środa, 30 września 2009

Plagi egipskie. "Kair historia pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany

Pachnąca mleczkiem z karotenem, przyodziana w kolorowy strój kąpielowy wystawiający strategiczne punkty mojego ciała na działanie promieni UV przeciągałam się po raz kolejny na miękkim biało-niebieskim ręczniku plażowym okrywającym wygodny, biały leżak, a w ręku dzierżąc zajmującą lekturę. Z jednej strony nie mogłam się od niej oderwać, wciągnęła mnie wartka akcja, poruszyły obrazowo przedstawione historie bohaterów. Z drugiej zaś strony nie chciałam czytać dalej, bo nieprzeczytane strony kurczyły się. Przebierałam kartka, po kartce książkę starając się czytać, jak najbardziej powoli, dokładnie, ale nic to nie pomagało - nieuchronnie zbliżał się koniec tego dzieła. Zrezygnowana i zasmucona, zostawiwszy ostatnie kilka stron "na później", poszłam do barku. Po zimną, egipską Pepsi Max.

Tuż przed wakacjami zabierałam się za gromadzenie mojego księgozbioru podróżnego, wybieranie książek, które będą mi towarzyszyć w bardzo ważnych chwilach, bo w trakcie nerwowego oczekiwania na lotnisku, w czasie ogromnych emocji kilka kilometrów nad ziemią, czy też podczas relaksu na leżaczku pod palemką, w wielkim hotelowym łóżku po upalnym dniu, bądź w autobusie, w drodze do cudów świata.
Księgozbiór musiał być zatem zróżnicowany, ciekawy i jednocześnie niezbyt ciężki (w przenośni i dosłownym tego słowa znaczeniu).
Od dawna miałam jednak pewne marzenie.
A właściwie pewną chęć.
Koniecznie chciałam odwiedzając dalekie, egzotyczne miejsce móc zabrać ze sobą historie, które przybliżą mi chociaż troszkę zwyczaje tego kraju, które odzwierciedlą klimat tam panujący tak abym mogła go nie tyle poczuć, co zrozumieć.
I tak w ręce me trafiła powieść, polecana skądinąd w internetowym świecie, wspaniała niesamowita opowieść Alaa Al Aswany pod nieco tajemniczym tytułem "Kair historia pewnej kamienicy".

Szybko okazało się, że to książka bardzo wciągająca, niesamowicie magiczna, z której kartek można wręcz poczuć zapach kairskich ulic. Przenosi nas ona na ruchliwe skrzyżowania, przed duże budynki, w których obok bogatych obywateli mieszka też biedota. Ukazuje nam świat, gdzie istnieją pewne sztywne stosunki, gdzie nie ma możliwości awansu, gdzie bez pieniędzy jest się nikim. Dla osób, które nigdy nie widziały Egiptu, nie pospacerowały po ulicach miast, nie porozmawiały z tubylcami będzie to książka nieco abstrakcyjna, ukazująca ten popularny wśród turystów kraj, jako siedlisko zła, korupcji, biurokracji, antydemokratycznych działań władz, mafii i niestety rozwijającego się terroryzmu.
Dla mnie natomiast lektura ta wyjaśniła mi pewne zachowania Egipcjan, ich determinację, ich skrytość chowaną pod kurtyną serdeczności oraz pomocniczości. Z drugiej zaś strony zaskoczyła mnie, gdyż społeczeństwo żyjące w niedemokratycznym państwie zwykle nie jest tak radosne, zadowolone ze swojego życia, a bardziej ostrożne, podejrzliwe.

Każdy z bohaterów Aswany ma inną historię, inne problemy, inne cele i pragnienia. Część z nich wywodzi się z najniższej warstwy społecznej i ci właśnie Egipcjanie są najbardziej szczęśliwymi, radosnymi ludźmi w całej powieści. Taha pragnie dwóch rzeczy - wstąpić do szkoły oficerskiej i ożenić się z piękną Busejną. Wydaje się, że obie te rzeczy są pewne - ma doskonałe oceny, jest uparty i bardzo inteligentny, a wraz z Busejną spędza wspaniałe chwile, przepełnione wspólnymi wyznaniami, zapewnieniami miłości i oddania. Jednakże na swojej drodze napotyka ogromne problemy, które uniemożliwiają mu realizację marzeń.
Busejna zaś pracuje w sklepie, musi utrzymać swoją rodzinę i to jest dla niej priorytetem, chociaż wciąż walczy z przeciwnościami, które stają jej na drodze. Walczy dosyć skutecznie, chociaż ponosi wciąż straty. Jedną z takich "strat" jest Taha.
Tych dwoje nastolatków o podobnych losach obiera jednak w decydującym momencie swojego życia zupełnie inną drogę.
Pozostali mieszkańcy kamienicy Jakobiana, znajdującej się na jednej z wielu ulic ogromnej, kilkumilionowej metropolii kairskiej, też muszą zmagać się z przeróżnymi problemami, które napotykają chcąc realizować swoje plany. Wydawałoby się, że ci bogatsi nie muszą się o nic martwić, ale nic bardziej mylnego.
Zaki popada w ogromne kłopoty za sprawą rodzonej siostry. Hatim lokuje swe uczucia bardzo nieszczęśliwie i w efekcie niszczy życie nie tylko sobie.. Azzim zaś całkowicie zgodnie z prawem bezwzględnie wykorzystuje poczciwą wdowę, unieszczęśliwiając ją przy okazji.

Ta mozaika postaci, złożoność zdarzeń, dziwne zwyczaje i wszędzie obecne prawo Koranu, które determinuje życie mieszkańców Kairu, powoduje że powieść nabiera orientalnego posmaku, egzotycznego wydźwięku i bardzo intryguje. Mnie najbardziej zaciekawiły przedstawione przez autora powody wstępowania młodych muzułmanów do organizacji terrorystycznych, które są dalekie od nienawiści rasowej, czy nienawiści religijnej, a spowodowane są przede wszystkim brakiem zgody na niesprawiedliwość powodowaną przez wywodzące się z tego samego narodu władze!
Młodzi ludzie, którzy niejednokrotnie są krzywdzeni przez swoich krajan, wiedzą, że inaczej z niesprawiedliwością, okrucieństwem i bezradnością nie są w stanie sobie poradzić. Walka, dżihad, jest jedyną możliwą formą manifestacji, protestu wobec krzywd jakich doznali. I nie jest to walka skierowana w niewiernych, tylko , co ciekawe, niekiedy w swoich braci.

Niestety koniec powieści, chociaż przewidywalny jest bardzo bolesny i wstrząsający.
Od czasu, gdy przeczytałam powieść Alaa Al Aswany zastanawiałam się, czy taki koniec jest nieunikniony. Czy można w jakikolwiek sposób obejść taką formę walki i żyć nadal w zgodzie z własnymi przekonaniami? Czy można w jakikolwiek inny sposób pokonać współczesne i bardzo bolesne plagi dręczące, niszczące Egipt?
Z całą pewnością, ale sposób ten wymaga przede wszystkim zjednoczenia całego społeczeństwa, o które w Egipcie jest jednak bardzo trudno. Choćby ze względu na różnice pomiędzy regionami. Różnice pomiędzy północą, a południem, wschodem, a zachodem. Pomiędzy częścią afrykańską, a azjatycką Egiptu. Pomiędzy licznymi chrześcijanami wyznania koptyjskiego, a muzułmanami.
Konsensus w tych warunkach jest praktycznie niemożliwy, a oddalają go jeszcze ogromne różnice pomiędzy poszczególnymi warstwami społeczeństwa, liczni przybywający do Egiptu Europejczycy oraz głęboki i poruszający oddech państwa Izrael, które wciąż kontroluje należącą w końcu do Egiptu Strefę Gazy i stara się mobilizować Egipt do walki z terroryzmem, co z drugiej zaś strony napotyka na sprzeciw Egipcjan.

Z całą pewnością "Kair historia pewnej kamienicy" Alaa Al Aswany rozbudziła jednak społeczeństwo egipskie, a film, który na jej podstawie powstał został przyjęty bardzo głośno przez Egipcjan. O "Omaret Yacoubian" usłyszałam bardzo długie i pełne emocji zachwyty z ust recepcjonisty w hotelu, peany poprzedzone ogromnym zaskoczeniem i radością wygłoszone przez naszego kierowcę oraz bardzo szczegółową i pełną poruszenia relację tłumaczącą mi niektóre motywy działania autora, reżysera oraz oczywiście bohaterów, którą przedstawił mi jeszcze zeszłoroczny znajomy pracujący w miejscowości wypoczynkowej (sam chyba utożsamiał się z postacią Tahy, chociaż był przeciwny terroryzmowi).
Patrząc na to młode pokolenie Egipcjan zastanowiłam się, czy kiedyś w naszym społeczeństwie pojawi się taki impuls, który nas tak zjednoczy. Na razie niestety jesteśmy bardzo podzieleni, a młode pokolenie wciąż trawi ciągła walka, którą chociaż trudno porównywać z dżihadem, jesteśmy pochłonięci. A plag, mimo że o wiele mniej jest w naszej demokracji, to i tak wciąż występuje ich o dużo za dużo.

Ocena: 6/6

wtorek, 18 sierpnia 2009

Krajobraz po. "Widnokrąg" Wiesław Myśliwski.

Z dzieciństwa najbardziej zapadły mi w pamięci wakacje nad morzem. Coroczna kobieca wyprawa - ja, mama i babcia. Zawsze w to samo miejsce - do malowniczej Łeby. Klimat tam był tak inny od tego obecnego.
Pamiętam niesamowite zachody słońca. Słońce najpierw delikatnie, powoli kładło się na błękitnym niebie, żeby następnie wśród eksplozji pomarańczu, czerwieni i różu schować się za horyzontem. I w uszach słyszę słowa mamy:
"- Widzisz kochanie, gdybyśmy płynęły w stronę miejsca, gdzie niebo dotyka morza znalazłybyśmy się tam gdzie jest Tatuś. W Szwecji."

Horyzont? Teraz wiem, że to był widnokrąg. Mój pierwszy zauważalny widnokrąg, którego, jako małe dziecko, nie mogłam przekroczyć wyobraźnią. Dzisiaj, gdy wyobraźnia moja znacznie się rozwinęła widnokrąg nie jest już dla mnie zjawiskiem niezrozumiałym, ale przez to też nie jest rzeczą niezwykłą.

Dla bohatera książki Wiesława Myśliwskiego pt. "Widnokrąg" całe jego dotychczasowe życie, otaczający go niczym widnokrąg, wcale nie było niezwykłe. Opowiada o tym, co mu się zdarzyło płynnie, a jednocześnie bardzo subtelnie, w sposób prosty, bez specjalnych zachwytów, czy specjalnych narzekań. Ale emocje w jego opowieści są widoczne na każdym kroku. Począwszy od wielokrotnego przytaczania w jaki sposób rozwijała się choroba jego ojca, jak z coraz większym trudem wchodził po schodach, jak coraz ciężej oddychał, czy gdy jego matka, chcąc chyba odgonić złe myśli, jak mantrę powtarzała ojcu w każdej niemalże rozmowie: "Ale to, gdy już będziesz zdrowy", poprzez dzieciństwo, które tak mocno naznaczyła wojna, która sprawiła, że mały chłopiec przebywał bądź wśród dorosłych - swojej rodziny mieszkającej na wsi, albo sąsiadek, których zajęcie było co najmniej nieobyczajne, bądź wśród swoich rówieśników, którzy wychowani w inny sposób, w innym środowisku według jego surowej matki byli dla niego nieodpowiednim towarzystwem, aż po dojrzałość - pierwszą miłość, pierwszą fascynację, niepokoje i rozterki, przeszkody, które wspólnie pokonali, aby być razem i aby mógł teraz zabrać swojego syna w rodzinne strony.
Główny bohater nie jest kimś nadzwyczajnym, bo przecież ilu takich, jak on dzieciństwo i dorastanie zaburzyła wojna, a gdy wszystko na świecie rzekomo wróciło do normy, w jego rodzinie wojna właściwie pozostała, pozostał zamęt, brak własnego miejsca, brak perspektyw na lepsze jutro i jedyny optymistyczny, wręcz szaleńczy niekiedy pogląd przejawiała jego matka, która wciąż żywiła nadzieję na polepszenie bytu rodziny, niestety były to nadzieje płonne.

Piotr nie zabrał syna do miejsca, gdzie się wychował po to by odwiedzić rodzinę, nie był szczególnie do niej przywiązany, a jego rodzice już dawno temu zmarli. Odwiedził rodzinne strony, bo pomimo tylu bolesnych wspomnień, dziwnych zdarzeń, które go dotykały, czuł do nich ogromne przywiązanie. Przywiązanie nieco szalone, nieco może naiwne, bo przecież wychodząc po schodach, po których raptem kilkanaście, może kilkadziesiąt lat wcześniej prowadził swojego ojca rozdrapywał rany. I też dlatego przyjeżdżał do tego miasteczka bardzo rzadko, chociaż często obiecywał rodzinie, że ich odwiedzi.
Przy tym wszystkim wyraźnie czuł się winny losowi, jaki spotkał jego, jego rodziców, czy całą rodzinę. Trudno nazwać go też masochistą, w końcu przywiązanie do miejsca nie jest niczym strasznym. Ale w nim to przywiązanie tkwiło podświadomie, przecież tam zapuścił korzenie.
I chociaż widział już inny świat, na pewno lepszy, może i w nim teraz żył lepiej, to i tak przed oczami miał widnokrąg z dzieciństwa. Zamknięty niczym w mydlanej bańce chciał się wydostać, pozbyć wspomnień i jednocześnie chciał je zachować, chciał oglądać świat z takiej perspektywy.

Trudny konflikt wewnętrzny Myśliwski nie do końca rozwiązuje. Wskazuje jedynie drogę, którą główny bohater powinien iść. Tor na który powinien skierować swoje myśli.
Oczywiście tą drogą, tym torem jest teraźniejszość. Jest syn głównego bohatera, któremu on jako ojciec powinien pokazywać świat, któremu powinien poświęcać swoją uwagę, którego powinien wychowywać. Paweł pragnie jego uwagi, pragnie by był, jak inni ojcowie, dlatego nie powinien zadręczać się wspomnieniami, powinien wyjść za widnokrąg i pokazać swojemu synowi, jak wspaniały może być świat.
Rozpoczęcie i zakończenie książki skupiające się na fotografiach przywodzi mi na myśl nie tylko upływ czasu, ale też nieśmiertelność wspomnień. Tkwią one w naszych głowach, na co dzień nie zastanawiamy się ile ich jest, jak bardzo są wyraźne, ale gdy tylko chcemy, mamy nastrój, ochotę, możemy je przywołać, tak jak możemy wyciągnąć stare albumy i pooglądać zdjęcia na których zapisana jest nasza przeszłość.
W "Widnokręgu" fotografia ma jeszcze jeden wymiar - wymiar pokoleniowy. Bohater rozpoczyna swój monolog od przypomnienia sobie zdjęcia z dzieciństwa, kończy zaś swą opowieść od ukazania zdjęcia z dzieciństwa swojego potomka. Już po samych tych zdjęciach widać, jaką daleką drogę musi przejść każdy człowiek, a w końcu jego życie zamyka się już tylko we wspomnieniach, zamyka się w tylko nam znanych granicach wyznaczonych przez widnokrąg...

Ocena: 5,5 / 6

P.S. Pod dwóch lekturach Myśliwskiego mogę wysnuć, może nieco odważny i przesadny wniosek, iż ewoluuje on z każdą kolejną książką. Teraz pozostaje mi śledzić dalej tę ewolucję i sięgnąć po jego ponoć najlepsze dzieło, po "Traktat o łuskaniu fasoli". A potem zdecyduję, czy chcę poznać nieco "młodsze" oblicze Myśliwskiego.

wtorek, 14 lipca 2009

Tzw. dobre geny. "Bez mojej zgody" Jodi Picoult

Nie tak dawno mając problemy z bolącym zębem obawiałam się już najgorszego, czy jego utraty, bo bardzo długo zwlekałam z wizytą u dentysty. Wtedy też natknęłam się na fascynujący artykuł dotyczący możliwości "wyhodowania zęba" w warunkach laboratoryjnych z pobranego od pacjenta materiału kostnego i następnie wstawienie takiego zęba w miejsce utraconego.
Nieco później przeczytałam o jakże paradoksalnej metodzie wszczepienia zęba w oko, dzięki czemu pacjent odzyskał w nim wzrok i już bardzo pocieszona udałam się do dentysty, który po 1h (i 300zł) uwolnił mnie od bólu. Próchnicę owszem usunął, ale wątpliwości kłębiących się w mej głowie pozostały.
Bo czy to właściwe "produkować" narządy zastępcze, niczym części wymienne do samochodu, czy sprzętu RTV-AGD? A co jeśli spełni się wizja z filmu "Wyspa" i zamykać będziemy w wielkich hangarach nasze klony, jako zabezpieczenie dla naszego zdrowia czy życia? I czy klon to człowiek, czy istota którą powinno się pozbawić wolnej woli?

Anna, główna bohaterka powieści "Bez mojej zgody" Jodi Picoult nie jest, co prawda klonem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale pod względem genetycznym, tkankowym, czyli w ogóle pod względem medycznym jest kopią swojej chorej na białaczkę siostry Kate. Annę "stworzono" by pomogła wyleczyć Kate, a wyleczenie to z czasem przekształciło się w długotrwałe leczenie, ze spokojnymi przerwami, gdy u Kate następowała remisja. Cały ten czas był ogromnie bolesny dla Anny, pod względem fizycznym, ale przede wszystkim też psychicznym. Musiała uczestniczyć w leczeniu. Musiała, bo decydowali za nią rodzice, wolą których została poczęta i którzy uważali, że ich zdanie jest także jej zdaniem. Ale Anna się w końcu zbuntowała.
Bunt w takiej dramatycznej sytuacji z jednej strony powoduje że postrzegamy Annę, jako osobę pozbawioną empatii, nieco może złośliwą, egoistyczną, ale z drugiej strony bardzo trudno jest wczuć się w jej emocje, dokonać obiektywnej analizy jej życia.

Jodi Picoult poruszyła we mnie całą lawinę myśli na temat przeszczepów, dawców, a także na temat, jakże teraz popularny, mianowicie in vitro. Na początku historia wydawała mi się nieco naciągana, ale przekonałam się, iż i tak początek jest dużo lepszy od końca, bo zakończenie bardzo mocno mnie rozczarowało, być może dlatego, że nie pozwoliło mi zapomnieć z jakiego kraju wywodzi się autorka i jakie konsekwencje niesie to dla jej stylu pisania. Przyznam jednak, że powieść czytało mi się znakomicie i po innych (tak wielu!) recenzjach widzę, że nie tylko ja mam takie odczucia.
Zdecydowanie pragnę sprawdzić, jak Picoult odnajduje się w innych historiach, innych rzeczywistościach, innych tematach.

Ocena: 5/6

niedziela, 5 lipca 2009

Południowoamerykańska namiętność. "Brazylia" John Updike

Gdy od 1 czerwca śledziłam wiadomości z Brazylii, dotyczące zaginionego francuskiego samolotu i nagle okazało się, że znaleziono szczątki Airbusa, bardzo mną to wstrząsnęło. Przede wszystkim dlatego, że za 22 dni sama opuszczam drogą powietrzną nasz piękny kraj na dwa tygodnie i przemieszczam się w rejony bliskowschodnie. A ponieważ bardzo boję się latać, to teraz już się wręcz panicznie boję.
Ponadto moim marzeniem jest odwiedzenie Brazylii i nachodzą mnie wizje, że to ja mogłam lecieć w tym samolocie, w końcu dwóch Polaków uznano za zaginionych.
Myślę jednak, że ta katastrofa lotnicza nie powstrzyma mnie (tak samo jak afera z pandemią grypy), by w niedługim czasie udać się do tego pięknego kraju. Kraju bardzo zróżnicowanego pod względem etnicznym, pod względem obyczajowym, kraju ogromnego, pięknego i miejscami, jakże dzikiego.

Niezwykłe oblicze tego największego (pod względem powierzchni i liczby mieszkańców!) państwa Ameryki Południowej objawia John Updike w swej powieści "Brazylia", którą miałam okazję nie tak dawno połknąć. Książka mnie zachwyciła, wprowadziła w niezwykły klimat, ale jednocześnie wstrząsnęła oraz nieco połechtała moje kobiece ego.
Po autorze "Czarownic z Eastwick" spodziewałam się czegoś szokującego, jakiegoś naprawdę mocnego uderzenia - i nie pomyliłam się. Historia miłosna wykreowana w tej powieści jest momentami tak bardzo przesiąknięta brazylijskim słońcem, że robi się gorąco na samą myśl o tym, co przeżywają bohaterowie.
Zaczyna się dosyć zwyczajnie, bo przecież zawsze na początku musi być pierwsze spotkanie. Spotkanie ważne, a jednocześnie na pewno nie zwykłe. Nic bardziej mylnego. Tristao poznając Isabel raczej nie ma złudzeń, raczej liczy na zabawę, chce się sprawdzić, pokazać jaki jest odważny. Isabel natomiast chce się wyzwolić, zrobić coś szalonego i jednocześnie zakazanego. Oboje nieco bardziej podświadomie niż całkowicie świadomie zbliżają się do siebie.
Później już z każdą stroną śledzi się ich losy które , nietrudno się domyślić, będą ciężkie.
Ciężkie nie tylko dlatego, że mają inne życiowe cele, inne myśli. Przede wszystkim bowiem pochodzą z innych klas społecznych i ich niespodziewana miłość jest mezaliansem w oczach ich rodzin, a przekleństwem dla nich samych. Klątwa będzie chodziła za nimi przez całe ich wspólne życie, przez które będą dzielić radości i smutki.

Wydawałoby się, że do powstania happy end'u wystarczy spełniona miłość, bycie razem, wspólne mieszkanie, dzielenie życia. Ta książka pokazuje wyraźnie, że wcale tak nie jest.
Bycie razem, mieszkanie pod wspólnym dachem, budzenie się codziennie obok siebie - tylko idealista mógłby uważać, że to wystarczy do szczęścia. Tristao i Isabel byli cały czas razem, czy fizycznie, czy jedynie mentalnie. Byli wręcz skazani na siebie, ale jednocześnie nie byli skazani na szczęście. Dobra praca, mieszkanie, spokojne życie, piękne dzieci, wierność i uczciwość, pozbycie się kompleksów - tego wszystkiego tym dwojgu zabrakło by ogarnęło ich szczęście, a czytelnikom by rozczulili się nad pięknem idealnego życia.
Autor jednak nas tak bardzo nie rozpieścił i stworzył powieść, która ukazuje szczęście w nieszczęściu i umiejętności doceniania takiej sytuacji. Jest to książka zaskakująca, z każdą bowiem stroną wnosi nowe emocje, wpaja czytelnikowi nowe wartości, przedstawia nowe zachowania i nowe rozwiązania problemów.

Po zamknięciu książki czułam jeszcze długo wewnętrzne poruszenie. Powieść Updike'a przywiodła mi na myśl wspaniałą i dla mnie dzisiaj już kultową "Ewę Lunę" Isabelle Allende. Oczywiście nie jest ona przesiąknięta magią, a jedynie Updike dodał szczyptę Allende, co w moim mniemaniu było zabiegiem wręcz mistrzowskim.
Dotknięta delikatnym muśnięciem realizmu magicznego powierzchownie radosna, a z gruntu podsiana tragizmem opowieść, która ogromnie przypomina znaną chyba wszystkim legendę celtycką: "Dzieje Tristana i Izoldy". I gwarantuję, że nie tylko imiona bohaterów są zbieżne. Zbieżne są także ich losy, chociaż nawiązują do innych epok, innych realiów.
Dawno nie czytałam tak dobrej książki, która przedstawiałaby temat miłości we wszystkich jej osłonach, która tak dogłębnie analizowałaby ludzkie związki, ludzkie namiętności i ludzkie emocje oraz niestety też ludzkie uprzedzenia.

Na przemian zachwycając się i rozpaczając nad losami czarnego, jak smoła Tristao oraz pięknej, dystyngowanej i zarazem białej Isabel stwierdziłam, iż jednak to wszystko nie przyszło mi łatwo, dlatego:

Ocena: 5,5 / 6

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Próg wolności.

Prawie miesiąc minął od mojego ostatniego wynurzenia literackiego na blogu.
Przez ten miesiąc nie stało się właściwie nic szczególnego, nic nieprzewidywalnego, a na pewno nie dla studentki przedostatniego roku.
Pochłonęły mnie książki. Książki bardzo specyficzne, bo same podręczniki.
Pochłonęły i wciąż pochłaniają, bo przede mną 3 egzaminy (a właściwie 4). Bardzo proszę o trzymanie kciuków kolejno 25, 26 i 27 dnia miesiąca czerwca.

Mam nadzieję, że w ciągu tych trzech dni dopisze pogoda, dopiszą godziny i przede wszystkim, że dopisze mi szczęście. Jeśli się wszystko uda, to 2 bądź 3 dnia lipca czeka mnie jeszcze ustna kontynuacja egzaminu z języka. I później już tylko wakacje.

A na wakacje tyle planów, tyle chęci, tyle pragnień.
I tyle niepokojących sygnałów na wrzesień.
A miało być tak pięknie.

Ale na razie nie zapeszajmy.

Tym samym żegnam się z Wami jeszcze na troszkę. Jeszcze tylko do lipca.

Pozdrawiam.

czwartek, 28 maja 2009

Kryminał retro wysokiej próby. "Kochanek Śmierci" Boris Akunin

Pierwsza tak poważna przerwa w blogowaniu i na swe usprawiedliwienie mam jedynie to, że z powodów czysto "naukowych" (dosłownie i w przenośni) uciekła mi gdzieś wena do tworzenia. Nie uciekły natomiast lektury, bo tych mam zawsze pod dostatkiem i realizuję sukcesywnie kolejne etapy programu książkowego :)

Bardzo dawno nie miałam w ręku żadnego kryminału, czy choćby kryminałopodobnego thrillera, a ostatni był chyba Coben, który na pewno książki produkuje masowo, jedna po drugiej i dokładnie tak samo te lektury się czyta: szybko, bez głębszego zastanowienia podąża się za akcją. Po kilku cobenach czuję zwykle, że tak naprawdę nie wiem, o czym była każda z tych lektur, bo bohaterowie zaczynają się pokrywać mgłą, a historie po prostu się mieszają - do tego stopnia, że w mojej głowie powstaje całkowicie nowa książka, złożona ze szczątków cobenów.

Z czasów, gdy jeszcze czytałam Sherlocka Holmesa wykreowanego przez znakomitego Doyle'a pamiętam ogromne zaangażowanie w czytaną lekturę, czasami niezbyt dobre próby rozwiązywania zagadek, które Holmes przecież zjadał na śniadanie.
Takiej dedukcji, przeżywania każdego szczegółu brakowało mi w cobenopodobnych lekturach, gdzie liczyło się wyłącznie zaskoczenie poprzez szybką akcję, ilość i miejsca ujawnienia trupów, nieufność w stosunku do każdej kolejno wprowadzanej w akcję postaci.
Nie twierdzę, że nie odczuwałam przyjemności z czytania takich książek, ale była to raczej przyjemność prosta, potrzebna w chwilach zmęczenia, po trudnej sesji, po tygodniach uczenia się, po intensywnym wysiłku umysłowym, angażująca emocjonalnie.
Od dawna poszukiwałam książki, która pobudzi mnie intelektualnie, umysłowo. I znalazłam. Chociaż biorąc ją z półki w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej wcale o tym nie wiedziałam. Wcale, a wcale. Bo "Kochanek Śmierci" Borisa Akunina (właśc. Grigorij Czchartiszwili) jest bardzo niepozorny.

Boris Akunin jest Gruzinem, ale sam nazywa siebie "pisarzem rosyjskim". Zastanawiałam się nawet, czy nie dla lepszej reklamy, ale nie, raczej nie, bo książki Akunina reklamują się same.
Od dawna mam pewną teorię składającą się z czynników: pisarz rosyjski i geniusz. I Akunin jest tego potwierdzeniem, z całą pewnością, pomimo swych gruzińskich korzeni.
W "Kochanku Śmierci" przenosi nas do XIX-wiecznej Moskwy. Wprowadza w środowisko tamtejszych grup przestępczych, prowadzi ulicami Chitrowki i innych dzielnic, na których działają swoiste gangi, czy mafie, odwiedzamy ciemne zaułki, głośne place targowe, brudne i przerażające miejsca. Nietrudno w takim środowisku o zbrodnię, jednakże zauważymy, jak bardzo nasze myślenie bywa mylne, w zetknięciu z takim środowiskiem, z całą gamą różnej maści przestępców.
Poznajemy Sieńkę Skorika, młodego bandytę, który stara się za wszelką cenę utrzymać w tym strasznym środowisku. Poznajemy innych złoczyńców, których Skorik spotyka na swojej drodze, a o których moralności (a raczej jej braku) można by długo rozmawiać. Poznajemy tamtejsze organy bezpieczeństwa niekoniecznie zajmujące się tym, czym powinny. Poznajemy wreszcie dwie bardzo istotne postaci. Erasta Pietrowicza Nameless, czyli Erasta Fandorina, detektywa o niezwykłej intuicji, przebiegłości oraz o fenomenalnym zmyśle dedukcji oraz tytułową Śmierć, będącą niezwykłą femme fatale.
Wymieszanie losów tych wszystkich postaci tworzy mieszankę wybuchową i z przyjemnością możemy wczytywać się w ich historię.

Nie przeszkadzało mi nawet to, że "Kochanek Śmierci" jest dziesiątą częścią serii o Fandorinie, a wcześniejszych dziewięciu książek nawet nie miałam w ręku, bo lektura ta pomimo przynależności do pewnego cyklu jest pozycją odrębną, doskonałą do zasmakowania twórczości Akunina. Początkowo poszukiwałam nawet książek opisywanych przez wielu blogowiczów, z serii o siostrze Pelagii (z cyklu "Kryminał prowincjonalny"), z którą Akunin jest bardziej kojarzony, ale trafiłam na to dzieło i... absolutnie nie żałuję!
Co więcej, gorąco polecam i sama planuję już kolejne spotkanie z Grigorijem Czchartiszwilim.

Ocena: 5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...