Menu

piątek, 5 listopada 2010

O mężczyźnie, który potrafi być. "500 dni miłości" reż. Mark Webb

Silny, troskliwy, rozsądny, oddany mężczyzna i urocza, inteligentna, na pierwszy rzut oka słaba, lecz tak naprawdę mocna, kobieta. Taka para to ideał. Zatem literatura wręcz wyrzuca z siebie setki takich duetów. Podobnie zresztą, jak film i szeroko pojęta sztuka. W ostatnio zrecenzowanej przeze mnie książce polskiej autorki - "Dom tysiąca nocy" - takiej pary umyślnie zabrakło. Zresztą nie bez potrzeby. Dlatego postanowiłam nieco pogdybać.

Dwie połówki jabłka spotykają się, dopasowane do siebie doskonale tworzą piękną idyllę. Lecz co gdy jedna z tych połówek, jeden z tych ułamków nagle okaże się odwrotnością marzeń i oczekiwań?

On ma na imię Tom. Ma 20 lat i niezłą pracę, w miarę spełniającą jego oczekiwania. Ona zaś pojawia się nagle, obejmuje stanowisko w tej samej firmie i oczarowuje Toma. Aha. Ma na imię Summer.

Tom i Summer spotykają się. W pracy - czasami "przypadkowo" przy kserze, a potem i poza pracą. Jak to w życiu bywa.
Jednak od początku czuje się pomiędzy nimi obok chemii, gorzką i wstrętną woń porażki. Z jakiś niewyjaśnionych powodów, ta para nie wygląda na taką, której się uda.
Może dlatego, że Tom to prawdziwy romantyk, melancholik, typ faceta, który jest na wymarciu... A Summer? Nie oczekuje od życia nic więcej poza dobrą zabawą, uśmiechem, radością. Póki dany układ ją cieszy, może trwać. Ale raczej nie w nieskończoność.

W tym, wydawałoby się, dosyć prostym obrazie Marka Webba to kobieta jest tą mocniejszą połówką. Ma ona dominację nad wątłym i nic nie rozumiejącym mężczyzną. Paradoksalnie kobieta ta, Summer, wcale nie okazuje się modliszką, wiedźmą wysysającą z kochającego ją mężczyzny siły witalne, chociaż zostawia Toma w rozsypce, mazgającego się i błagającego o szansę, to przecież jednak kogoś z męskiego rodu postanawia uszczęśliwić.

Tom jest słabszym ogniwem. Popada w paranoję, zadręcza się, całkowicie przewraca swoje życie i rozdeptuje je niczym zgniłą śliwkę. Jednak on wyraźnie tego potrzebuje. Bez takiego oczyszczenia, bez uświadomienia sobie, że z Summer nie wyszło nie dlatego, że jest beznadziejny, ale dlatego że nie byli sobie pisani, że może on szukał jej, ale ona jego już nie, nie ma szans na przetrwanie. Takie są minusy bycia słabym oraz wiary w romantyzm i konieczny happy end.

"500 dni miłości" to nie komedia romantyczna. Raczej nie rozczula, nie rozśmiesza (chyba, że ktoś lubi cieszyć się z cudzego nieszczęścia), nie bawi. Właściwie to dramat, a może nawet melodramat, ale paradoksalnie z dobrym zakończeniem. Ta zawoalowana historia zwykłej miłości, całkowicie achronologiczna, niepoukładana nie pokazuje nam ideału. Przedstawia nam brutalną rzeczywistość. Może właśnie dlatego jest tak szalenie interesująca i piekielnie dobra.

Ocena: 5,5/6

Długo odwlekałam oglądniecie tego filmu, ale wreszcie stało się, w pewien ciepły, wiosenny dzień. Później długo odwlekałam recenzowanie tego, co zobaczyłam. Zdecydowanie brakowało mi słów. Dobrze, że je wreszcie znalazłam i wydusiłam z siebie.
Na koniec dodam jeszcze, że byłam oczarowana aktorami - oczywiście Josephem Gordonem - Levittem, ale przede wszystkim Zooey Deschanel. Ma w sobie niesamowity urok osobisty.

7 komentarzy:

  1. Nie można nie wspomnieć o bardzo dobrym soundtracku. Bardzo mi się spodobał i choć film widziałam już dawno, to do tej muzyki co jakiś czas wracam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tak samo dobre zdanie na temat tego filmu jak i Ty, aczkolwiek moja recenzja nie była tak ciekawa:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaciekawiłaś mnie ;)
    już się ściąga :D

    OdpowiedzUsuń
  4. czuję się bardzo zainteresowana :) bardzo fajnie o nim napisałaś, więc wiem co obejrzę w najbliższym czasie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeden z najbardziej uroczych filmów, jakie widziałam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Swego czasu "500 days of Summer" zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Świeży dzięki dopracowanej konstrukcji scenariusza i ciekawej obsadzie. Warto zwrócić uwagę na siostrę Toma graną przez Chloe Moretz - ta dziewczyna już pokazuje, że jest aktorką z wyższej półki.
    Pomijam, że przeżyłam intensywną fazę na filmy z Josephem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Elenoir, o jakim soundtracku mówisz? Niestety nie pamiętam go, więc próbowałam znaleźć i natknęłam się na wielki nic. Będę wdzięczna za wskazówkę :) Pozdrawiam.

    Marto, dziękuję bardzo za komplement. I cieszę się, że podzielasz moje zdanie (a właściwie - to ja podzielam Twoje). Pozdrawiam :)

    Przyjemnostki, cieszę się, że zachęciłam Cię do oglądnięcia tego obrazu. Jest naprawdę niezwykły.
    Co do Egipcjanek, to dziękuję bardzo za propozycję i z chęcią bym nabyła od Ciebie. Niestety nie mam aktualnie nic na wymianę, więc w grę wchodzi jedynie kupno :)

    Edith, bardzo mi miło, iż Cię zainteresowałam. Polecam gorąco.

    Futbolowa, film aktualnie należy do tych moich najulubieńszych. I rzeczywiście, "uroczy", to idealne jego określenie. Pozdrawiam :)

    Agna, właśnie obsada była tym czynnikiem, który zachęcił mnie do oglądnięcia filmu. Jego opisy, jak i reklama była poprowadzona tak marnie, iż spodziewałam się kolejnej nudnej, amerykańskiej komedii romantycznej. A dostałam cudo.

    P.S. Josepha pamiętam z "Trzeciej planety od słońca". Jest bardzo charakterystyczny i nieco tajemniczy.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...