Menu

wtorek, 28 kwietnia 2009

W obliczu mezaliansu... religijnego. "Rabin" Noah Gordon

Gdy prawie rok temu odwiedziłam, według niektórych nieistniejące, według innych święte państwo Izrael wydawało mi się, że moja wiedza o kulturze żydowskiej uległa diametralnej zmianie i znacznie się poszerzyła. Wcześniej bowiem nie wiedziałam praktycznie nic (oczywiście poza takimi książkowo-szkolnymi informacjami /plotkami?/, dlaczego Żydzi nie świętują w niedzielę, czemu nie noszą krzyży, z jakiego powodu wyglądają, jak wyglądają, czy choćby dlaczego chrześcijańskie dzieci powinny się ich bać) na ten temat.

Po lekturze "Rabina" Noaha Gordona moja wiedza znowu uległa poszerzeniu, co niezmiernie mnie ucieszyło, ale tym razem nie mogę już, doświadczona poprzednimi pochopnymi stwierdzeniami, orzekać, iż kulturę żydowską znam, chociażby dlatego, że pojawiło się w mej głowie jeszcze więcej znaków zapytania.

Ale! "Rabin" w końcu podręcznikiem nie jest, nawet nie przypomina żadnego przewodnika, czy albumu, lecz jest powieścią i to w dodatku osadzoną w realiach społeczności amerykańskich Żydów, dlatego głównym zadaniem tej lektury nie jest przekazywanie jakiejś głębszej wiedzy specjalistycznej, bądź jej poszerzanie, ale poznanie nietuzinkowej historii urozmaiconej swoistego rodzaju mezaliansem (ja nazwałabym go religijnym mezaliansem).
Poznajemy wychowanego w żydowskiej rodzinie (zresztą nawet niezbyt ortodoksyjnej), w duchu dawnych tradycji przeplatanych z bardziej nowoczesnymi zwyczajami, wykreowanymi poprzez wybiórcze usuwanie skostniałych elementów, chłopaka (właściwie młodego mężczyznę), który postanawia, wbrew swoim wcześniejszym planom, zostać rabinem. Nie byłoby w tej historii nic dziwnego, czy też strasznego, gorszącego, gdyby nie spotkanie przez rabina, już w trakcie swojej, powiedzmy, posługi kapłańskiej, wielkiej miłości swego życia, wybranki serca, która jest... chrześcijanką. Chrześcijanką, czyli innowiercą i to w dodatku córką pastora!
Historia ta opowiedziana naprawdę w interesujący sposób, w przystępnej formie, z czasem coraz bardziej zaskakuje, nie tylko dzięki nowym wątkom, ale także poprzez zabiegi, jakimi posłużył się autor, które po dłuższym czasie okazują się nieco nietrafne i odbierają Czytelnikowi cząstkę przyjemności z odkrywania lektury poprzez wprowadzenie w stan niewielkiej (ale zawsze!) przewidywalności zdarzeń.

Niestety z przykrością wykryłam też pewne inne uchybienia w lekturze. Dla mnie minusami tej książki były rozwiązania autora nie mające jednak związku z przewidywalnością, bo nie przeszkadzała mi ona zbytnio - w końcu powieść nie jest kryminałem, czy thrillerem. Denerwowały mnie konkretnie dwa elementy.
Po pierwsze uprzedzenia. Typowe, znane nam, może nieco nawet wyolbrzymiane w mediach, żydowskie uprzedzenia. Nietrudno się domyślić czego one dotyczą i kto jest wskazywany, jako główny winowajca (i nie są to obywatele Niemiec). Drażniło mnie to niezmiernie!
Po drugie wydaje mi się, że brak głębszego zastanowienia nad tym, w jaki sposób przedstawić postać żony tytułowego rabina bardzo szkodzi całości książki. Nie oczekiwałam głębokiej analizy psychologicznej tej bohaterki, bynajmniej, ale nawet powierzchowny opis emocji na pewno nie zaszkodziłby całej historii, a jedynie pozwolił na lepsze jej zanalizowanie, czy zaopiniowanie.
Poza tym - w końcu jestem kobietą i pożerała mnie zwykła żeńska ciekawość - dowiedziałabym się jakimi motywami kierowała się bohaterka, którą już zdążyłam polubić.

Zaskoczyły mnie natomiast w "Rabinie" opisy codziennego życia Żydów, wszystkie święta jakie obchodzą, zasady jakimi się kierują, podejście jakie maja do chrześcijan, czy nawet nowych wyznawców judaizmu (to jest naprawdę ciekawe!). Niebanalna historia miłosna z elementami wiedzy o judaizmie i jego wyznawcach osadzona w realiach kraju, w którym mieszka więcej Żydów, niż w samym państwie żydowskim , naprawdę przypadła mi do gustu, ale z drugiej strony nie powaliła mnie ona na kolana, nie poczułam wypieków na policzkach, nie zastał mnie przy niej świt, ale odkładałam ją na półkę z pierwszym mocnym przypływem senności, gasiłam nocną lampkę i ... śniłam o Izraelu.

Ocena: 5/6

piątek, 24 kwietnia 2009

Mr Pile, episode I (Pan Stosik, odsłona pierwsza).

Zachęcona swoistą stosikową manią oficjalnie, uroczyście inauguruję na mym blogu kadencję Pana Stosika Pierwszego.
Gentleman ten mogący liczyć na poparcie biblioteki w pracy mojej rodzicielki oraz Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej zajął dosyć znaczące miejsce w moim domu i zagospodarował mój czas wolny. A oto radośnie nam panujący:


Kolejno od góry:
1. "Rabin" Noah Gordon - lekturę połknęłam w czasie Świąt wielkanocnych, recenzja już niedługo
2. "Chłopiec w pasiastej piżamie" John Boyne - wstrząsająca historia widziana oczami małego chłopca, której recenzje już widziałam na wielu blogach, na moim też pojawi się za niebawem
3. "Kochanek Śmierci" Boris Akunin - pierwszy kryminał tego autora, po jaki sięgnęłam i akurat trafiłam na kryminał retro, osadzony w realiach XIX wieku, już zaczęłam i bardzo mi przypadł do gustu, w końcu Rosjanie najlepszymi pisarzami są:)
4. "Brazylia" John Updike - kolejna miłosna historia naznaczona mezaliansem tym razem w rzeczywistości Ameryki Południowej
5. "Bez mojej zgody" Jodi Picoult - chyba każdy już zna tę książkę, nie muszę jej chyba nawet specjalnie polecać, czy opiniować, ale zapewne nie powstrzymam się przed dorzuceniem swoich trzech groszy.
6. "Widnokrąg" Wiesław Myśliwski - zachęcona "Kamieniem na kamieniu" postanowiłam kontynuować przygodę z Myśliwskim i tym razem zagłębiać się będę w kolejne ludzkie doświadczenia, być może bliższe mi niż opisane poprzednio.

Będąc już przy pozycji nr 3 mam nadzieję zdążyć do 15 maja, bo wówczas mija termin zwrotu lektur do WBP (biblioteka w pracy mojej rodzicielki nie wymaga terminowego zwrotu, ba, panie nie wbijają nawet stempelków). Kiedyś nie stanowiłoby to dla mnie problemu, chociaż codziennie chodziłam do szkoły, obecnie może to być problem, bo dzień zaczął mieć nagle za mało godzin, a czas przecieka wciąż przez palce...

wtorek, 21 kwietnia 2009

Pożywka dla reklamożerców... Słów kilka o wszędobylskiej reklamie. "Wiek propagandy" Elliot Aronson, Anthony Pratkanis

Już osiem lat temu zastanawiałam się nad fenomenem chwytliwych haseł, odpowiednich obrazów przywołujących konkretne skojarzenia, doboru kolorów, właściwego umiejscowienia towarów na półkach w supermarketach i nawet popełniłam felieton na ten temat (znajdujący się obok). Został on zresztą opublikowany w gazetce szkolnej mego liceum.
Jakiś czas później w zetknięciu z przedmiotem akademickim pożyczyłam od mojego Mężczyzny podręcznik stanowiący lekturę z zakresu reklamy i marketingu. Zrezygnowałam jednak ze zdawania psychologii społecznej, a podręcznik wylądował na półce mojej biblioteczki na długie trzy lata i niedawno odnalazłszy go postanowiłam uzupełnić to haniebne zaniedbanie.

"Wiek propagandy" Elliot'a Aronson'a i Anthony'ego Pratkanis'a nie jest typowym podręcznikiem (chociaż autorzy są wykładowcami amerykańskich uniwersytetów), a raczej przewodnikiem po skomplikowanym świecie reklamy. Autorzy wskazują nam formy i mechanizmy wpływu na społeczeństwo, pomagają rozróżnić typowe zjawiska wpływu, a także te niebezpieczeństwa, które są kreowane przez fałszywe wiadomości i opinie.
Chyba jednym z największych plusów książki są natomiast liczne kazusy - dokładnie opisywane zdarzenia, także z uwzględnieniem najnowszych badań, czy konfrontowane z wyciągniętymi z tych badań wnioskami oraz opiniami. Nagromadzenie różnych przykładów z historii oraz współczesnych czasów powoduje, iż rozmaite teorie, problemy, mechanizmy są przejrzyste, jasne, klarowne. Kazusy zawierają jednak pewne uchybienia, ponieważ w niektórych miejscach nagromadzona ich duża ilość komplikuje właściwy odbiór i pojęcie problemów.
Ponadto niestety praktycznie wszystkie przykłady dotyczą wydarzeń i problemów amerykańskiego społeczeństwa, a niezauważalne są sytuacje z gruntu europejskiego (a już w ogóle z polskiej rzeczywistości), zatem przedstawione mechanizmy i formy propagandy mogą być zupełnie inne, niż te które występują w naszym kraju, bo przecież istnieją znaczne różnice pomiędzy nami, a społeczeństwem USA pod względem nie tylko kultury, tradycji, zwyczajów, ale także problemów.

Inne elementy, które nie podobały mi się w tej lekturze, poza jej całkowitym zamerykanizowaniem, to konstrukcja książki, która mimo ciągłych, wszędzie obecnych zapewnień autorów, że odchodzą od formy typowego podręcznika akademckiego urozmaicona w niektórych miejscach krótszymi lub dłuższymi wywodami naukowymi, czy nawet wykładami prowadzonymi z użyciem specjalistycznego języka, specjalistycznych pojęć.
Natomiast niektóre bardzo interesujące fragmenty książki nie zostały w odpowiedni sposób rozwinięte, a ich tematyka nie została wyczerpana (tak jest w przypadku rozdziału o interesującej mnie propagandzie faszystowskiej).

Z całą jednak pewnością "Wiek propagandy" nie jest typowym podręcznikiem i życzyłabym sobie oraz wszystkim studentom żeby częściej takie książki stawały się podręcznikami, ale uchybienia, które wcześniej wymieniłam, a także te wynikające z błędów wydawniczych (błędów korekty, wielu literówek) są liczne i bardzo rzucające się w oczy oraz rzucające złe światło na całość lektury.
Dlatego też znów miałam pewne wątpliwości, znowu zastanawiałam się pomiędzy lepszą, a gorszą oceną, pomiędzy bardzo dobrym, a dostatecznym i po raz kolejny zdecydowanie książkę oceniam, jako "dobrą", ale już nie bardzo :)

Ocena: 4/6

P.S. Przepraszam za dość długą przerwę. Zajmowałam się poświątecznym sprzątaniem, mniejszymi ćwiczeniami na korcie, a także uzupełnieniami: węglowodanów za pomocą czekolady, beta-karotenu dzięki "Kubusiowi", lektur dzięki wypożyczonym książkom oraz wiedzy przy pomocy analizy kodeksów.

niedziela, 12 kwietnia 2009

Alleluja.

Stacja XII - Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu. Bazylika Grobu Pańskiego w Jerozolimie.

Rozmaite zdjęcia z krzyża bywają,
na przykład:
zdjęcie z krzyża samotności
Ktoś cię nagle odnajdzie, ugości,
mówi na ty, jak w Kanie zatańczy,
doda miodu, ujmie szarańczy
(...)
Ale są takie krzyże ogromne,
gdy kochając - za innych się kona -

To z nich spada się, jak grona wyborne -
w Matki Bożej otwarte ramiona

/J. Twardowski "Zdjęcie z krzyża"/

Wszystkim Czytelnikom życzę Wesołych Świąt przerwanych chwilą zadumy w obliczu Krzyża Pańskiego.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Kobieta po przejściach, aktorka z przeszłością. "Anna Dymna - Ona to ja" Elżbieta Baniewicz

Któregoś dnia, gdy wracałam jak zawsze z uczelni autobusem linii 152, od progu Scani podróżującej codziennie z Olszanicy (znajdującej się na obrzeżach miasta) przez ścisłe Centrum, nowe Rondo Mogilskie z wykopaliskiem po środku (ruiny prawie, jak w Atenach), aż na Aleję Przyjaźni (przyjaźni polsko-radzieckiej, bo to już dzielnica Nowa Huta), usłyszałam donośny, radosny głos. Głos oczywiście znajomy. Głos Anny Dymnej, która o dziwo nie wygłaszała żadnego monologu, nie prowadziła dialogu, ani też nie brała udział w reklamie, ale po prostu informowała mnie do jakiego to przystanku zbliżam się podróżując miejskim środkiem transportu. Uznałam to za znak i gdy dotarłam do domu sięgnęłam na półkę po nieco już zakurzoną książkę, bo muszę przyznać czekającą na mnie dosyć długo. Niestety książkę pożyczoną, zatem moje zwlekanie z nią było tym bardziej niewłaściwe.

Książka opierająca się na rozmowach oraz własnych 'dotknięciach' autorki z tematem wydawała się być interesująca. I owszem, fragmenty biografii, wspomnień, tych miłych i mniej miłych (a niekiedy wręcz strasznych) świetnie wkomponowane i bardzo zaskakujące, szczególnie gdy porówna się je z własnymi doświadczeniami.
Jednakże na tle całości lektury wspomnienia wydają się być jedynie przerywnikami. Dzieje się tak, gdyż autorka, jako krytyk teatralny wręcz nie może oprzeć się by nie ukazać czytelnikowi ról bohaterki. I to ról zarówno dobrych, złych, doskonałych, zarówno teatralnych, jak i filmowych.
Początkowo nie mogłam wyjść z podziwu ze względu na początki aktorstwa Dymnej, gdy jako młodziutka adeptka, niewiele młodsza ode mnie, została rzucona od razu na głęboką wodę. Ale z czasem, z kolejnymi stronami ról przybywało byłam znużona opisami spektakli, których prawdopodobnie nigdzie nie zobaczę, a wciąż były one przytaczane. Nie lubię polegać na ocenie innych i wolę sama wszystko zbadać, dlatego w mym mniemaniu książka oparta na faktach powinna być wręcz wzorcowo obiektywna - niestety ta książka taka nie była i nie dała mi tym samym szansy na własne dociekania, szufladkując Annę Dymną według kryteriów: dobrze, źle, wspaniale.

"Anna Dymna - Ona to ja" pióra Elżbiety Baniewicz pozwoliła mi jednak na coś. Pozwoliła mi zmienić całkowicie moje zdanie o aktorce. Zawsze wydawała mi się ona wielka, cudowna, bardzo ważna, ustawiona na piedestale, a przez to trochę nieobecna. Nawet, gdy spotkałam ja osobiście, w przerwie spektaklu "Damy i huzary" w Teatrze Starym w Krakowie. W wyniku mojego uroku osobistego zostałam wpuszczona za kulisy i odprowadzona wprost do garderoby Dymnej. Widziałam ją w pięknej, starodawnej sukni, z wielkim, imponującym kokiem, siedzącą w osobnej garderobie przy pięknej toaletce w ciepłym świetle lampki, a z dala od pozostałych, bawiących się w swoim gronie aktorów. Jawiła mi się ona wówczas, jako ktoś znający swoją wartość, ktoś istotny, może też nieco przepełniony pychą.
Teraz, po lekturze książki, wiem już że to co innego, że owo wrażenie było spowodowane jedynie swawolnością innych aktorów, aniżeli pychą, czy dumą Dymnej, bo w rzeczywistości jest ona skromną, spokojną, dobrze wychowaną, stroniącą od wszelkich używek osobą i trochę wstydzę się tamtego pochopnego osądu.

Przyznaję jednak, że książka Baniewicz rozczarowała mnie. Przede wszystkim dlatego, że po jej zamknięciu pozostał niedosyt. Nie wszystkie tematy, kwestie zostały w niej poruszone, a te które zostały podjęte niejednokrotnie nie zostały zakończone. I mam też trudność z oceną tej lektury, bo mniej więcej do połowy zasługuje na mocne bdb, ale niestety druga połowa to już dst. Zatem z pomieszania i poplątania życia prywatnego i życia scenicznego nie wyszło nic dobrego. Mam jednak nadzieję, że nie wyszło nic dobrego tylko z pomieszania na papierze, który nie jest odporny na taki misz-masz i że tylko w tej książce, a nie w prawdziwym życiu Anny Dymnej.

Ocena: 4/6
(rozstrzał pomiędzy bdb, a dst spowodował, iż zdecydowałam się na coś pośredniego)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Odwrotność przeznaczenia . "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" reż. D. Fincher

Jakiś czas temu otrzymałam drogą mailową ciekawą interpretację życia ludzkiego. Myślą przewodnią tej interpretacji była odpowiedź na pytanie: "czym jest sukces?".
I podążając za interpretacją:
W wieku 3 lat sukcesem jest nie robić w majtki.
W wieku 12 lat sukcesem jest mieć przyjaciół.
W wieku 18 lat sukcesem jest mieć prawo jazdy.
W wieku 20 lat sukcesem jest uprawiać seks.
W wieku 35 lat sukcesem jest mieć pieniądze.

Następnie, gdy minie mniej więcej połowa naszego życia:
W wieku 50 lat sukcesem jest... mieć pieniądze.
W wieku 60 lat sukcesem jest... uprawiać seks.
W wieku 70 lat sukcesem jest... mieć prawo jazdy.
W wieku 75 lat sukcesem jest... mieć przyjaciół.
W wieku 80 lat sukcesem jest... nie robić w majtki.

Za pomocą tej makabrycznej i niestosownej w pewnym sensie (chociaż dosyć zabawnej dla tych, których trudno zgorszyć), a na pewno dosadnej metafory możemy zauważyć, czym tak naprawdę jest ludzkie życie. Widzimy to pomieszanie, przemieszanie, zapętlanie i w efekcie powrót do sytuacji podobnej. Często mamy w życiu wrażenie, że "przecież to już było" i zwykle nie ma to nic wspólnego z deja vu. Zauważmy, że zupełnie, jak przytoczona wyżej interpretacja życie zamyka się i to nie w okręgu, czy owalu, ale w jakimś trudnym do określenia kształcie, który zakłada w pewnym momencie punkt zwrotny i podążanie przez odwrotność dotychczasowej ścieżki naszego życia.
Ale co wydarzyłoby się, gdyby nasza droga do punktu zwrotnego zamieniła się miejscem z tą prowadzącą od tego punktu?!

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć David Fincher w swym filmie "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" (ang. "The Curious Case of Benjamin Button").
Główny bohater zbyt dużego wyboru w życiu nie ma. W dodatku od początku swojego istnienia ma pecha (czy też może nie trzyma się go szczęście?). Rodzi się, jako starzec, co przesądza o jego dalszym bycie, o owej ścieżce do punktu zwrotnego, którą przechodzi będąc młodszym z każdym dniem, z każdym tygodniem, z każdym krokiem. Co ciekawe, jako noworodek, niemowlak i później dziecko o wyglądzie i wszelkich cechach rozwoju osiemdziesięcioletniego mężczyzny wychowywany jest... w domu starców. Miejsce może odpowiednie ze względu na jego wygląd i cechy fizyczne, ale nie ze względu na jego potrzebę rozwoju psychicznego, potrzebę poznania świata, poznania życia. W dodatku Benjamina, który jest biały, wychowuje Murzynka.
Już sam defekt fizyczny, z którym się urodził jest ogromnym obciążeniem, a do tego dochodzą też niezbyt sprzyjające warunki dojrzewania.
Trudno jest mu wśród pensjonariuszy domu starców nauczyć się właściwych dla jego prawdziwego wieku zachowań, trudno mu przejść proces socjalizacji do środowiska, które tworzą ludzie w jego wieku. Jakoś jednak udaje mu się przebrnąć przez wszystkie problemy i dojrzewa, chociaż w sposób niekontrolowany i nieprzewidziany, co też później jest widoczne w jego zachowaniu. I nie chodzi tutaj o to, że będzie niedojrzały, niepoważny, lekkomyślny, ale nie będzie potrafił dostosować swojego zachowania do danej sytuacji, nie będzie potrafił zmierzyć się ze swoimi problemami.
A będzie ich dużo, gdyż jako ciągle młodniejący mężczyzna zacznie wchodzić zarówno w relacje zawodowe, przyjacielskie, jak i damsko-męskie. Zetknie się ze śmiercią, z miłością, fizycznością, seksualnością. Przeżyje niejeden zawód, romans, ogromne uczucie, szczęście, ale też tęsknotę, smutek i nie będzie potrafił znaleźć sobie miejsca. I właściwie okaże się, że ów "punkt zwrotny" jest dla niego najszczęśliwszym czasem w życiu, ale też najkrótszym.

Długo opierałam się, przed tym by ten film zobaczyć. I właściwie przypadkowo trafiłam na seans, raczej z braku innego ciekawego obrazu, niż prawdziwej chęci. Nie pasowało mi to, że nie czytałam opowieści, na której podstawie film jest oparty (taki mam fetysz lekki, że zawsze muszę czytać dzieło przed oglądnięciem filmowej adaptacji). Nie pasował mi gatunek fantasty obok melodramatu. Nie pasował mi Brad Pitt, w takiej wydawałoby się poważnej historii. Nie pasowały mi wreszcie nominacje do Oskara, które "Ciekawy przypadek..." otrzymał, bo jestem daleka od zachwalania najlepszych wg Amerykańskiej Akademii filmów. Ot po prostu gusta mam inne, innych wartości szukam i inne cenię w filmach.
To wszystko sprawiło, iż na seans szłam zniechęcona i właściwie bez wielkich oczekiwań.

Po seansie.
Było na pewno lepiej niż się spodziewałam. Ale czy znowuż znakomicie?!
Po pierwsze okazało się, że zbytnio polegałam na recenzjach znalezionych w Internecie, czy w czasopismach, bo gatunek filmu odbiega od fantasty. Mnie przywodził on na myśl, nie wiem czy całkiem trafnie, realizm magiczny, który zbadałam dosyć dogłębnie w literaturze (m.in. u Marqueza), ale przecież obecny też w filmie. Przywodził mi na myśl, bo obraz ten nie tworzy w sposób pełny fantastyki, ale się o nią delikatnie ociera, w sposób subtelny dotyka jej, ale wciąż jest gdzieś obok i pokazuje pewną iluzję pomieszaną z odrobiną magii. Muszę przyznać, że w tym kontekście film po prostu czaruje widza.
Po drugie Brad Pitt, aktor młody, przystojny okazał się doskonałym "materiałem" na głównego bohatera. Moje obawy nie sprawdziły się i Pitt zagrał znakomicie, chociaż do tej pory postrzegałam go raczej, jako aktora mniej, niż bardziej ambitnego. Wykreował naprawdę niezwykłą postać i on jest właśnie jednym z dwóch najważniejszych plusów tego filmu.
O drugim plusie będzie później, bo teraz po prostu muszę zmierzyć się z widmem nominacji do Oskara dla "Ciekawego przypadku...", które wspólnie ze znakomitymi recenzjami wcale nie przesądziły o zdobyciu ogromnej liczby statuetek. Potwierdziło to też moje stanowisko wobec Amerykańskiej Akademii Filmowej, która w moim mniemaniu nigdy nie docenia filmów lepszych, tylko zwykle te komercyjne, "skazane" na masowy sukces.
W tym przypadku z ulgą przyjęłam informację o słabych wynikach "Ciekawego przypadku...", bo prawdopodobnie byłby to znak lekkiego spaczenia mego gustu. A tak - wyszłam jako tako :)
Natomiast o jednej z moich 'przedfilmowych' obaw się nie wypowiem, bo nie miałam do tej pory okazji zetknąć się z książką stanowiącą podstawę, fundament dla tego filmu.

Po zmierzeniu się z trapiącymi mnie lękami mogłam już oceniać, pozbawiona całkowicie uprzedzeń. A było co oceniać. Począwszy od niezwykłych postaci, zagranych przez niezwykłych aktorów, poprzez owe delikatne muśnięcia magii, aż po nieco ukryty, ale jednak dający się doskonale odkryć i zbadać symbolizm. I chociaż to wszystko jest bardzo istotne i wraz ze wspaniałą historią tworzy monumentalne dzieło, to inny walor doceniłam w tym filmie najbardziej, co ciekawe jest to walor dotychczas w filmach przeze mnie raczej pomijany, ze względu na jego techniczność, mianowicie charakteryzacja. Charakteryzacja była tak niezwykła, wręcz poruszająca, a to z tego względu, że ledwie zauważalna! Nie, nie jestem ślepa, ani głupia i przez większość czasu wiedziałam, że głównych bohaterów grają te same osoby, a także nie wątpię w to, że raczej Brad Pitt nie wcielił się w rolę niemowlaka, ale było kilka momentów, o istnieniu których uświadomiłam sobie dopiero po przemyśleniu i przeanalizowaniu w mej głowie obejrzanych obrazów, czyli w praktyce - po wyjściu z kina. Nie przemówiły do mnie charakteryzacje w "Matrix'ach", we "Władcy Pierścieni", czy w tych wszystkich innych opartych i jednocześnie przesyconych nią filmach.
I teraz najgorsze (ale nie bijcie) - "Ciekawy przypadek..." otrzymał trzy Oscary, w tym jeden.. za najlepszą charakteryzację. Ale nie uważam tego wydarzenia, jako dowodu na spaczenie mojego gustu i poczucia dobrego smaku, więc pozostaje mi zgodzić się z Akademią, chyba pierwszy w życiu raz.

Żeby nie było tak kolorowo to dla kontrastu największy minus w tym filmie moim zdaniem to jego zakończenie. Dosyć przewidywalne, dosyć proste i przez to, iż cały film trzyma w napięciu, rozbudza emocje, wrażenia, pobudza wyobraźnię, zakończenie wszystko psuje i spycha całą naszą fantazję, gdzieś na tor dalszy, a doprowadza raczej do zetknięcia się z rzeczywistością. I to nie rzeczywistością filmową, ale rzeczywistością naszą, bo takiego zakończenia przecież spodziewamy się zawsze i dziwne, że akurat ten film próbuje się z nami bawić w jakieś twórcze niezwykłości.
Szkoda, wielka szkoda, bo w "Ciekawym przypadku Benjamina Buttona" akurat koniec jest początkiem.

Ocena: 4,5/ 6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...