Menu

niedziela, 29 listopada 2009

Ich troje. A właściwie pięcioro. "Mężczyzna, kobieta i dziecko" Erich Segal

Każdemu, kto angażuje się związek - bez znaczenia czy w związek małżeński, czy niemałżeński - wydaje się, że będzie on idealny. Przecież wiadomo, że rozwody, rozstania, płacz i zgrzytanie zębami są gdzieś daleko, w innych rodzinach, innych sytuacjach. Dotyczą innych ludzi, a my tacy nie jesteśmy.
Najczęstsza i zarazem najpodlejsza przyczyna rozstań to zdrada. Jest ona też drugą przyczyną rozwodów wymienianą przez małżonków, zaraz po niezgodności charakterów. Zwykle występuje w ok. 35% przypadków wśród rozwodzących się małżeństw. Wśród nie-małżeństw nikt zapewne dokładnych statystyk nie prowadzi.

Czy Robert Beckwith znał te dane? Być może jako profesor statystyki na MIT (Massachusetts Institute of Technology) spotkał się z takim przedstawieniem problemów dręczących społeczeństwa na całym świecie.
Jego własna rodzina była jednak inna. Piękna, dobroduszna i kochająca żona Sheila, dwie niezwykle bystre i radosne córki oraz on - wspaniały ojciec, oddany małżonek uchodzili za familię nieskazitelną, doskonałą, wręcz niespotykaną wśród kłótni, rozstań, wątpliwości dręczących związki z ich sąsiedztwa, znajomych, większość osób z otaczającej ich społeczności.
Niestety wkrótce diament ich pożycia został mocno zarysowany. Bob Beckwith miał bowiem na sumieniu grzech. Być może to był błąd młodości, czy też chwila zapomnienia. Jakkolwiek tego byśmy nie nazwali był to jednak fakt. I to fakt ucieleśniony, gdyż rezultat tej przygody zjawił się nagle w życiu Beckwithów. Najpierw w ich świadomości, potem zaś w ich domu.

Jean-Claude miał przylecieć do Stanów z Francji tylko na miesiąc wakacji i nigdy nie dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest dla niego Bob. Sprawy jednak mocno się skomplikowały.

Dziwne wrażenie zrobiła na mnie ta lektura. Niosła ze sobą niezwykły temat, wydawałoby się taki, który sam, indywidualnie jest bardzo intrygujący i nie można go w żaden sposób zepsuć. Jednak cały czas miałam wrażenie, że w powieści Ericha Segala "Mężczyzna, kobieta i dziecko" coś poszło nie tak. Być może wręcz uderzająca prostota języka, bardzo przewidywalne dialogi, czy zachowania bohaterów sugerujące, że są oni niezbyt rozsądni, niekiedy pozbawieni emocji i tak beztroscy jak gdyby nie mieli żadnych problemów, sprawiły, że czułam rozczarowanie z każdą kolejną stroną książki.

Zakończenie nie uratowało całej historii, chociaż muszę przyznać, iż nieco mnie zaskoczyło. Niestety wywołało też u mnie wrażenie, że cała lektura była jakimś wyrwanym z kontekstu opowiadaniem, które może się wydać fascynujące, ale jedynie jako główny temat ploteczek przy kawie, na którą umówiły się dwie przyjaciółki, bardzo zaaferowane skazą naruszającą idealny obraz rodziny ich wspólnej znajomej.
Raził mnie w oczy też brak emocji, wręcz bijący od wszystkich pojedynczych bohaterów. Żona dowiadując się o dawnej zdradzie męża zamiast wpadać we wściekłość, histerię po prostu nagle zaczyna mu znowu ufać. Córki gniewają się tylko chwilę, by w iście hollywoodzkim stylu przebaczyć rodzicom kłamstwo i upokorzenie, na które je narazili. Wszyscy są nadzwyczaj spokojni, mili, cierpliwi. Nawet chłopiec, który przybywając z obcego kraju, po śmierci swojej ukochanej mamy, przechodzi do porządku dziennego nad tym, że właśnie oto poznał ojca, którego nie widział nigdy wcześniej na oczy. Ta sztuczność zachowań, reakcji na toczące się wydarzenia doskonale nadawałaby się do jakiejś powieści z pogranicza fantastyki, ale nie do ukazującego prawdziwe życie w jednym z amerykańskich stanów beletrystycznego dzieła.

Nie mogę jednak całkowicie skreślić książki Segala, wszak przeszłam przez nią jak burza, co świadczy o lekkości i płynności tej powieści. Bardzo podobała mi się również achronologiczność fabuły i to, że narrator cofał się w czasie, by wyjaśnić niektóre dręczące Czytelnika kwestie (to, że nie zrobił tego w sposób pełny i owe wyjaśnienia nie były nazbyt udane to już inna sprawa).
Myślę, że zawiodłam się na niej przede wszystkim dlatego, że moje oczekiwania były dużo większe. Na pewno jednak nie porzucę Segala, tylko dlatego, że zdarzyło mi się zapoznać z jego nieco słabszą pozycją. Nie ocenię też lektury tej źle, gdyż jest miłą alternatywą na coraz zimniejsze (i ciemniejsze) popołudnia oraz wieczory.


Ocena: 4/6

poniedziałek, 23 listopada 2009

Polska A i B. "Busz po polsku" Ryszard Kapuściński

Literatura podróżnicza ma to do siebie, że jest nieprzeciętnie tajemnicza i intrygująca. Pachnie egzotyką, aromatem przypraw, bezkresem pustkowi, dzikością miejsc. Dalekie kraje, inne kultury, obce klimaty zawsze fascynują. Jednakże nigdy nie pomyślałabym, że można napisać cudowny zbiór reportaży z podróży po zimnej, szarej i niekiedy, nie oszukujmy się, jakże nieciekawej Polsce.

To moje trzecie spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim. Trzecie i zarazem na pewno nie ostatnie, a przy tym bardzo niezwykłe. Kapuściński oprowadził mnie już po cesarskiej Etiopii w dobie puczu oraz po kilku krajach dzikiej Afryki. Po to by teraz zabrać mnie na wyprawę do różnych zakątków Polski. Ukazał świat, którego nie zobaczymy z okna samochodu bądź pociągu czy autobusu. Pokazał, że ciekawe historie tkwią w ludziach, a nie w pięknych widokach, miłych dla oka krajobrazach. Sam wyszedł do ludzi, dużo rozmawiał. Nie bojąc się wyzwań niekiedy wręcz chodził i szukał dobrych rozmówców.
Znalazł ich bardzo wielu i na podstawie swoich przeżyć napisał cykl reportaży, które niezmiennie od ponad 45 lat zachwycają. Mnie też zachwyciły.

Każda opowieść Kapuścińskiego ze zbioru "Busz po polsku" jest inna.
Poznajemy dzięki temu starsze i młodsze pokolenia naszych Rodaków żyjących zarówno w tych mniejszych, jak i większych mieścinach polskich.
Na wstępie jednak autor przenosi nas w świat własnych wspomnień z okresu dziecięcego, z czasu wojny i tego, co było po wojnie. Udowadnia czytelnikowi, że raz rozpoczęta wojna nigdy nie przemija. Pomimo jej zakończenia zawsze żyje w umysłach, w sercach, w pamięci ludzi, tak jak wojna żyje w Kapuścińskim.
Po tym, jakże poruszającym wstępie nie pozostało mi nic innego, jak ochoczo zabrać się do lektury kolejnych reportaży, jednak z delikatną nadzieją, że nie będą tak bardzo bolesne i wstrząsające. Niestety niektóre takie właśnie były.

Historia dwóch kobiet, matki i córki niemieckiego pochodzenia, zagubionych w obecnym świecie, które nagle postanawiają uciec z Domu Starców i odzyskać swój majątek bardzo szokuje. Niemniej niż kalekiego rolnika z Grunwaldu, młodej dziewczyny porzucającej swoje wcześniejsze plany i wstępującej do zakonu, długiej i niezbyt honorowej ostatniej drogi młodego górnika z Mazur, czy różnych przypadłościach dręczących małą mieścinę o nazwie Pratków.
Są też oczywiście w tym zbiorze reportaże inne, nie wzbudzające takich emocji. Zauważyłam jednak, że zaśmiałam się szczerze, bez ironii czy wielkiego zaskoczenia dopiero przy ostatniej relacji, którą Ryszard Kapuściński kończy to wejrzenie w polskie domy, w polskie gospodarstwa, w polskie szkoły, uczelnie, kopalnie, zakłady przemysłowe, w pracę wykonywaną przez Polaków.
Zakończenie jest jednocześnie też innym spojrzeniem autora na swój własny kraj. Spojrzeniem z dalekiego miejsca, z Ghany, gdzie o Polsce mało kto słyszał i gdzie Polska traktowana jest, jako miejsce bardzo egzotyczne, którymi rządzą niekiedy śmieszne oraz szokujące reguły, zwłaszcza dla Afrykańczyków.
Zastanawiając się, dlaczego Kapuściński, aż z Ghany mógł dokonać podsumowującej oceny swojej Ojczyzny zrozumiałam, iż chciał chyba pokazać wszystkim Czytelnikom, że Polska dla swych mieszkańców jest krajem mało atrakcyjnym, dręczonym przez różne problemy społeczne, miejscem gdzie żyje się ciężko, trudno jest osiągnąć sukces, a Ci którym się to udaje zwykle okupują to ciężką, morderczą, wręcz heroiczną pracą, to jednak może być interesująca, ciekawa, nawet niezwykła. Choćby dla mieszkańców Ghany, dla których codzienna rzeczywistość PRLu była bardzo egzotyczna i niezmiernie podniecająca.


Budząc się zatem o 7 rano w mglisty, deszczowy i zimny poranek, gdy w głowie huczą mi wciąż najważniejsze obecnie w politycznym świecie śmieszne, jak skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju, propozycje zmiany Konstytucji, zagłuszające pandemię gryp: ptasiej, świńskiej, sezonowej, bezrobocie i to, że prawdopodobnie nie będę miała przyszłości po skończeniu studiów w roku przyszłym, bo egzaminy na aplikacje stoją pod znakiem zapytania, czuję ulgę i uspokajam się dopiero powtarzając za mistrzem Kapuścińskim:

"Pięknie jest"

R. Kapuściński "Daleko" ("Busz po polsku")

Ocena: 6/6
(Nie mogło być inaczej)

piątek, 20 listopada 2009

Dodatek do poprzedniego Mr Pile (prawie Pan Stosik, odsłona czwarta).

Ach, chciałam, naprawdę chciałam dzisiaj już odpocząć od robienia zdjęć, od publikowania, zmagania się z czytnikiem kart oraz uwolnić się od monotematyczności (związanej niestety z niczym innym, tylko z chwalipięctwem książkowym) i zabrać się za porządne recenzje. Ale nie mogę. I to nie mogę z dwóch powodów.

Po pierwsze znajoma mojej mamy, oddając jej pożyczoną już dawno powieść w rewanżu pożyczyła nam dwie inne. Takie oto:


Pierwsza to "Bestia" Marka Świerczka, czyli osadzona w realiach powstania styczniowego powieść grozy. Historyczny thrillero-horror. Coś czuję, że będzie mi się podobało.
Druga to "Skradzione dziecko" Keith'a Donohue, która według opisu z okładki jest baśnią dla dorosłych. Przekonamy się, czy takie klimaty mi odpowiadają.
Tym samym półeczka moja została zasilona o kolejne lektury, które jednocześnie uzyskały status: do przeczytania na teraz.

Po drugie zaś, jak już wspominałam poprzednio, wygrałam książkę w konkursie na blogu Virginii i dzisiaj właśnie znalazłam w mej skrzynce pocztowej przesyłkę, a w niej:


"Karolina XL zakochana" Marty Fox - najnowsza powieść autorki znanej mi m.in. z takich przebojów, jak "Paulina.doc" czy "Magda.doc" i chociaż czas młodzieńczy mam już za sobą, to z przyjemnością sięgnę po lekturę Pani Marty.

Jeszcze raz dziękuję serdecznie Virginio za książkę i uroczą karteczkę. I polecam się na przyszłość ;)

Czytelnikom natomiast obiecuję, że następny wpis będzie bardziej merytoryczny i zarazem krytyczno-literacki. Przepraszam też za jakość zdjęć, które robione były na szybkiego.

czwartek, 19 listopada 2009

Mr Pile, a zapożyczenia (Pan Stosik, odsłona trzecia).

Ponieważ wybrałam się w środowe, dosyć ciepłe (!) i słoneczne (!!), popołudnie do biblioteki wojewódzkiej moja lista lektur na najbliższy czas uległa przetasowaniu i oto na plan pierwszy wysuwają się będące w moim posiadaniu do 19 grudnia b.r. te oto pozycje.



Kolejno od góry:
1. "Kronika zapowiedzianej śmierci" Gabriel Garcia Marquez - książka tak cieniutka, że gdyby leżała na stosiku byłaby niedostrzegalna, ale mnie udało się ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Powieść, której jestem bardzo ciekawa, mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie. W końcu to Marquez.
2. "Mężczyzna, kobieta i dziecko" Erich Segal - szukałam właściwie "Aktów wiary", ewentualnie "Absolwentów", ale natknęłam się na tę książkę. Wybierałam pomiędzy nią, a "Love story", z tym, że pod względem liczy egzemplarzy "Love story" nie było naprawdę unikatowe. Co więcej, zaczęłam czytać już w autobusie i zapowiada się bardzo interesująco.
3. "Jedyne, czego pragnął" Anita Shreve - tytuł i okładkę tej powieści miałam w głowie po ostatnich przeglądach biblionetkowego schowka. To, że zauważyłam ją na półce to czysty przypadek :) Jednakże kusi mnie już bardzo, zwłaszcza dzięki wizji akcji osadzonej w ostatnich latach XIX wieku i wątku romantyczno-miłosnym.
4. "Rzecz o mych smutnych dziwkach" Gabriel Garcia Marquez -
i znowu kolumbijski pisarz. I książka na którą od dawna miałam chrapkę, ale jednak odkładałam zakupienie jej. Na pierwszy rzut oka niepokojąco duże litery, ale mam nadzieję się jednak nie rozczarować! Panie Marquez, bardzo ładnie proszę :)

Zatem jak widzicie sztuki cztery przybyły do mego księgozbioru, chociaż starałam się z całego serca by było ich najmniej to i tak skorzystałam z limitu przewidzianego przez WBP dla szarego czytelnika (tak Zosiu, perfekcyjnie mnie rozpracowałaś).
Na swoją obronę chciałabym jednak dodać, że skrupulatnie wybierałam najcieńsze egzemplarze, jakie się dało. Chociaż te wszystkie grube tomiszcza kusiły, oj kusiły...

Chciałabym jeszcze, na koniec pochwalić się, że wzięłam udział w konkursie na blogu Virginii i... wygrałam! Jestem bardzo szczęśliwa, zwłaszcza, że po raz pierwszy udało mi się wygrać książkę! Poza tym powieści Pani Marty Fox przygarnę w każdej ilości :)

wtorek, 17 listopada 2009

Mr Pile i pandemia (Pan Stosik, odsłona druga).

Przyznaję się.
Długo zwlekałam z kolejnym zaprezentowaniem moich dorobków, ale to też dlatego, że lista mych lektur skurczyła się do jednej jedynej tematyki, stricte naukowej, którą to sytuację wymusiła na mnie sesja wrześniowa oraz rychłe nadejście roku akademickiego.

Jak wiecie (lub nie) moje lato obfitowało przede wszystkim w Musierowicz. Później były kodeksy i inne ustawy. Oraz podręczniki.
Dziś natomiast zaprezentuję Wam lektury na jesień i wczesną zimę. Nieprzypadkowo dobrane. Niemalże każda "z innej parafii".
Enjoy.




Kolejno od góry:
1. "Agencja Złamanych Serc" Irena Matuszkiewicz - lektura z rodzaju tych lekkich i kobiecych, którą rodzicielka moja zakupiła w przypływie dobrego humoru, leży już na półce dostatecznie długo, więc w końcu muszę się za nią zabrać.
2. "Busz po polsku" Ryszard Kapuściński - cykl reportaży mistrza... reportażu, to chyba mówi samo za siebie. Już przeczytałam, a za niedługo recenzja. :)
3. "Wojna futbolowa" Ryszard Kapuściński - zafascynowana Kapuścińskim daję się mu porwać na kolejną wyprawę, tym razem do Afryki i Ameryki Łacińskiej. Oczywiście w poszukiwaniu upałów.
4. "Dom nad rozlewiskiem" Małgorzata Kalicińska - nie wiem, jak książka ma się do serialu, a jak książka i serial razem mają się do życia, ale kupiłam Kalicińską pod wpływem mody i boję się, że będę żałować. Jednakże przecież sama się muszę o tym przekonać.
5. "Gułag" Anne Applebaum - monografia historyczna - tak chyba należałoby nazwać nagrodzoną Pulitzerem książkę Applebaum, którą zaczęłam już czytać i niestety nie wiem kiedy skończę, bo utrudnia mi to niestety... wielkość "Gułagu". I to wielkość dosłowna i w przenośni. Dosłowna, bo gdy mam wybrać lekturę do tramwaju/autobusu to wybieram coś o mniejszych gabarytach. W przenośni zaś, bo chcąc czytać coś przed snem wybieram książkę mniej "ciężką" pod względem tematycznym. Recenzję zatem obiecuję, ale chyba w nieco większym odstępie czasu:)

Uznacie mnie za wariatkę, ale mam zamiar jutro udać się do WBP i poplątać się między półkami docelowo szukając czegoś do pracy magisterskiej. Jak obstawiacie? Ile lektur stamtąd wyniosę?

(Oby, jak najmniej...)

niedziela, 15 listopada 2009

To by było to! "This is it" reż. K. Ortega

25 czerwca 2009 r. wieczorem było dosyć ciepło. Siedziałam przy lekko uchylonym oknie i czytałam podręcznik na egzamin, który miałam mieć za kilka dni. Wtedy do pokoju wbiegła moja mama, nieco zaaferowana. Z jej słów zrozumiałam tylko "umarł", "w Los Angeles", "dzisiaj". Włączyłam telewizor i rzeczywiście na każdym kanale było o tym głośno. Nikt nie potwierdzał informacji o śmierci, nikt też nie zaprzeczał. Wiadomym jest, że zwykle potwierdzenie takich informacji w mediach jest tylko formalnością.
Tknięta impulsem wygrzebałam z pudła stojącego na szafie bardzo stare pudełko. Kolorowa okładka, a na niej zdjęcie, a wszystko mocno zakurzone. Włożyłam klejoną kilka razy taśmę do kieszeni w wieży (kiedy ostatni raz używałam magnetofonu?) i nacisnęłam odwrócony trójkącik.
Ostatni raz piosenek tych słuchałam w wieku sześciu, może ośmiu lat, a więc wieki temu. Dziwne, że w ogóle nie wyrzuciłam tej kasety, tylko wetknęłam ją do pudła, przecież tak szybko magnetofony zostały wyparte przez odtwarzacze CD, a odtwarzacze już przeżywają swoją starość i ustępują miejsca mp3.
Tej nocy, gdy kładłam się spać w głowie szumiały mi piosenki. Ale szum ten był miły. Coś jak szum morza w letni wieczór, jak szum strumyka w górskim potoku, jak szum powietrza kilka kilometrów nad ziemią.
Rano media obiegła już pewna, potwierdzona informacja.
Michael Jackson zmarł 25 czerwca 2009 roku, o godzinie 14:26 (23:26 czasu polskiego).

Nigdy nie byłam fanatyczną fanką Michaela. Lubiłam jego muzykę, szanowałam to co robił i nigdy nie uwierzyłam w to, że skrzywdził kogokolwiek. Nie dlatego, że go uwielbiałam. Raczej dlatego, iż każde inne stwierdzenie byłoby moim zdaniem przeciwne myśleniu zdroworozsądkowemu.
Ale nie wycinałam skrupulatnie wycinków prasowych, nie całowałam jego zdjęć, nie przesłuchiwałam po tysiąckroć jego piosenek by zapamiętać każdą najmniejszą choćby nutę.
Gdy jednak usłyszałam, że w kinach będzie wyświetlany dokument złożony z migawek kilku miesięcy jego życia tuż przed śmiercią, ucieszyłam się i od razu zarezerwowałam bilety.
Chciałam naocznie przekonać się, czy Michael naprawdę był takiej tragicznej formie, jak wyglądały jego próby, czy był kapryśny, czy właściwie zgodził się na koncerty tylko ze względów finansowych - bo takie pogłoski słyszałam z różnych źródeł (już nawet nie wspomnę o wspaniałym polskim artyście panu JJ, który oznajmił, iż Jackson nie potrafił tańczyć).
I przekonałam się.

Do sali kinowej wchodziłam z niepokojem, bo bałam się rozczarowania filmem. Wychodziłam zaś ze łzami w oczach. Dokument ten, nagrany przecież przy okazji prób do koncertu, miał pokazać przygotowania, udokumentować wszystkie starania ekipy po to by zadowolić londyńską publiczność. Nagrania miały też być częściowo wykorzystane podczas koncertów w Londynie.
Widać jednak, że przed zadowoleniem publiczności ekipa koncertowa najpierw musiała zadowolić Jacksona. Każdy krok musiał być perfekcyjny, tancerze musieli dać z siebie wszystko, a jednocześnie nie bać się nowych wyznań, wszak wybrano ich z tysiąca chętnych z całego świata.
Muzycy musieli każdą nutkę zagrać perfekcyjnie, jeżeli gdzieś popełnili błąd Michael zaraz to wykrywał i starał się poprawić, wytłumaczyć, że na płycie ta melodia zupełnie inaczej brzmi (cóż z tego, że szary widz nie zauważyłby różnicy?!).
M.J., jak był nazywany przez ekipę, nie krzyczał, nie denerwował się, zaś na każdym kroku podkreślał swoje przywiązanie do całej grupy, swoje zamiłowanie do muzyki i tańca, ogromne nadzieje, które miały przynieść mu te koncerty, miłość jaką darzył swoich fanów i całą publikę. Był radosny, żywiołowy, niezwykle wrażliwy i stanowczo tłumaczył wszystkim obecnym na próbach, że przesłanie jakie niosą ze sobą jego piosenki tkwi w jego sercu i jest celem jego życia.
Nie wiem nawet jakich słów użyć by opisać to co zobaczyłam. Chyba najlepsze będą najprostsze.
Michael był genialnym tancerzem, był genialnym muzykiem, wokalistą, był niesamowitym człowiekiem, ikoną. Postacią tak barwną, tak wrażliwą, tak zdolną i jednocześnie tak normalną.

"This is it" nie jest dokumentem pokazującym ostatnie chwile Michaela Jacksona. Brak w nim martyrologii, rozpaczy, brak w nim śmierci.
Jest to natomiast bezapelacyjnie film ukazujący życie bardzo cenionego po śmierci, a chyba nie dość docenionego za życia artysty, który całą swą energię poświęcił na to, by utrzymywać się na szczycie i swoim fanom, poprzez muzykę, dawać wszystko czego zapragną, a nawet tego, czego się nie spodziewają.
Właściwie to nie film. To prawda pokazana na wielkim ekranie.

Ocena: 6/6

środa, 11 listopada 2009

Od pucybuta do milionera. "Slumdog. Milioner z ulicy" reż. Danny Boyle

Znany praktycznie na całym świecie program-teleturniej "Milionerzy" przyciąga wciąż przed polskie telewizory amatorów trudnych pytań, dziwnych odpowiedzi, kibiców doszłych i niedoszłych bogaczy. Wciąż niezbyt śmieszne żarty Huberta Urbańskiego ciekawią rzesze znudzonych telewidzów, a pewną część zaciągają aż do studia telewizyjnego, po uprzednim wydaniu małego majątku na SMSy wyrażające chęć wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu.
W Polsce nikt jeszcze nie dostąpił zaszczytu dzierżenia w ręku czeku na 1 milion złotych, chociaż wielu było już blisko, a niektóre osoby zmagające się z ostatnim pytaniem nieco zaskakiwały, nie znając odpowiedzi na niekiedy bardzo proste pytania.
Więc skoro w Polsce, w kraju ludzi wykształconych (a przynajmniej za takie społeczeństwo się uważamy) nikomu nie udało się dojść do magicznego miliona, do głównej nagrody, to dlaczego w innych państwach, w innych regionach świata, gdzie pojawiają się podobne teleturnieje, zwłaszcza takich gdzie analfabetyzm sięga 50%, czy nawet 70% (!), miałoby się to udać?!

I takim właśnie krajem są Indie, w których to 70% ludności nie potrafi czytać, prawie 60% społeczeństwa indyjskiego pracuje w rolnictwie, a ilu jest takich którzy w ogóle nigdzie nie pracują? Są to z całą pewnością grupy niepoliczalne i niepoliczone, zamieszkujące znane nam z różnych źródeł slumsy w Bombaju i w innych miastach Republiki Indii. Bieda, prześladowania związane z istniejącym systemem kastowym, prześladowania ze względu na wyznanie, brak możliwości awansu społecznego - w takim środowisku wychowywał się Jamal, który po dostaniu się do indyjskiej wersji "Milionerów" przeszedł, jak burza przez prawie wszystkie pytania. Jednakże przed odpowiedzią na ostatnie pytanie, która ma zostać udzielona w kolejnym odcinku programu, Jamal zostaje aresztowany pod zarzutem oszustwa. Funkcjonariuszom policji, podczas przesłuchania opowiada swoją bardzo niezwykłą, przejmującą i tragiczną historię, przeplataną bólem, strachem, przemocą, bezradnością, ale też miłością i szczęściem, które jednak zdominował pech i przewrotność losu.
Czy Jamal będzie miał szansę udzielenia odpowiedzi na pytanie za milion? Czy uda mu się odnaleźć ukochaną Latikę? Czy pogodzi się z bratem Salimem?
Te pytania najbardziej dręczyły mnie podczas oglądania tego głośnego obrazu wyróżnionego najważniejszymi nagrodami filmowymi.

"Slumdog. Milioner z ulicy." wzbudził wiele kontrowersji na świecie, zwłaszcza po ujawnieniu wynagrodzenia małych indyjskich aktorów, których prawdziwe życie w Indiach jest smagane biedą i głodem oraz tego, że po sukcesie filmu wszyscy o nich zapomnieli. Mnie film ten jawi się przede wszystkim, jako bardzo realistyczny i prawdziwy obraz współczesnych Indii. Tak bardzo inny od tego, który oglądamy w popularnych od jakiegoś czasu w Polsce produkcjach rodem z Bollywoodu, gdzie radość, taniec, śmiech i wspaniałe historie malowane bogactwem, szczęściem i bajkowym dla każdego przeznaczeniem nieco mijają się z rzeczywistością, ale przez to tak bardzo prawdziwy.

Nudne? Na pewno nie.
Nieciekawe? Wręcz przeciwnie.
Przereklamowane? Nic z tych rzeczy.
Każda kolejna minuta, ba sekunda filmu sprawia, że chce się oglądać dalej, że jest się ciekawym, wręcz obsesyjnie wciągniętym w wartką akcję, że chce się słuchać opowieści Jamala, jego przygód, jego problemów i dowiedzieć się jaki będzie jego dalszy los. Intrygująca fabuła, niemalże sensacyjna akcja to niewątpliwe cechy pozytywne dzieła, ale jest jeszcze coś o czym już wspomniałam, a czego brak w większości tego typu filmów będących niewątpliwie nowatorskimi pomysłami, o których nagłówki gazet wrzeszczą wręcz: "Ogromny sukces!", mianowicie realizmu.

Ogromne ubóstwo, prześladowania mniejszości religijnych to tylko dwa istotne problemy,które rzucają się w oczy od pierwszym minut filmu Danny'ego Boyle'a. Gdy do tego dodamy osierocone dzieci błąkające się po ulicach i wykorzystywane przez mafię jako zawodowi żebracy czy prostytutki, gangi walczące ze sobą o każdy centymetr wpływów, traktowanie młodych kobiet jak zabawki, czy pieniądze które są kluczem do sławy, do sukcesu i szczęścia to mamy pełny obraz życia głównych bohaterów "Slumdoga".
W tym wszystkim bardzo zaskakująca jest postać Jamala i jego udział w "Milionerach", który jako bardzo wyraźna próba walki o lepsze życie, o awans społeczny, o własne szczęście powoduje, iż ponosi on ogromne ryzyko i finalnie stawia wszystko na jedną kartę. Myślę, że każdy osobiście powinien przekonać się, czy mu się uda i czy jego wybór jest trafny, bo naprawdę warto :)

Ocena: 6/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...