Menu

sobota, 5 grudnia 2009

Małomiasteczkowy powiew. "Jedyne, czego pragnął" Anita Shreve

Ostatnio mam szczęście do książek o rozterkach damsko-męskiego pożycia. Mam też widocznie powodzenie jeśli chodzi o powieści osadzone w rejonach Nowej Anglii, w pięknych okolicznościach Bostonu, czy New Hampshire.
Zlustrowałam niedawno, chociaż pobieżnie, bardziej współczesny obraz tego regionu USA (o ile współczesnością można nazwać lata '60
i '70 XX wieku), a teraz dzięki całkowitemu zbiegowi okoliczności w moje ręce wpadła historia ukazująca tamte miejsca z jeszcze starszego punktu widzenia.

Anita Shreve w swojej powieści "Jedyne, czego pragnął" przenosi bowiem Czytelnika w rzeczywistość przełomu wieków. Począwszy od 1899 roku, aż po raczkujący dopiero XX wiek.
Przenosi do małej mieściny Thrupp, przesiąkniętej wprost zapachem, zwyczajami, mentalnością Nowej Anglii. Plastycznie przedstawia nam obraz tragedii, która wydarzyła się u schyłku XIX wieku, gdy pożar tamtejszego hotelu pochłonął kilkanaście istnień ludzkich. Prowadzi nas szerokimi korytarzami tamtejszej uczelni, która chociaż prowincjonalna wydaje się być poważana w świecie nauki. Wreszcie wypuszcza nas na ulice, po których suną pierwsze automobile, zaprowadza do parków, wciąż smaganych wiatrem oraz zaprasza do salonów tamtejszych domostw, (niektórych jeszcze z epoki kolonialnej, innych nowoczesnych, wielkich), w których toczy się codzienne życie niecodziennych mieszkańców Thrupp.

Nicholas Van Tassel, jako profesor wykładający literaturę angielską
i retorykę jest bardzo wrażliwym, emocjonalnym mężczyzną, którego jednak cechują także wytrwałość, cierpliwość
oraz wielkie ambicje. Pożar miejscowego hotelu jest dla niego niespodziewanym zrządzeniem losu, gdyż w takich okolicznościach poznaje osobę, która zauroczyła go bez reszty.
Etna Bliss już od samego początku niesie ze sobą tajemnice. Profesor Van Tassel początkowo nie wie nawet skąd wzięła się w miasteczku akademickim, później zaś gdy przekraczają kolejne poziomy znajomości nie dowiaduje się praktycznie niczego więcej. Etna jest oszczędna w słowach, nieskora do zwierzeń, a Nicholas nie pytając
o dręczące go momenty jej życia bezpowrotnie traci kolejne okazje.
Jak ważne są takie okazje i jak istotne są to pytania Czytelnik pojmuje bardzo szybko, bo gołym okiem widać, że relacje tej pary od samego początku są dziwne. Oczywiście czasy, w których żyją odciskają piętno na ich zażyłości (a raczej na jej braku), ale dystans jaki muszą zachowywać w swych rozmowach, kontaktach jest tylko udawany, gdyż oboje pod pozorem powściągliwości, ostrożności wchodzili już wcześniej w różne związki fizyczno-uczuciowe.
W tym kontekście tajemniczość Etny i całkowicie oddanie, ufność Nicholasa uzyskują niezwykły wymiar.

Mnie historia tocząca się na kartach książki Anity Shreve bardzo wciągnęła. Byłam pod ogromnym wrażeniem języka, w jakim narrator snuje swą opowieść.

Ale nie byłabym sobą, gdybym jednak czegoś nie skrytykowała. I nie będzie to kompozycja, nie będzie to też sama treść. Bardzo nie przypadły mi natomiast do gustu kreacja głównego bohatera,
a konkretnie dwa szczegóły: jego całkowita, bezsprzeczna naiwność oraz pewne zniewieścienie.


O ile naiwność do pewnego stopnia mogła wynikać ze stanu zakochania i radosnego uniesienia, to jednak taka jej forma nie dopuszczająca ani jednego głosu rozsądku (nawet ziarenka) wydaje mi się niewłaściwa dla wykształconego mężczyzny, który powinien przewidzieć, że prędzej czy później jego decyzje będą miały niezbyt radosny finał. Nicholas, co prawda, zastanawia się nad konsekwencjami swoich czynów, ale w zupełnie innym kontekście. Finalnie cechuje go więc niepoprawny optymizm
i dziecięca wręcz ufność w to, że wszystko jakoś się ułoży.
Zniewieścienie Van Tassela dotyczy natomiast charakteru bohatera
i jego zachowań. Momentami wydawało mi się, że jest on kobietą skrywającą swoją tajemnicę w męskim ubiorze, bo jego nadmierna wrażliwość, doskonałe wyczuwanie kobiecych myśli, planów, intencji
i wreszcie pamięć do szczegółów takich, jak chociażby krój sukni (pomijam już doskonałą znajomość kolorów, o którą nie posądzałabym żadnego Pana, nawet z takich romantycznych czasów, jak przełom wieków XIX i XX) świadczą o cechach niepodobnych tak odważnym mężczyznom (wszak Van Tassel podjął się walki o rękę, usta i przede wszystkim serce Etny).
I takiej silnej męskiej ręki, tupnięcia nogą w razie potrzeby, brakowało mi do tego, by uznać tę powieść za doskonałą. A szkoda, wielka szkoda.

Ocena: 5/6

5 komentarzy:

  1. W świetle innych powieści Shreve, które czytałam, np. Żona pilota, Światło na śniegu- ta jest najlepsza. Bardzo mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  2. :) nie czytałam jeszcze nic tej autorki. Kojarzy mi się z romansidłami, ale teraz może poszukam w bibl. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, to nie są romansidła. Tej jeszcze nie czytałam, ale cenię Shreve, do tej pory mnie nie zawiodła.

    OdpowiedzUsuń
  4. Joanno muszę przyznać bez bicia, że to dzięki Twojej recenzji (o ile się nie mylę zamieszczonej na Twym poprzednim blogu) sięgnęłam po tę książkę i to nie tylko dlatego, że zapamiętałam zdjęcie jej okładki, ale bardzo mnie zaciekawiła i jak widzisz również mi się podobała. Obawiam się jednak sięgnięcia po inne książki Shreve, skoro twierdzisz, że nie są aż tak dobre...

    2lewastrona polecam tę pozycję, romansidłem absolutnie nie jest!

    Dededan gorąco polecam. Fabuła jest niezmiernie wciągająca, a wraz z interesującym językiem powieści tworzą niezwykłą kompozycję. :) Niestety nie mam porównania, bo nic Shreve, poza tą pozycją, nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
  5. A więc obowiązkowo dodaję powieść do swoich "must-read", jeśli traktuje o sprawach damsko-męskich... :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...