Na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię, lecz postaram się umilić Wam, drodzy Czytelnicy, ten parszywy dzień. A właściwie przedstawię Wam moje sposoby na to, aby poniedziałek był tak samo radosny jak wtorek, środa, czy czwartek (nie oszukujmy się - niestety z weekendem konkurować jednak nie może). Inaugurując mój cotygodniowy cykl dotyczący wszystkiego, co bawi, niepokoi, rozśmiesza, wprowadza w zamyślenie (a przy okazji dotyczy kultury) muszę udać się do samego źródła.

Idea "nie lubienia" poniedziałku wzięła się nie, jak myślą niektórzy, z korporacyjnej rzeczywistości okraszonej cotygodniową koniecznością powrotu z dwóch błogich dni wolności, spokoju, odpoczynku, zwanych weekendem, ale oczywiście z pewnego dosyć znanego obrazu. Obraz ten, będący bezdyskusyjnie dziełem właśnie wchodzi w wiek średni i jak każdy dbający o siebie czterdziestolatek, stojący u progu kryzysu, chociaż latka mu lecą pozostaje wciąż bardzo atrakcyjny, czym przyciąga do siebie coraz młodsze wielbicielki.
I chociaż z dokładnością co do minuty, każdy z nas wypowiada co tydzień znaną frazę będącą zarazem tytułem dzieła Tadeusza Chmielewskiego, mało kto przypomina sobie wówczas ten genialny film.

W dodatku windy ciągle się zacinają, a jedyny mechanik, który się na nich zna... utknął w jednej z nich. W przedszkolu panuje różyczka i dzieci odsyłane są z kwitkiem, taksówkarze okazują wyjątkowo swoją złośliwość jeżdżąc tylko w rejony, które im pasują i oczywiści w całej Warszawie nie ma dreblinek do kombajnu, co z całą pewnością wpłynie negatywnie na pracę polskich rolników i robotników. W mieście ponadto grasuje złodziej samochodów oraz szajka okradająca banki i to wszystko akurat w dzień otwarcia trzech "tysiąclatek" (szkół z okazji tysiąclecia państwa polskiego), a papier toaletowy, który przywieźli do Juniora już się kończy i jak tu zdążyć z pracy...
Widza łatwo mogą odurzyć opary absurdu, które są tak mocne, że ten kto im się mimowolnie podda nie będzie chciał się wyrwać do czasu, aż nie zobaczy napisów końcowych. Bardzo lubię tę komedię, lubię pośmiać się z wszystkich dziwacznych i zarazem niespotykanych przypadków oraz zbiegów okoliczności, ale odczuwam wobec niej także pewnego rodzaju szacunek. Szacunek, jakim należy darzyć kogoś, kto jest od nas starszy o całe piętnaście lat.

I tak pałam wielką miłością do Ryszarda Ochódzkiego (vel passenger Stanislaw Paluch), do jego niepospolitego uroku osobistego i nieprzeciętnych pomysłów, a przy tym do "tych znikniętych parówek", Wawrzyńca "dziedzica" Pruskiego, "Wesołego Romka", Dnia Pieszego Pasażera, rozwozicieli "wyngla", całego klubu "Tęcza" (łącznie z wspaniałym prezesem klubu - łubu dubu), restauracji z zestawem obowiązkowym oraz szatnią, w której "za pozostawione rzeczy szatniarz nie odpowiada", czy całkiem przytulną jadłodajnią z łyżkami na łańcuchach i talerzami asekuracyjnie przykręconymi do stołu śrubą, a także do całego, wielkiego, kochanego, słomianego filmu "Miś", który przetrwawszy próbę czasu wciąż jest bezkonkurencyjnym dziełem (chociaż przecież niejedno "oczko odpadło temu misiu").

Trzeci i zarazem ostatni tytuł, od którego nazwę przejmie cały mój cykl, już poznaliście. Usiądźcie więc wygodnie po pracy/szkole/uczelni, zaopatrzcie się w smakowite polskie truskawki i oglądnijcie "Nie lubię poniedziałku" - poprawa humoru gwarantowana ;)
A potem możecie troszkę podumać, bo jednak szkoda, iż teraz już nie robią "takich filmów". Prawda?
Oglądałam wszystkie filmy i "Nie lubię poniedziałku" również lubię:)). Zdecydowanie przyjemna rozrywka i także polecam po ciężkim pierwszym dniu tygodnia:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!!
Tak właśnie zrobię! W truskawki już się zaopatrzyłam, teraz w drugą rękę film i idę sobie umilić poniedziałek :)
OdpowiedzUsuńCo do 'Grabarza'-to miałam go kupic ale sie rozmysliłam.A tu prosze-taka niespodzianka:)Skoro już go dostałam to na pewno przeczytam.
OdpowiedzUsuńJesli chodzi o tytuły,które wymieniłas-to przeczytam jeszcze w tym tygodniu.Więc spodziewaj się niedługo recenzji:)
Lubie wszystkie filmy o których piszesz.Poprawiaja humor:)
Ja oglądałam te filmy bardzo dawno temu, ale wtedy zupełnie nie przypadły mi do gustu. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale uprzedzenie "Nigdy więcej" niestety pozostało ;)
OdpowiedzUsuńNarobiłaś mi ogromnej ochoty na polskie komedie :)
OdpowiedzUsuńPodobnie jak Ty zastanawiam się, dlaczego nikt już takich nie robi.
Czyżby polskim widzem w kinie, był osobnik pozbawiony poczucia humoru, lubiący oglądać przewidywalne i grane w stylu ,,Polskiego-Holiłud,, komedie romantyczne.
Kolejna świetna recenzja, pozdrawiam :)
Ja niestety wszystkich tych filmów nie oglądałam, ale tak jak napisała "Biedronka" - narobiłaś mi ochoty na obejrzenie i przestudiowanie tych komedii :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i życzę miłego dnia :)!
Ale mi narobiłaś smaku na dobre kino. :) Ja wręcz uwielbiam te stare, polskie komedie. Mogę je oglądać w nieskończoność, nigdy mi się nie nudzą i zawsze tak samo bawią. Do Twojego zestawu dorzuciłabym tylko "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", mój ulubiony. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńTrzeba będzie na dzisiaj coś zassać z Internetu:)
OdpowiedzUsuńFilmy się zmieniają, bo i społeczeństwo się zmienia...
OdpowiedzUsuń