Menu

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Nie lubię poniedziałku, czyli polska komiczna codzienność na dobry początek.

Jest taki jeden dzień w tygodniu, gdy wszyscy mamy nieco pod górkę. Z niechęcią wracamy do pracy, do szkoły, na uczelnię. Wegetując tak, w oparach szalonej poniedziałkowej krzątaniny wciąż zastanawiamy się, dlaczego akurat poniedziałek musi być tym dniem na "nie"?

Na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię, lecz postaram się umilić Wam, drodzy Czytelnicy, ten parszywy dzień. A właściwie przedstawię Wam moje sposoby na to, aby poniedziałek był tak samo radosny jak wtorek, środa, czy czwartek (nie oszukujmy się - niestety z weekendem konkurować jednak nie może). Inaugurując mój cotygodniowy cykl dotyczący wszystkiego, co bawi, niepokoi, rozśmiesza, wprowadza w zamyślenie (a przy okazji dotyczy kultury) muszę udać się do samego źródła.


Idea "nie lubienia" poniedziałku wzięła się nie, jak myślą niektórzy, z korporacyjnej rzeczywistości okraszonej cotygodniową koniecznością powrotu z dwóch błogich dni wolności, spokoju, odpoczynku, zwanych weekendem, ale oczywiście z pewnego dosyć znanego obrazu. Obraz ten, będący bezdyskusyjnie dziełem właśnie wchodzi w wiek średni i jak każdy dbający o siebie czterdziestolatek, stojący u progu kryzysu, chociaż latka mu lecą pozostaje wciąż bardzo atrakcyjny, czym przyciąga do siebie coraz młodsze wielbicielki.

I chociaż z dokładnością co do minuty, każdy z nas wypowiada co tydzień znaną frazę będącą zarazem tytułem dzieła Tadeusza Chmielewskiego, mało kto przypomina sobie wówczas ten genialny film.

Bohaterowie "Nie lubię poniedziałku" wstają rano, zbierają się do pracy, do szkoły, na uczelnię, lecz wychodząc z domu wiedzą już, że dzień ten będzie wyjątkowo ciężki. Chcą napić się świeżego mleka, lecz akurat mleczarzowi zachciało się żartów i zamiast butelki pozostawił im swoje... obuwie. Chcą wyprawić dziecko do przedszkola karmiąc je pysznymi kluskami domowej roboty, ale łobuz jest wyjątkowo niesforny i ucieka. Więc chcąc na chwilę zapomnieć o stresie włączają telewizor, ale rankiem nie ma żadnego programu. W końcu ubierają się, biorą klucz od windy i wychodzą. Przy drzwiach, na klatce schodowej spotykają sąsiadów poubieranych w palta i zaopatrzonych w parasole, którzy z pewnością (a niech to!) lepiej przewidzieli poniedziałkową aurę. Chcąc nie chcąc muszą wrócić, przebrać się, przygotować na zimno i deszcz. Gdy uzbrojeni w ciepłe okrycie i parasolkę wreszcie wychodzą spotykają na klatce tych samych sąsiadów tym razem przebranych, a właściwie rozebranych, do krótkich rękawków, w letnich spodniach i lekkich butach. I jak tu nie zwariować?

W dodatku windy ciągle się zacinają, a jedyny mechanik, który się na nich zna... utknął w jednej z nich. W przedszkolu panuje różyczka i dzieci odsyłane są z kwitkiem, taksówkarze okazują wyjątkowo swoją złośliwość jeżdżąc tylko w rejony, które im pasują i oczywiści w całej Warszawie nie ma dreblinek do kombajnu, co z całą pewnością wpłynie negatywnie na pracę polskich rolników i robotników. W mieście ponadto grasuje złodziej samochodów oraz szajka okradająca banki i to wszystko akurat w dzień otwarcia trzech "tysiąclatek" (szkół z okazji tysiąclecia państwa polskiego), a papier toaletowy, który przywieźli do Juniora już się kończy i jak tu zdążyć z pracy...

Widza łatwo mogą odurzyć opary absurdu, które są tak mocne, że ten kto im się mimowolnie podda nie będzie chciał się wyrwać do czasu, aż nie zobaczy napisów końcowych. Bardzo lubię tę komedię, lubię pośmiać się z wszystkich dziwacznych i zarazem niespotykanych przypadków oraz zbiegów okoliczności, ale odczuwam wobec niej także pewnego rodzaju szacunek. Szacunek, jakim należy darzyć kogoś, kto jest od nas starszy o całe piętnaście lat.

Na szacunek ten i zarazem mą sympatię zasługują oczywiście także inne niebanalne polskie komedie, niektóre nakręcone dawno, dawno temu. Jednak chcąc wybrać te najulubieńsze i najbliższe memu sercu zdecydowałam się na trzy tytuły - wszystkie starsze ode mnie :)

I tak pałam wielką miłością do Ryszarda Ochódzkiego (vel passenger Stanislaw Paluch), do jego niepospolitego uroku osobistego i nieprzeciętnych pomysłów, a przy tym do "tych znikniętych parówek", Wawrzyńca "dziedzica" Pruskiego, "Wesołego Romka", Dnia Pieszego Pasażera, rozwozicieli "wyngla", całego klubu "Tęcza" (łącznie z wspaniałym prezesem klubu - łubu dubu), restauracji z zestawem obowiązkowym oraz szatnią, w której "za pozostawione rzeczy szatniarz nie odpowiada", czy całkiem przytulną jadłodajnią z łyżkami na łańcuchach i talerzami asekuracyjnie przykręconymi do stołu śrubą, a także do całego, wielkiego, kochanego, słomianego filmu "Miś", który przetrwawszy próbę czasu wciąż jest bezkonkurencyjnym dziełem (chociaż przecież niejedno "oczko odpadło temu misiu").

Stanisław Bareja chyba nigdy się już nigdy nie starzeje i nie znudzi. Dlatego drugi mój ulubiony film, idealny na poniedziałkowe piekiełko również jest jego autorstwa. "Nie ma róży bez ognia", tak jak nie ma wielkiego, pięknego i wygodnego mieszkania dla młodego małżeństwa bez wyrzeczeń. I bez lokatorów. Ale to nic, przecież były mąż nie będzie sprawiał problemów, jego druga żona także nie, a tym bardziej nowy narzeczony drugiej żony. Nawet z problemami administracyjnymi, w tym ze zniszczeniem drzwi wejściowych lepiej sobie poradzić w grupie niż w duecie. I chociaż dzisiaj mieszkania są łatwo dostępne (oczywiście pod warunkiem zdolności kredytowej) to warto zobaczyć i pośmiać się z przedstawionych groteskowo, problemów dawnych czasów. Wtedy na pewno ludziom nie było do śmiechu.

Trzeci i zarazem ostatni tytuł, od którego nazwę przejmie cały mój cykl, już poznaliście. Usiądźcie więc wygodnie po pracy/szkole/uczelni, zaopatrzcie się w smakowite polskie truskawki i oglądnijcie "Nie lubię poniedziałku" - poprawa humoru gwarantowana ;)

A potem możecie troszkę podumać, bo jednak szkoda, iż teraz już nie robią "takich filmów". Prawda?

9 komentarzy:

  1. Oglądałam wszystkie filmy i "Nie lubię poniedziałku" również lubię:)). Zdecydowanie przyjemna rozrywka i także polecam po ciężkim pierwszym dniu tygodnia:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak właśnie zrobię! W truskawki już się zaopatrzyłam, teraz w drugą rękę film i idę sobie umilić poniedziałek :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co do 'Grabarza'-to miałam go kupic ale sie rozmysliłam.A tu prosze-taka niespodzianka:)Skoro już go dostałam to na pewno przeczytam.
    Jesli chodzi o tytuły,które wymieniłas-to przeczytam jeszcze w tym tygodniu.Więc spodziewaj się niedługo recenzji:)

    Lubie wszystkie filmy o których piszesz.Poprawiaja humor:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja oglądałam te filmy bardzo dawno temu, ale wtedy zupełnie nie przypadły mi do gustu. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale uprzedzenie "Nigdy więcej" niestety pozostało ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Narobiłaś mi ogromnej ochoty na polskie komedie :)
    Podobnie jak Ty zastanawiam się, dlaczego nikt już takich nie robi.
    Czyżby polskim widzem w kinie, był osobnik pozbawiony poczucia humoru, lubiący oglądać przewidywalne i grane w stylu ,,Polskiego-Holiłud,, komedie romantyczne.
    Kolejna świetna recenzja, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja niestety wszystkich tych filmów nie oglądałam, ale tak jak napisała "Biedronka" - narobiłaś mi ochoty na obejrzenie i przestudiowanie tych komedii :)
    Pozdrawiam i życzę miłego dnia :)!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale mi narobiłaś smaku na dobre kino. :) Ja wręcz uwielbiam te stare, polskie komedie. Mogę je oglądać w nieskończoność, nigdy mi się nie nudzą i zawsze tak samo bawią. Do Twojego zestawu dorzuciłabym tylko "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", mój ulubiony. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Trzeba będzie na dzisiaj coś zassać z Internetu:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Filmy się zmieniają, bo i społeczeństwo się zmienia...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...