Menu

poniedziałek, 29 marca 2010

Zwiedzając państwo izraelskie. Jerozolima żydowska cz. I

Hindusi i muzułmanie wierzą, że Bóg rozrzucił po Ziemi siedem świętych kamieni. Miasta zbudowane na miejscach, gdzie kamienie te spadły są wolne od nieszczęść i kataklizmów. Wśród siedmiu wiecznych miast jest mój Kraków, ale też Rzym, starożytne Delfy, Mekka.
Poza Krakowem, niezniszczonym zębem czasu, nienaruszonym podczas tylu potyczek zbrojnych, który według wierzeń Hindusów powiązany jest z Jowiszem, odwiedziłam jeszcze tylko jedno miasto uważane za centrum ezoteryczne, za Ćakrę Ziemi.
Nieprzypadkowo uważa się, że Jerozolima jest powiązana ze Słońcem. Jest wszak centrum skupiającym prawie wszystkie religie świata, jest bardzo tajemnicza, jest promieniująca sakralnością, niezwyczajnością. I jest bardzo... ciepła oraz słoneczna.
Chociaż podzielona, od wieków będąca zarzewiem konfliktów, wciąż trwa nieporuszona jednocząc wokół siebie rzesze ludzi pochodzących z różnych światów, mających różne interesy, zwykle ze sobą sprzeczne. Jednoczy ich w jednym słowie: Jerozolimczyk.
Poznajmy jedno z najstarszych oblicz tego wiecznego miasta.


Podróż do Izraela planujemy na piątek. Właściwie obojętne nam w jaki dzień tam pojedziemy, byleby tylko nie było tłoczno i byśmy nie czuły się w najważniejszych dla nas miejscach, jak na kiermaszu.
Noc czwartkowa, poprzedzająca wyjazd była nerwowa - przerwy w dostawie prądu, przelatujące samoloty i pobudka w środku nocy. Około godziny pierwszej zbiórka i przejście przez jedyną czynną granicę egipsko-izraelską w Tabie, a jakże, piechotą. Tam długie kolejki, oczekiwanie na przyznanie wiz, sprawdzenie naszych danych i te standardowe trzy pytania: Czy posiadasz broń? Czy wszystkie rzecz, które przenosisz są Twoje? Czy nikt nie dał Ci niczego do przeniesienia?, zadane perfekcyjną prawie polszczyzną przez funkcjonariuszkę straży granicznej (odbywającą w ten sposób służbę wojskową, bowiem każdy obywatel Izraela ma obowiązek służby wojskowej - zarówno kobiety, jak i mężczyźni - pewnie to pierwszy powód dlaczego malutki, młodziutki Izrael ma jedną z najpotężniejszych armii świata).
"Nie", "Tak", "Nie" i z niewygodną czerwoną pieczątką, która naznaczyła mocno mój paszport wchodzę na Ziemię Obiecaną. Witają mnie neony.

Granica egipsko - izraelska w Tabie.

czwartek, 18 marca 2010

Bez szans na spokój. "Tęskniąc za Kissingerem" Etgar Keret

Rok 1938. Niepokoje w całej Europie. Mały chłopiec wraz z rodziną ucieka z Niemiec aż za Ocean. W nowym kraju czuje się zagubiony
i to nie tylko dlatego, że jego imię brzmi tak samo jak marka keczupu. Jednak Heinz nie poddaje się i w swym życiu osiąga bardzo dużo.

Henry Kissinger był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego oraz sekretarzem stanu USA (odpowiednik naszego ministra ds. zagranicznych).
Kissinger często podróżował na Bliski Wschód, uczestniczył w rozmowach pokojowych, był doskonałym dyplomatą, świetnym mediatorem, zwłaszcza w rozmowach po krótkim, ale jakże intensywnym konflikcie zbrojnym zwanym wojną Jom Kippur. Można też powiedzieć, że bardzo przyczynił się do rozpoczęcia w 1973 pierwszego od 1948 roku procesu pokojowego izraelsko-egipskiego. Nic więc dziwnego, że Izraelczykom Kissinger - Żyd pochodzenia niemieckiego, który wyemigrował do USA uciekając przed nazizmem - kojarzy się z pokojem i... spokojem.

Czy dlatego właśnie Izrael ma tęsknić za Kissingerem? Czy dlatego Keret za nim tęskni?
Ciężko to rozstrzygnąć jednoznacznie.
Niezaprzeczalnym faktem jest natomiast, że zbiór opowiadań Etgara Kereta pt. "Tęskniąc za Kissingerem" to mistrzostwo gatunku.
Pięćdziesiąt jeden perełek, które smakowałam jedna po drugiej, niczym przypadkowo odnalezione wisienki w torcie. A każde inne, każde tak bardzo oryginalne, każde niosące inne przesłanie, inną myśl.
Początkowo Keret prowadzi mnie przez nieco paranormalne, groteskowe wydarzenia w życiu zwykłych ludzi oraz oniryczne przygody niezwykłych dzieci, po to by zaraz zepchnąć me myśli na bardzo realistyczny, ale jednocześnie twardy i makabryczny grunt wojenny, a po drodze racząc mnie opowieściami o damsko-męskich przygodach, zwykle łóżkowych.
Seks, wojna, dziecięca wyobraźnia i groteska połączona niekiedy z makabreską to chyba najprostsze wyróżnienie czterech kategorii opowiadań Etgara Kereta. Najprostsze, ale kompletnie nie oddające ich absurdu, ironii i szaleństwa.

niedziela, 14 marca 2010

Paradygmat niezrozumienia. "Kobiety pragną bardziej" reż. Ken Kwapis

Nie chcąc porzucać tematyki kobiecej zamyśliłam się.
I przypomniałam sobie o premierze na której byłam ponad rok temu. Kino wypełnione prawie po brzegi, obłożona płaszczem, torebką, torbą z popcornem (brzydki nałóg, ale nie potrafię już oglądać filmów bez ciumkania prażonej kukurydzy, był taki czas nawet, że na domowe seanse prażyłam sobie w warunkach domowych duże jej ilości), słuchając wzdychania i narzekania na rzekomą tematykę obrazu, który jeszcze się nie zaczął, a już podpadł mojemu Miłemu, chcącemu zobaczyć coś innego, śledziłam klatki wyświetlane na wielkim ekranie. A gdy niedawno przypominałam sobie ten seans w domowym zaciszu odnalazłam w nim jeszcze więcej niż za pierwszym razem.
I tak, rozczarował mnie. Absolutnie. Bo był za dobry na te chwile wahania przy wyborze seansu.

Już na początku historii zaczynamy widzieć, jak kobiece życie jest skomplikowane. Gigi, Beth
i Janine pracują wspólnie w jednej korporacji. Poza stosunkami zawodowymi łączy je jeszcze coś - problemy z mężczyznami.
Gigi wciąż poszukując "tego jedynego" umawia się z wieloma facetami, niestety cały czas interpretuje ich zachowania błędnie. Aż do czasu, gdy poznaje Alexa, który bezwzględnie stara się pomóc jej odczytywać męskie intencje.
Beth od kilku dobrych lat związana jest z Neilem. Tworzą bardzo szczęśliwą parę, mieszkają razem, ale pomimo to czegoś jej brakuje. Tym czymś jest ślub, założenie rodziny, a więc osiągnięcie pewnej stabilności. Wszystko byłoby piękne, gdyby tylko Neil chciał się żenić...
Janine jest z tego kobiecego trio najszczęśliwsza. Kochany mąż, jeszcze miłość z czasów studenckich, z którym planuje powiększenie rodziny. Ich wspólny dom, który urządza od początku do końca sama, tak jak tylko chce, spełniając swe marzenia. Wszystko jest cukierkowe, idealne, tak bardzo że aż trudno uwierzyć. I Janine nie wierzy, wciąż targana podejrzliwością węszy, śledzi, oskarża. Oczywiście nie bez wpływu na swoje małżeństwo.

Losy tych trzech przyjaciółek wiążą się w dość zawiły sposób z losami dwóch innych kobiet.
Anna to zagubiona, ale bardzo urocza, miła i niezwykle seksowna dziewczyna, która szuka swego celu w życiu. Czy celem tym będzie poznany w supermarkecie Ben? Czy chemia, która między nimi zaistnieje ma szansę rozwinąć się?
Na te pytania odpowiedzi udziela już na początku filmu jej przyjaciółka - Mary sama mająca dosyć zaawansowany problem z komunikacją z mężczyznami, bowiem zamiast realnych spotkań woli wirtualny świat i poznanych tam osobników, którzy nie zawsze są tacy, jakich się spodziewa.

Pięć kobiet, pięć różnych zestawów problemów. Ken Kwapis w swym obrazie "Kobiety pragną bardziej" ukazał pięć kobiecych typów osobowości. Niczym psychoterapeuta zabawił się w analizę damskich problemów, wynikających w większości przypadków z nieprawidłowych relacji z mężczyznami. Pokazuje toksyczność pewnych przyzwyczajeń, zachowań, które chociaż w podbramkowych sytuacjach wydają się rozsądne i instynktowne to tak naprawdę są idiotyczne i przynoszą więcej szkody, niż pożytku.
Rozczaruję Was może, ale jeżeli wepchniemy film Kwapisa w ramy gatunkowe komedii romantycznej to usłyszymy dosyć wyraźny zgrzyt, gdyż historia ta (a właściwie historie te) kończy się nie do końca szczęśliwie, a przynajmniej niezbyt szczęśliwie dla wszystkich bohaterów.
W takim wypadku możemy mówić o swoistego rodzaju miksie gatunkowym - komedii z filmem obyczajowym, czy nawet z dramatem, który pozbawia tego obrazu płytkości, małostkowości
i całkowicie wyklucza wobec niego zarzut braku wybitności.
Jest po prostu tak, jak w prawdziwym życiu, gdzie happy end jest wyjątkiem, a nie regułą.

Reasumując, faktem staje się fraza tytułowa, bo kobiety pragną bardziej, ale zwykle wynika z tego uzależnienie od mężczyzn, błędne postrzeganie męskich działań, pobudzenie instynktu szpiegowskiego oraz całkowita utrata zdrowego rozsądku.
Dlatego Drogie Panie pragnijmy bardzo, nawet bardziej, ale z umiarem i kontrolowanym wdziękiem. Faceci i tak oszaleją z wrażenia. Tacy już są.

Ocena: 5/6

Cudowna historia na te wydłużające się już, ale wciąż krótkie przedwiosenne wieczory, dlatego serdecznie polecam. Wszak za niedługo wiosna i co za tym idzie sezon kwitnienia miłości oraz szczęścia :)

poniedziałek, 8 marca 2010

Być kobietą prawdziwą. "Kamienie przodków" Aminatta Forna

Z okazji dzisiejszego święta wszystkich pań, dam, kobiet, kobietek i kokietek przez dłuższą chwilę zadumałam się nad istotą tego dnia, wszystkich innych dni oraz całej egzystencji ogólnie. Nierówne traktowanie, parytety, niskie płace, brak awansów, zwalnianie, szykanowanie, mobbing, molestowanie - to uroki polskiej kobiecej rzeczywistości.
Lecz przeszło mi przez myśl, że przecież na świecie są kobiety, które mają gorzej.
Kobiety w innej strefie czasowej, na innym równoleżniku, kobiety z innych kultur, kobiety z innych kontynentów, dalekich państw, zapomnianych miast.

Wbrew pozorom kobiety w społecznościach muzułmańskich wcale nie mają najgorzej. Mężczyzna musi mieć na tyle pieniędzy by zapewnić im równe warunki, zatem jeżeli jedna żona ma dom, to każda z pozostałych też musi mieć. Pomijam już kwestie tego, że przy zawarciu małżeństwa kobieta obsypywana jest złotem, wybiera sobie prezenty jakie pragnie otrzymać od męża - suknie, klejnoty, urządzenie domu. Co ciekawe zwykle kobieta musi się zgodzić na to by jej mąż mógł wziąć sobie kolejną żonę, ale to akurat jest w różny sposób respektowane...
Z reguły jednak trudno nam (nam Europejkom, nam Polkom) wyobrazić sobie, jak to jest dzielić się swoim ukochanym mężem z trzema innymi kobietami.Tym bardziej trudno wyobrazić sobie, co czuje kobieta, która jest jedną z jedenastu żon swego męża...

W afrykańskim Sierra Leone rodzina Kholifa jest familią bardzo tradycyjną, a przy tym bogatą i co za tym idzie liczną. Nic dziwnego, skoro głowa rodziny ma aż (sic!) jedenaście żon.
Ya Namina ma chyba najlepszy status - jest żoną pierwszą, więc o wyborze pozostałych dziesięciu zwykle sama decydowała, jednakże niektóre, ku jej niezadowoleniu, mąż wybierał także według własnych upodobań. Schemat wyboru był podobny, a powód praktycznie zawsze jeden - pomoc pozostałym żonom w utrzymaniu majątku męża by zachować odpowiedni standard.
Ciężko objąć wyobraźnią stosunki rodzinne tego rodzaju. Stosunki, jakie muszą łączyć kobiety, które są żonami tego samego mężczyzny, które mieszkają w podobnych domach, które są adorowane przez męża, bądź ignorowane. Które w większości go kochają, ale w większości z obowiązku, aniżeli z własnej, nieprzymuszonej woli. Które czują się wartościowe, gdyż dały swemu mężowi potomków oraz te które czują się źle z powodu braku dzieci.
Trudno wyobrazić sobie także stosunki, jakie łączą dzieci wszystkich żon Pana Kholifa, które w pewnych sytuacjach rywalizują ze sobą, a w innych bardzo się wspierają, wręcz jednoczą.


Aminatta Forna
w powieści "Kamienie przodków" doskonale ukazuje wszystkie stosunki rodzinne, rozwiewa wszelkie wątpliwości i co więcej, prowadzi Czytelnika przez problemy, kłopoty, zawirowania, wydarzenia historyczne, które nękają rzeczywistość Sierra Leone.
Poznajemy nie tylko suche fakty, nie tylko opis obyczajów, zwyczajów, tradycji, ale wchodzimy w emocje kobiet, które w afrykańskim państewku żyły, kochały, nienawidziły i musiały radzić sobie pomimo ciągłych burz i zawirowań.
Cztery Afrykanki: Mariama, Hawa, Asana, Serah opowiadają przybyłej do Sierra Leone z Londynu Abie, historie ze swego życia począwszy od dzieciństwa aż po współczesne czasy. Abie przybywa do Rofathane z Londynu, gdzie wiedzie szczęśliwe życie u boku męża i dzieci, po to by przejąć plantację kawy po zmarłym dziadku. Wraz z plantacją Abie przejmuje dziedzictwo kilku pokoleń, kontynuuje tradycję rodzinną. Opowieści czterech ciotek są istotnym elementem, który wpływa na utwierdzenie Abie w słuszności jej decyzji i wskazuje na to, iż jej powrót w ojczyste strony wcale nie jest przypadkowy.Ich historie są przejmujące do głębi, a każda jest inna.
Opowiadają o tym, jak to jest być pierwszą, piątą, czy dziesiątą żoną, jak to jest wyjść za człowieka którego się nie kocha, ale którego powinno się poślubić, jak to jest musieć zabiegać o sympatię ojca, jaka to radość iść na zakupy do sklepu by kupić buty, jaka duma rozpiera dziecko, gdy jego matkę szanują pozostałe żony ojca, jakie trudy muszą czekać te kobiety które próbują być uczciwe i angażować się w walkę polityczną w Afryce, jak to jest poślubić własnego brata, o tym, jak zachować się, gdy mąż zmusza Cię do praktykowania religii, która nie jest Twoją religią, o tym, co czeka kobietę która zdradzi, o tym, jak mąż może porzucić żonę i zostawić ją bez niczego, nawet wtedy gdy rozpad małżeństwa jest z jego winy - jednym słowem o tym, jak to jest być kobietą w Afryce. W Afryce XX wieku. A jest naprawdę ciężko.


W tym kontekście bardzo symbolicznym jawi się tytuł powieści. Kamienie przodków to wytwór specyficzny, wytwór wierzeń afrykańskich. Kamienie te mają chronić następne pokolenia przed złymi mocami, ale jednocześnie mają przekazywać potomkom wiedzę o dawnych czasach, doświadczenia przodków. Takimi kamieniami przodków są opowieści czterech kobiet z rodziny Kholifa, które przekazują Abie, obejmującej całe rodzinne dziedzictwo, swoje doświadczenia, swoje troski i problemy, swoje decyzje i całą historię ich życia stanowiącą część historii Sierra Leone.

Muszę przyznać, że książkę tę czytałam bardzo długo, ale bardzo się z tego powodu cieszę (jak nigdy!). W którejś z recenzji przeczytałam bowiem, iż nie jest to książka na jeden wieczór. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Powieścią Aminatty Forny należy się delektować. Każdą kolejną opowieść należy poznawać spokojnie, by móc rozgryźć jej istotę, jej sens.
Dzięki temu można zakochać się w Afryce opisywanej w "Kamieniach przodków".

Nie tylko zakochałam się w tym, jakże brutalnym i niekorzystnym, opisie Afryki, ale poczułam ogromny podziw do kobiet żyjących w takich warunkach, w niepewnych czasach, w kręgu tradycji, które nie zawsze są sprawiedliwe, humanitarne, czy choćby po prostu ludzkie, w kręgu kulturowym, który nie liczy się z potrzebami, pragnieniami, dążeniami kobiet. Pomimo tego niektórym Afrykankom udało się osiągnąć wiele, są szczęśliwe, spełnione.
Na usta od razu nasuwa się pytanie (zwłaszcza w TAKIM dniu), dlaczego tak wiele kobiet w naszej rzeczywistości tego nie potrafi? Widocznie nie są odpowiednio zdeterminowane, bo trudno być kobietą prawdziwą...

Ocena: 5,5/ 6

Wszystkim dzisiejszym solenizantkom (a zatem i sobie samej) życzę spełnienia marzeń i dużo, dużo kwiatów. Oczywiście od mężczyzn.

czwartek, 4 marca 2010

Urodzinowo.

Zorientowałam się przed chwilą, że jeszcze w dniu dzisiejszym (jeszcze przez 55 minut) trwa niezwykły jubileusz.
Pierwsze urodziny tego bloga, który rok temu o tej porze raczkował, wyłoniwszy się na światło wieczorne powoli zabiegał o Waszą sympatię.
W tym niezwykłym dniu chciałabym podziękować serdecznie wszystkim Czytelnikom - za wytrwałość, pochlebstwa jakimi mnie obdarzaliście na każdym kroku oraz za wyrozumiałość dla moich rozlicznych poglądów i problemów. Dziękuję za ten, w moim mniemaniu bardzo owocny rok, podczas którego tak licznie mnie odwiedzaliście.


A na koniec oczywiście życzenia.Sobie i memu rocznemu już "dziecku" życzę dalszego rozwoju, bogatej wyobraźni, siły oraz wytrwałości i wolnego czasu, bo jak będzie czas to będzie progres i wszystko inne.
Książkom na mej półce życzę by przyciągnęły mą uwagę i dały się szybko przeczytać.
Półkom mym by rozrastały się, a nie kurczyły, tak jak to było do tej pory.
Lampce nocnej by uparcie świeciła swoim 60-watowym światłem i nigdy nie została pozbawiona takich żarówek (chociaż jak mniemam za niedługo zostanie pozbawiona).

Jeszcze raz dziękuję Wszystkim. Mam nadzieję, że kolejny rok będzie jeszcze bardziej radosny i owocny dla mnie, mego Demi-sec oraz wszystkich Blogowiczek i Blogowiczów.

Jak żyć w niebieskim świecie? "Avatar" reż. J. Cameron

Nigdy nie lubiłam filmów z gatunku sci-fi. Jakoś nie przekonywały mnie efekty specjalne, a podróż przez nieistniejące krainy pragnęłam pozostawić tylko we wspomnieniach z dzieciństwa. Z książkami jest bardzo podobnie - unikałam jak ognia Lema oraz innych, podobnych mniej lub bardziej lektur. Z jednym, jedynym wyjątkiem, ale też nie bardzo "czystym gatunkowo" - mianowicie Terry'ego Pratchetta ubóstwiam ponad wszystko, jednakże on kojarzony jest raczej z gatunkiem fantasty, choć w swych książkach czyni pewne nawiązania do fantastyki naukowej.

Dlaczego wobec tego poszłam do kina na film przynależny do gatunku, który mnie w ogóle nie interesuje?
Zostałam namówiona, przekonana i już siedząc na sali, w ostatnim rzędzie, z wielkimi okularami w rękach uświadomiłam sobie, że to mój pierwszy film 3D w życiu. Nigdy ta technologia mnie nie fascynowała, nie miałam chęci, czy też potrzeby oglądania postaci w trzecim wymiarze.
I teraz już wiem, że nie ma czego żałować.

"Avatar" Jamesa Camerona to dosyć prosta opowieść. Jest rok 2154. Na planetę Pandora przybywają w celach kolonizacyjnych ludzie. Cele te nie są szczytne, a tym bardziej gdy wychodzi na jaw dlaczego zależy im właśnie na Pandorze i w jaki sposób pragną uzyskać swój cel.
Wraz z grupą żołnierzy przybywa na planetę Jake Sully - weteran wojenny, sparaliżowany od pasa w dół, tym razem jednak jego zadanie będzie dalekie od spraw wojskowych. Ma w zamian za swojego brata bliźniaka, który zmarł po rozpoczęciu projektu, kierować stworzonym i zintegrowanym z jego DNA ciałem zwanym awatarem. Wszystko oczywiście w ramach badań naukowych, które mają na celu poznanie fauny i flory Pandory oraz zbliżenie się do zamieszkałej tam rasy Na'vi. Jake w wyniku pewnych kłopotów i zawirowań zbliża się do Na'vi jeszcze bardziej niż zostało to w programie badań przewidziane, a co z tego wynika możemy podziwiać w tym 161 - minutowym obrazie.

Krajobraz Pandory, wszelkie szczegóły i szczególiki zostały dopracowane przez Jamesa Camerona perfekcyjnie. Przyroda planety zachwyca i po wyjściu z kina ma się ogromną chęć odwiedzenia jeszcze raz tych wszystkich cudownych miejsc.
Jedyne, co nie zachwyca to fabuła. Niestety wydaje mi się, że Cameron skupiając się na jakości obrazu (do nakręcenia "Avatara" wykorzystano nowoczesne kamery 3D) zapomniał o treści, która, niestety taka jest prawda, kuleje dosyć mocno.
Historyjka opowiedziana w filmie przywodzi na myśl - i to całkiem na serio - opowieść o Pocahontas (zwłaszcza tę, którą na potrzeby swojej bajki wykorzystał Walt Disney). Gdy doszłam już do takich wniosków, przeanalizowałam film, natknęłam się w sieci na takie właśnie porównanie - to zaskakujące, że nie tylko ja zauważyłam to podobieństwo, więc może jakaś prawda w tym jest.

Wobec powyższego nie rozumiem za bardzo zachwytów nad tym filmem. Być może Ci, którzy naszą rzeczywistość traktują, jako szarą, nudną, beznadziejną wchodząc do pięknego świata Pandory zachłysnęli się pięknem i subtelnością tej kreacji Camerona.
Ja niestety piękna tego nie tyle nie widziałam, co nie poczułam. Może dlatego, że nie chciałam, a może przez problemy techniczne (gdzieś czytałam, że by uzyskać najlepszy efekt podczas oglądania "Avatara" należy wybrać odpowiednią salę na seans, gdyż nie wszystkie są do tej technologii dostosowane, moja była raczej mała...).
Teraz poważnie zastanawiam się nad skonfrontowaniem swych wrażeń z jeszcze jednym seansem "Avatara". Ale czy naprawdę warto?

Ocena: 4+/6

Jeden z pierwszych filmów, jakie oglądnęłam w 2010 roku i od razu zaczęło się od kontrowersji.
Niemniej jednak polecam tym, którzy jeszcze nie widzieli :)

wtorek, 2 marca 2010

Ludzie listy piszą... "Listy od zabójcy bez znaczenia" José Carlos Somoza

Z racji tego, iż często urządzam sobie wędrówki po blogach najróżniejszych moli książkowych (a mam w czym wybierać, wystarczy spojrzeć na listę tych, do których zaglądam) to zwykle chodzą mi po głowie później przez długi, długi czas najróżniejsze tytuły, autorzy, okładki, których szukam bezwiednie na bibliotecznych i księgarnianych półkach.

Na José Carlosa Somozę chrapkę miałam od dawna, ale nie byłam pewna, czy to rzeczywista chęć, czy może raczej takie nastawienie związane z tym, iż do hiszpańskojęzycznych pisarzy mam słabość oraz z tym, iż okładki książek Somozy do złudzenia przypominają mi oprawę graficzną powieści mego ukochanego Marqueza (wszak to samo wydawnictwo). Ale pod wpływem jednego mocnego impulsu uległam i zabrałam ze sobą do domu jednego Somozę, który w dodatku z racji swej objętości nie wzbudził u mnie niepokoju - jeżeli miałabym się męczyć to przynajmniej krótko.

I męczyłam się. Z "Listami do zabójcy bez znaczenia" męczyłam się bardzo, gdyż za wszelką cenę starałam się powstrzymać by nie czytać tego cieniutkiego cuda. Miałam w końcu ściśle ułożoną kolejność, terminy mnie goniły, a w dodatku nie lubię czytać kilku lektur w jednym czasie. Gdy już jednak dorwałam się do powieści Somozy to nie mogłam się oderwać.
Pomimo niewielkiej objętości powieść ta to maksimum treści - kończąc czytać ostatnią stronę ma się niesamowite i zarazem bardzo osobliwe wrażenie, że przeczytało się coś ogromnego, zarówno objętościowo, jak i literacko.
Może sprawia to swoista forma, może styl w jakim pochodzący z kubańskiej Hawany Hiszpan napisał swą powieść.

Zaczyna się bardzo obiecująco. List, który pisze Carmen del Mar Poveda wydaje się być listem normalnym, spokojnym, stonowanym, gdyby nie adresat. Carmen pisze bowiem do swego przyszłego, domniemanego zabójcy. Nie, Carmen nie jest jakąś tam pierwszą z brzegu wariatką, nie jest też masochistką, czy pragnącą śmierci dekadentką. Carmen jest pisarką, która cierpiąc na brak natchnienia przyjeżdża do nadmorskiego Roquedal mając nadzieję na chociaż łyk inspiracji.
To, że Carmen pisze do swego zabójcy to przecież nic, wszak ktoś kto ma takie niecne zamiary nie bawi się zwykle w gry słowne, w sentymenty. Dziwne jest to, że przyszły zabójca Carmen odpisuje.
Korespondencja nabiera tempa, Carmen, która początkowo domniemywa, że zabójca jest jednym z mieszkańców miasteczka przyznaje jednak w końcu że to jej bogata wyobraźnia - że sama sobie odpisuje i postanawia zaprzestać tej zabawy. Wówczas dostaje list, od kogoś trzeciego. Od człowieka, który twierdzi, że będzie jej zabójcą. Zabawa przeradza się w nieco ostrą grę, bo kim jest ten człowiek? Czy czytał on listy pisarki? Czy chodząc za nią po ulicach jest jednym z tych ludzi, których dobrze zna i którym kłania się serdecznie na ulicy, z którym idzie się napić do pubu, wymienia swoje spostrzeżenia, czy też jest obcym, który po prostu wypatrzył ją sobie?
A może to nadal jej wyobraźnia, może to jej druga natura do niej pisze?

Te wszystkie pytania przemykały przez mą głowę, gdy czytałam powieść Somozy. Na większość znalazłam odpowiedź, płynęła ona wprost z kart książki. Inne pozostały nierozwiązane, jakby pozostawione wyłącznie mej wyobraźni.
I przez to zachwycił mnie Pan Somoza. Bardzo zaintrygował i zachwycił, bo sam styl, sama forma były dla mnie tak wartościowe i tak intrygujące, że zapragnęłam sięgnąć po inne jego lektury od razu, bo być może tam znajdę odpowiedź na te wszystkie dręczące mnie pytania pozostawione bez odpowiedzi.
Rozpieścił mnie też autor wpleceniem w ten króciutki utwór elementów magiczności, opowiedzeniem niezwykłej legendy przypisanej miastu Roquedal, która to mityczna historia jeszcze bardziej pobudziła mą fantazję.


Tym, którzy nie mieli jeszcze styczności z książką Somozy wyda się, jakbym opowiedziała wszystko, całą treść i pozostawiła ich bez szans na samodzielność w zetknięciu z "Listami od zabójcy bez znaczenia", ale musicie mi uwierzyć na słowo - praktycznie nic Wam nie opowiedziałam. I tak samo, jak Wy teraz i ja byłam zła czytając opis wydawcy z okładki, wzdychałam: "Przecież przedstawił już całą historię. Po co mam to czytać?". Gorzko się rozczarowałam jednak w tych moich założeniach.
Bo ta książka jest taka, jak jej tytuł: "Listy zabójcy bez znaczenia" - tylko czy to te listy są bez znaczenia, czy może ów zabójca? A może po prostu wszystko jest bez znaczenia?

Ocena: 5 +/6


Jak widzicie literacko rok 2009 również zakończyłam owocnie. I mogę z ulgą oznajmić, iż na początku marca odgrzebałam się ze staro-rocznych zaległości.
Teraz pozostały już tylko same smakowite i świeżutkie kąski :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...