizyjnych reklam, boję się już otworzyć lodówkę, nie mówiąc o konserwie. Ale wampirów w PRLu jeszcze nie było (no może poza jednym wampirem z Bytowa, lecz to już inna historia). A u Pilipiuka są. I to jakie!
***
Wszystko sprzysięga się przeciwko mnie i nie pozwala mi uzupełniać recenzyjnych zaległości. Albo muszę gdzieś jechać, coś załatwić, z kimś się spotkać, albo źle się czuję, albo nie mam weny, a wczoraj nie miałam też internetu, więc ta recenzja przeleżała sobie całą noc na pulpicie i dopiero teraz znalazłam chwilę by ją opublikować. Z okazji braku internetu wczoraj nie było również kolejnego odcinka moich wynurzeń, czyli cyklu "Nie lubię poniedziałku...". To wszystko zaczyna być naprawdę frustrujące ;)
***
Literacko błądzę wciąż po pałacach i czytam dosyć zaskakującą "Grę o pałac". Ponadto wciąż powoli, po rozdzialiku, zaznajamiam się z Panem Palikotem i jego przemyśleniami na temat polskich elit politycznych. Na półce czeka (i z niecierpliwości przebiera nogami) Stefan Król ze swoim "Dallas '63", a obok intrygujące "Żniwo gniewu". Powiedzcie mi jak wydłużyć dobę? ;)

6 komentarzy:

  1. Chętnie sięgnę po tą pozycję, chociaż nie przepadam za takimi klimatami. Przekonała mnie Twoja recenzja. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem ta książka zdecydowanie jest warta polecenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rewelacyjna recenzja, aż po prostu chce się od razu z miejsca poznać tę książkę i tak widocznie uczynię.
    Co do wydłużenia doby nie znam sposobu, ale mi też chętnie by się takie coś przydało.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie najbardziej w pamięci utkwił fragment, gdy ten gościu co miał pomagać Gosi (nie pamiętam jak się nazywał) znalazł kosteczkę w parówce, i o mało się tą kosteczką nie udławił. Radość z faktu, że to jednak może być robione z mięsa - bezcenna:)

    Pilipiuk ma świetne pomysły i potrafi je przekuć w dobrą książkę. Szału jednak nie ma:) "Wampir...", aż tak bardzo mnie nie zachwycił. To porządne czytadło na przykład do pociągu:)

    Recenzja świetna:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Postanowiłam jakiś czas temu, że od wampirzych historii będę się trzymać z daleka ( zdarzyło mi się kilka książek o wspomnianej tematyce przeczytać i na razie mówię : dosyć !). Ale nigdy nie wiadomo...Jak całe to wampirze szaleństwo minie, gdy czytanie o krwiopijcach i wilkołakach stanie się zupełnie passe - to wtedy z czystej przekory może po literaturę o wampirach sięgnę.
    Co do recenzji - podzielam w pełni zdanie innych komentujących.

    Ps. Skracanie doby - naukowo niewyjaśnione jeszcze zjawisko, które występuje zwłaszcza przed świętami Bożego Narodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. tetiisheri, cieszę się, że Cię przekonałam. Książka na pewno warta poznania. Pozdrawiam!

    BlackFairy, zgadzam się. Przerażająco i porażająco śmieszna! Pozdrawiam :)

    Cyrysia, dziękuję za komplement. Ale recenzja niezła, bo książka świetna :) Pozdrawiam!

    charliethelibrarian, zgadzam się. Pomysł przedni, można się pośmiać, wyluzować, połknąć w czasie podróży, ale bez głębszych emocji, bez tego "czegoś". I dlatego ma u mnie 5, a nie 6 :) Pozdrawiam!

    ronja, ale to właściwie nie wampirza historia. To coś więcej. Po wampirze lektury nie sięgam i do tej pory nie przeczytałam choćby "Zmierzchu" (innych tytułów nawet nie znam!), a od Pilipiuka nie mogłam się odgonić. Tak żądna krwi to lektura ;)

    Doba skraca mi się cały czas, nie tylko przed Świętami. Może to jakaś przewlekła dolegliwość? Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...